Zbigniew Rybczyński czyli polski Mielies

Zbigniew Rybczyński czyli polski Mielies

Zbigniew Rybczyński to urodzony w 1949 roku w Łodzi reżyser, operator filmowy i artysta multimedialny. Ukończył liceum plastyczne w Warszawie, a następnie łódzką filmówkę na Wydziale Operatorskim w 1973 roku. W czasie studiów zrealizował takie etiudy filmowe jak "Kwadrat" i "Take five", które powstały w Studiu Małych Form Filmowych "Se-Ma-For". Studio filmowe Se-Ma-For to polska wytwórnia filmowa, zajmująca się głównie produkcją animowanych filmów dla dzieci i dla dorosłych; ze studiem tym współpracowały wybitne postaci, nie tylko związane ze światem filmowym, takie jak: Krzysztof Penderecki, Krzysztof Komeda, czy Michał Urbaniak.  Będąc na studiach współpracował także przy filmach Piotra Andrejewa, Filipa Bajona i Andrzeja Barańskiego w charakterze autora zdjęć – m.in. przy etiudach takich jak "Kręte ścieżki", "Dzień pracy" i "Podanie". Natomiast "Rozmowa" zrealizowana z Piotrem Andrejewem w 1974 roku zdobył szereg nagród na Festiwalu Filmowym w Oberhausen. 

Po ukończeniu studiów, Rybczyński stworzył film "Zupa" w 1974 roku, w którym to zostały sfilmowane codzienne, banalne czynności. Obraz jednak jest zniekształcony, kolory są przejaskrawione, a całość przenika nieco psychodeliczna, niepokojąca atmosfera. 

Rok później powstał dziesięciominutowy film kombinowany – "Oj! Nie mogę się zatrzymać!". Bohaterem filmu, którego wyglądu nie poznajemy, a jest tylko narratorem i z jego perspektywy obserwujemy rzeczywistość, jest "monstrum", które błyskawicznie posuwa się naprzód i niszczy wszystko, co stanie na jego drodze. Zatem w trybie przyspieszonym widzimy banalną codzienność (wsie, miasta, fabryki, pola…), do której Rybczyński dodał krzyki i niepokojące dźwięki. Obraz, kręcony kamerą z ręki, drga, podskakuje, migocze, dodając transowego charakteru. Film ten otrzymał Nagrodę Główną oraz nagrodę dla reżysera na Krakowskim Festiwalu Filmowym.

W 1976 roku powstał kolejny dziesięciominutowy film "Święto" – obraz przedstawiający typowy dzień świąteczny w PRL-u. Film rozpoczyna się wspólnym wyjściem na cmentarz, później następują przygotowania do rodzinnego święta, aż w końcu widzimy charakterystyczne przywitanie wszystkich członków rodzinnych wyolbrzymione do kilkudziesięcio-sekundowego obcałowywania się; rodzinny obiad to nic innego jak niekończące się toasty, a także wspólne oglądanie telewizji. Rybczyński niejednokrotnie manipuluje obrazem filmowym, powtarzając niektóre sceny, co podkreśla rytualność i groteskę świątecznych zachować mieszkańców małego miasteczka. 

W 1980 roku w Studiu Małych Form Filmowych Se-ma-for powstał krótkometrażowy film animowany, który jest jednoznacznie kojarzony z Rybczyńskim – "Tango", który to zdobył pierwszego Oscara dla polskiego filmu. Nie jest to animacja fabularna – do zamkniętej przestrzeni zostają wprowadzone osoby, które wykonują powtarzalne czynności: np. chłopiec wchodzący przez okno po piłkę, którą wcześniej wrzucił do pokoju; ubierająca się naga kobieta; karmiąca piersią matka, która odkłada niemowlę do kołyski; złodziej, który kradnie paczkę pozostawioną na regale… Istnieje wiele interpretacji "Tanga": dla niektórych Rybczyński opowiada o o jałowości codziennej egzystencji, a także o banalności i powtarzalności wykonywanych przez nas bezrefleksyjnie czynności. Z tego zaś wynika izolacja od otaczających nas ludzi, których przestajemy dostrzegać i wykonujemy swoje zadania odgrodzeni od bliźnich grubym murem samotności. Według innych, interpretacja "Tanga" jest zupełnie odwrotna – mianowicie film przedstawia chęć posiadania intymnej chwili tylko dla siebie, chwili spokoju, samotności w świecie, w którym jesteśmy skazani na ciągłe przebywanie z innymi ludźmi. Nie ważne którą interpretacje byśmy wybrali, w obu rzeczywistość jest absurdalna i groteskowa.

Oprócz warstwy znaczeniowej, warto też zwrócić uwagę na technikę – Zbigniew Rybczyński realizował ośmiominutowe "Tango" przez osiem miesięcy, pracując po 16 godzin dziennie w studiu filmowym Se-Ma-For w Łodzi, praktycznie zamieniając pokój zdjęciowy na swój "pokój mieszkalny" (co ciekawe, taki właśnie tytuł roboczy nosiło "Tango"). Aktorzy, którzy wykonywali poszczególne czynności zostali sfilmowani metodą live-action. Na podłodze planu zdjęciowego narysowano trasy, którymi mieli przechodzić aktorzy, by później uniknąć nachodzenia na siebie sylwetek. Mówiąc o "Tangu", Rybczyński podkreśla, że niegdyś artyści byli intelektualistami i naukowcami zarazem. Uprawiając sztukę dokonywali odkryć na innych polach. Dziś artyści boją się technologii i nauki. Panuje też wśród nich przekonanie, że technika zabija kulturę. Rybczyński jest optymistą, uważa, że technika nie zabija sztuki, ale sztuka nie nadąża za techniką. Twórca ma na swoim koncie wiele wynalazków i patentów – stworzył m.in. system komputerowej kontroli kamery pozwalający mu na fotografowanie kilku elementów obrazu osobno, w różnej skali i łączenie ich w jeden płynny ruch. 

"Tango" momentalnie zostało obsypane deszczem nagród. Były to: Grand Prix i nagroda publiczności na festiwalach we francuskim Annecy i w hiszpańskim mieście Hueska, Grand Prix i nagroda  FIPRESCI w Oberhausen, nagroda główna festiwalu filmów krótkometrażowych w Krakowie, wyróżnienie jury za nowatorstwo techniczne oraz nagroda publiczności w Ottawie oraz nagroda dla najlepszego filmu animowanego w fińskim Tamperee. Ukoronowaniem tego triumfalnego pochodu był przyznany "Tangu" w 1983 r. Oscar dla najlepszego krótkometrażowego filmu animowanego. Rybczyński zasłynął nie tylko z prestiżowej nagrody, ale także z nietypowego wydarzenia, którego został głównym bohaterem, zaledwie tuż po odebraniu Oscara. Został zatrzymany przez ochroniarzy pod zarzutem… bezprawnego wstępu na rozdanie filmowych Oscarów! Incydent ten zakończył się pobytem w więzieniu. "To, że dostałem Oscara i godzinę później siedziałam w więzieniu, zamknięty jak przestępca, to było dla mnie bardzo ciekawym przeżyciem. Czułem się wyjątkowo, gdyż zapewne niewielu ludzi doświadczyło takich wydarzeń. W ciągu jednej godziny byłem tak wysoko i spadłem z hukiem na sam dół. Odebrałem to jako ostrzeżenie przed tym, żeby mi woda sodowa nie uderzyła do głowy" – opowiadał ze śmiechem Rybczyński.

Właściwie produkcja "Tanga" zwieńczyło współpracę Rybczyńskiego z Se-ma-forem. W 1982 roku wyjechał do Austrii, gdzie udało mu się uzyskać azyl polityczny. Po otrzymaniu Oscara, postanowił wyemigrować do USA wraz ze swoją rodziną. Początkowo mieszkał w Los Angeles, a ostatecznie w Nowym Jorku, gdzie realizował filmy krótkometrażowe i teledyski – np. dla Simple Minds, Chucka Mangione, Micka Jaggera, Johna Lennona, Yoko Ono i Lou Reeda.  W Stanach Zjednoczonych zainteresował się także najnowszymi możliwościami: systemem wysokiej rozdzielczości – High Definition oraz animacją komputerową. Filmy, które powstały w technikach komputerowych to: "Schody" (inspirowane znaną sceną z "Pancernika Potiomkina" Sergiusza Einsteina"); "Orkiestra", "Kafka". 

W roku 1998 zaczął wykładać w Wyższej Szkole Mediów w Kolonii, pracując także w międzynarodowym eksperymentalnym ośrodku filmowym w Berlinie. W 2001 roku powrócił do USA, gdzie pracował nad nowymi programami komputerowymi dla potrzeb produkcji filmowej. Obecnie Rybczyński mieszka w Polsce. 

W 2000 roku powstał film dokumentalny "Zbig" w reżyserii Natalii Korynckiej-Gruz, którego głównym bohaterem jest Zbigniew Rybczyński – co świadczy o tym, że polski filmowiec stał się już pewnego rodzaju ikoną rodzimego kina. Do najważniejszych jego nagród indywidualnych – oprócz Oscara – należy tytuł doctora honoris causa PWSFTviT w Łodzi za "szczególny kunszt artystyczny i wynalazczość w dziedzinie sztuki filmowej oraz kreowania nowej widzialności na przełomie XX i XXI wieku przez twórcze wykorzystanie zdobyczy sztuki, techniki i nauki, a także za zasługi w ugruntowaniu sławy jego łódzkiej Alma Mater" oraz Nagroda na Międzynarodowym Festiwalu Kina Autorskiego w Batumi za "całokształt twórczości i wkład w rozwój Sztuki Filmowej". Przez wielu krytyków jest nazywany "papieżem wideo", a także porównywany jest do Georgesa Meliesa – francuskiego filmowego reżysera i producenta, stąd też jednym z określeń polskiego artysty jest "Melies telewizji" lub "Melies wideo" – a to zapewne przez wspólną skłonność do drwiny i ironii, a także przez specyficzny typ wyobraźni plastycznej, która pozostaje w pamięci widza na długi czas. 

JN, 19.07.2011