Sidney wraca na maksa

Sidney wraca na maksa

Anna Słabosz.: – Śpiewasz o „fajnym mieszkaniu na Tarchominie”. Jesteś z niego zadowolony?


Sidney Polak.: – Właściwie to mam nadzieję szybko się wynieść z bloku i wybudować na Białołęce dom i studio, takie z prawdziwego zdarzenia. Mam tu ziemię, ale budowy jeszcze nie zacząłem. Robiłem płytę i nie miałem na to czasu.


A.S.: – Jak długo tu mieszkasz?


S.P.: – Wprowadziłem się na Tarchomin w 98 roku. Dzielnica niewątpliwie zmienia swoje oblicze – 10 lat temu wyglądała inaczej.


A.S.: – Teraz jest lepiej czy gorzej?


S.P.: – Zdecydowanie lepiej. Kiedy się wprowadzałem dopiero zaczynał się w tej okolicy nieruchomościowy boom. Kupiłem mieszkanie na jednym z pierwszych wybudowanych tu osiedli. Prywatne przedszkola, sklepy, banki, poczty – dzięki którym mieszkanie na Tarchominie stało się znacznie wygodniejsze – pojawiły się dopiero kilka lat później. Bardzo lubię Tarchomin, bo tutaj się fajnie żyje.


A.S.: – Dlaczego wybrałeś Tarchomin jako miejsce do życia?


S.P.: – Dostałem od developera korzystną ofertę cenową.. Wolałem zamieszkać w większym mieszkaniu na „prowincji” Warszawy, niż w mniejszym w Śródmieściu. Wcześniej przez 8 lat mieszkałem w centrum, później w Wilanowie.


A.S.: – Możesz porównać ze sobą te miejsca?


S.P.: – Tarchomin to było moje pierwsze własne mieszkanie, miałem małe dziecko i byłem zadowolony z ciszy i spokoju tego miejsca. Nie było wtedy jeszcze problemów komunikacyjnych. A dziś? Dużo pracuję w domu, albo wyjeżdżam na koncerty, więc nie potrzebuję codziennie przekraczać Wisły. Budzę się około  11-12, bo bardzo późno kładę się spać, mam „przesuniętą” dobę i w związku z tym, gdy czasem ruszam do centrum, korki już mnie nie dotyczą. Jeśli bardzo muszę gdzieś dojechać – np. na wywiady do telewizji śniadaniowej o 8 rano – to wsiadam na skuter. Szybko udało mi się też znaleźć miejsce do prób ze swoim zespołem – na bliskim Żeraniu, nieopodal Tarchomina wybudowałem własne studio. Centrum nie jest szczęśliwe do pracy z muzyką. A na Tarchominie już o 22 jest cicho. W mieszkaniu mam pokój przerobiony na studio, w którym w dzień słyszę bawiące się dzieci, szczekające psy, a w nocy jest zupełna cisza i mogę nagrywać wokal na płytę.


A.S.: – Czy sąsiedzi nie mają dość Twoich nocnych prób?


S.P.: – Oczywiście, że mają.


A.S.: – To jak Ci się z nimi układa?


S.P.: – W ogóle mi się nie układa. I to też jest powód, dla którego chcę się wyprowadzić jak najszybciej z tego osiedla. Wszyscy fajni ludzie już się stąd wyprowadzili do nowo wybudowanych domów, tylko ja jeszcze zostałem z całej naszej paczki. I niestety na tym moim osiedlu jest po prostu tragedia.


A.S.: – Jak reagują na Ciebie ludzie na ulicy?


S.P.: Dopiero jak zadebiutowałem jako Sidney Polak w 2004 roku, to zacząłem być trochę rozpoznawalny. Najczęściej rozpoznają mnie pod okienkiem sklepu nocnego, wieczorem, w nocy słyszę: „E, Sidney, k…a! Nie bierzesz browaru, nie bierzesz browaru, k…a? Nie bierzesz wina? Ej, Ty, k…a, co, Sidney?”.


A.S.: – Takich masz fanów?


S.P.: – Taką muzykę się robi, to takich fanów się ma. (śmiech)


A.S.: – Masz w okolicy ulubione miejsca?


S.P.: – Można powiedzieć, że jestem zaprzyjaźniony z właścicielem knajpy „Przystanek Tarchomin”. Zagraliśmy tam z T.Love’ em dwa koncerty, wystąpiłem tam też jako solista. Zawsze było bardzo dużo ludzi, świetna atmosfera. Kiedyś miałem swoją ulubioną łąkę przy komisariacie policji. Przez ostatnie półtora roku wyprowadzałem tam swojego psa, dopóki nie wjechały buldożery. Teraz chodzi na smyczy po osiedlu, albo jadę za drugą kopalnię piasku, gdzie już praktycznie kończy się Białołęka i zaczyna Jabłonna. To pustkowie, po którym biegają dziki (śmiech). Dwa dni temu około północy moja żona wyszła z psem na wał za naszym osiedlem. I nagle dzwoni przerażona: „Jarek, nie wiem co zrobić, bo dziki biegają!”.


A.S.: – Czy trudno jest pogodzić karierę muzyczną z życiem prywatnym?


S.P.: – Moja żona jest bardzo wyrozumiałą kobietą, absolutnie wspaniałą, która wie, że wyszła za „muzycznego marynarza”, który jest cały czas w rozjazdach. Na dodatek pomaga mi w karierze i bywa, że mamy problemy z tym, by oddzielić życie prywatne od zawodowego. Ale jesteśmy szczęśliwi. Nigdy nie miałem tak czadowej kobiety i jest po prostu mega odlot. Znalazłem ją 4 lata temu. To była pierwsza dziewczyna, która potrafiła mnie opanować. Super.


A.S.: – Zakochała się w perkusiście T.Love’ u czy w Sidney’ u Polaku?


S.P.: – Sugerujesz, że perkusiści to nieciekawi, prymitywni faceci? (śmiech). Ja lubię perkusistów, otaczam się nimi, np. w moim zespole jest perkusista, screatcher, który gra na płytach, też jest perkusistą i mój manager też nim jest. A ja jestem perkusistą, który ma na tyle oleju w głowie, że sam pisze sobie teksty. To naturalny rozwój. Zespół T.Love nauczył mnie obcowania z muzyką – gram w nim blisko 20 lat, więc już kawał czasu i przyszedł taki moment, że chciałem zrobić coś na własną rękę. Chyba każdy muzyk o tym marzy…


Zawsze miałem gitarę koło łóżka i myśli o realizacji swoich nagrań. Gdy kupiłem sobie bardziej profesjonalny komputer do nagrywania muzyki zacząłem po prostu nagminnie tę muzykę robić. Uzależniłem się od tego. Część z tych piosenek Muniek brał do T.Love’ u i pisał na kanwie tych motywów muzycznych piosenki, a te, na które nie miał pomysłu, odkładały mi się. Jak już miałem kilka, nie chciałem, żeby się zmarnowały i tak zacząłem sobie do nich nucić. To zbiegło się z erupcją polskiego hip-hopu kilka lat temu. Pomyślałem, że jeśli mam znaleźć jakiś obszar własnej ekspresji, to jest właśnie to. Jest ze mnie hiphopowiec z backgroundem mocno rockandrollowym, który tworzy melodeklamacje na rockandrollowych podkładach. I tak powstały dwie płyty.


A.S.: – Jakie napotkałeś trudności przy ich wydawaniu?


S.P.: – Walczyłem o jakość materiału. Bo mam założenie, że im gorzej się śpiewa, tym trzeba mądrzej śpiewać. No to musiałem bardzo mocno pracować nad tekstami. Zresztą totalnym obciachem by było napisanie kiepskiej płyty, mając z tyłu głowy myśli o Muńku, który w zasadzie całe moje dorosłe życie śpiewał przede mną na scenie. To wysoko podniesiona poprzeczka, z którą musiałem się zmierzyć… Przez to, że gram tyle lat w T.Love’ ie mam wyrobiony wielki szacunek do słowa, wiem, że nie można lekceważyć słów, które się śpiewa i że piosenki powinny mieć sens. Niestety teksty piszę bardzo wolno. A na dodatek mam taką formę, która wymaga bardzo wielu wersów, która jest gadana, dlatego zawsze zwrotki muszą być długie i musi ich być dużo. Rockowe teksty mieszczą się w 4-wersowych zwrotkach, ja muszę mieć tych wersów w zwrotce 12. Bo ja nawijam cały czas.


A.S.: – Czy możesz porównać swoje dwie płyty? Z której jesteś bardziej zadowolony? Za pierwszą dostałeś  Fryderyki.


S.P.: – Nie mogę tak. Bo to tak, jakbym swoje dzieci musiał mierzyć.


A.S.: – Jaka będzie trzecia płyta?


S.P.: – Trzecia będzie jeszcze bardziej balangowa niż pierwsza, bo stary Sidney wraca po prostu na maksa.


A.S.: – Kryzys wieku średniego?


S.P.: – Już mi minął absolutnie jakieś dwa lata temu. Musiałem trochę złapać wiatru, więc wsiadłem na motocykl i przejechałem nim 30 tysięcy kilometrów i teraz trochę się uspokoiłem. Przewietrzyłem się na tym motocyklu, miałem cały czas szybkę podniesioną i wywiało mi ten smutek i to wszystko… Wróciłem na studia, właśnie byłem na pierwszych zajęciach, mam zajebistą grupę. Jestem na stosowanych naukach społecznych na UW na piątym roku. W wieku 37 lat to jest wyczyn.


A.S.: – To teraz będziesz miał magistra…


S.P.: – Brak mgr to mój poważny kompleks. Żona ma wyższe wykształcenie i się kłócimy o to. (śmiech)


A.S.: – A plany muzyczne?


S.P.: – Płyta dla dzieci. Pomysł narodził się w… górach. Kiedyś, gdy byłem na nartach z Tymonem Tymańskim, mocniej się z nim zakolegowałem. On zawsze bardzo mi imponował: zdarzyło mu się kilka dobrych utworów, kilka dobrych tekstów. Na wyjeździe stwierdziliśmy, że jakby połączyć siły i zrobić płytę dla dzieci, to może być ostro, może być dziwnie… Trudno napisać piosenki, które dzieci by łyknęły, beż żadnego „nia nia nia” – tych wszystkich fasolek i tak dalej, bo to jest po prostu tragedia. Chciałbym dziecko potraktować poważnie, zrobić po pięć piosenek, które będą bawiły, a z drugiej strony uczyły, wpajały proste wartości: bądź uczciwy, pracuj nad sobą. Myślę, że jak takich dwóch gości, jak ja z Tymonem, im to powie w dobrym stylu, to wtedy to do nich dotrze.


A.S.: – Od niedawna współpracujesz z radiem Roxy FM.


S.P.: – No, Mikołaj Lizut do mnie zadzwonił i powiedział: „Ty, Polak, z dwie godziny tygodniowo byś nie poprowadził?”. Ja na to: „Pewnie, super, spoko”.


A.S.: – Jak Ci się podoba kariera dziennikarska?


S.P.:  Podoba mi się legitymacja z napisem „dziennikarz” i moim zdjęciem. (śmiech)


A.S.: – Powiedziałeś, że najlepsze jeszcze przed Tobą. Co by to mogło być?


S.P.: – Nie wiem. Nie nadaje się do publikacji. (śmiech)


A.S.: – Ale możesz zdradzić nam, co planujesz przekazać na kolejnej płycie?


S.P.: – Chciałbym szaleństwo totalne zrobić, jeśli chodzi o balangę, ale nie, że alkohol, tylko ogólnie, tak po prostu, że wiesz – zrobić ją taką bardzo energetyczną, czadową, bo teraz trochę mi przeszkadza, że „Cyfrowy styl życia” jest taki spokojny, stonowany. Ale, gdy nad tą płytą pracowałem, taki miałem nastrój, a teraz jest czad. Chciałbym, żeby trzecia była trochę w stylu „Hej, życie jest piękne”. Odżyłem po prostu.


A.S.: – Czyli będziesz podrywał innych do zabawy. A sam szalejesz, np. w Sylwestra?


S.P.: – Nie wiem co będę wtedy robił: bo albo koncert, albo wyjazd w świat. Cały czas dostaję oferty występów jako Sidney i z T.Love. Pewnie wygra więc praca i wyjadę raczej dopiero w karnawale. Może Brazylia? Może nurkowanie w Belize? Teraz wszystko jest bardziej dostępne. Ostatnio stwierdziłem, że im dalej się leci i bilet jest droższy, tym taniej na miejscu. Mieliśmy w tym roku z żoną jechać na motocyklu z Chile do Meksyku, ale to chyba się nie uda, więc pewnie pojedziemy sobie przez Stany… Oprócz muzyki tylko podróże mnie kręcą.


A.S.: – A jak będą wyglądały Twoje święta?


S.P.: – Jak zawsze bardzo rodzinnie. Cała rodzina zbierze się u mojej babci na Żoliborzu, w 15 osób będziemy mieć uroczystą Wigilię, która potrwa mniej więcej 2-3 godziny, a później wszyscy się rozjadą do pozostałych członków rodziny. W pierwszy dzień świąt będziemy się wszyscy odwiedzać, a w drugi to już chyba jakaś wieczorna balanga ze znajomymi. Najbardziej odjazdowe święta miałem, jak leżałem we włoskim szpitalu ze złamaną nogą. Wkładali mi wielką śrubę w nogę, a na kolację wigilijną przynieśli mi… spaghetti. To było 3 lata temu, śrubę mam do dzisiaj. Mam cięższą nogę, mogę więc mocniej uderzać w bęben, gdy gram na perkusji. (śmiech)


Rozmawiała Anna Słabosz  2009.11.02


Artbok nr 7/2009


 


Debiutował w zespole Cytadela. W 1990 został perkusistą zespołu T.Love. W 2002 rozpoczął karierę solową z zespołem Sidney Polak, a w 2004 roku wydał z nim pierwszą płytę „Sidney Polak”, na której zaprezentował muzykę reggae, hip-hop i folk. Album i muzyk otrzymali sześć nominacji do nagrody Fryderyk 2004 (wygrał w kategoriach: kompozytor roku, autor roku i album roku – muzyka alternatywna). Jesienią 2009 wydał drugą płytę „Cyfrowy styl życia”.


Tak naprawdę nazywa się Jarosław Marek Polak. Pseudonim „Sidney” pochodzi z jednego z koncertów T.Love, na którym wokalista Muniek Staszczyk, podczas przedstawiania składu zażartował, że na perkusji gra Sydney Pollack.


 



Zapraszam wszystkich mieszkańców Białołęki na moją stronę internetową www.polak.pl. Udostępniam tam riddimy z moich 3 utworów oraz cały numer „Butelki” i w kawałkach „Otwieram wino”. Do riddimów można nagrać autorskie nawijki, a „Butelki” i „Otwieram wino” zremiksować po swojemu. Jeśli zmajstrujecie coś ciekawego przyślijcie do mnie. Zamieszczę to na stronie.


 


Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony poziomem uczestników konkursu „Śpiewamy przeboje naszych rodziców”, organizowanym przez Białołęcki Ośrodek Kultury, w którym niedawno miałem przyjemność być jurorem. Nie sądziłem, że poziom będzie aż tak wysoki. Wadą podobnych konkursów bywa sztampowy dobór piosenek. Wolałbym, aby wszyscy śpiewali utwory, które byłyby lepiej do nich dopasowane. Ale to mały minusik przy ogromnym, budującym plusie, który polega na tym, że śpiewających młodych ludzi jest mnóstwo, a połowa z nich ma bardzo dobre głosy, a trochę mniej – świetną technikę. Sam talent jednak nie gwarantuje sukcesu. Teraz wszystko zależy od nich. Bo to nie jest tak, że ze świetnych warsztatowców wyrastają artyści. Aby być artystą trzeba mieć jeszcze pomysł na swój przekaz. Jestem przekonany, że o tych ludziach jeszcze usłyszymy.