Wielkie widowiska nowych czasów czyli bądźmy jak Zachód

Wielkie widowiska nowych czasów czyli bądźmy jak Zachód

Marzenia o wielkich widowtiskach, quasi-hollywoodzkich produkcjach, przyzwoitych budżetach na europejskim pozomie, snuli Hoffman, i Kawalerowicz, nawet sam wielki mistrz Wajda. Niestety, w znacznej większosci przypadków, gdy marzenia udawało się w jakimś zrealizować, okazywało się, że efekty nie przypominają bynajmniej przebjów zza oceanu, a raczej niebezpiecznie grawitują w kierunku farsy.

Zaczęło się od Jerzego Hoffmana. Od zawsze miał on słabość do duzych produkcji, zresztą udawąło mu się je realizować. W 1969 roku powstał Pan Wołodyjowski z Jerzym Łomnickim w roli głównej, a pięć lat później na ekrany wszedł Potop. Daniel Olbrychski jako Kmicic, olśniewajace plenery, staranna scenografia i wartka akcja — to wszystko decydowało o przyznaniu filmowinominacji do Oskara, w kategorii najlpeszy film nieanglojęzyczny. Na realizację ostatniej, a raczej pierwszej, zgdonie z chronologą części trzeba było czekać aż do lat 90, ze wzgledu na raczej drażliwy w ówczesnych realiach temat trudnych stosunków polsko-ukraińskich. Premiera filmu miała miejsce w lutym 1999.

Produkcja Ogniem i mieczem postępowała w atmosferze sensacji. Media ogarnęła gorączka. Fascynował ogromny jak na polskie warunki budżet (24 mln zł) i profesjonalna ekipa (np. efektami specjalnymi zajęła się firma Machine Schop, pracująca wcześniej nad filmem Braveheart. Wielki prestiż, jaki zapewniał udział w produkcji przyciągnął wielkie nazwiska. Na planie pojawili się Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Wojciech Malajkat, Krzysztof Kowalewski, Ewa Wiśniewska, Wiktor Zborowski oraz ukraiński aktor Bohdan Stupka w roli Chmielickiego. Do głónych ról zaangażowano Michała Żebrowskiego, który niemal równolegle pracował nad Panem Taduszem oraz Izabelę Scorupco, szwedzką aktorkę polskiego pochodzenia.

Premierę filmu poprzedziła wielka akcja promocyjna i w efekcie kina odwiedzili nie tylko leniwi licealiści, ale przeszło 7 mln żądnej wrażeń publiki. Intelektualiści chwalili dyplmatyczne potraktowanie konflitku polsko-kozackiego, prowadzonego na ekranie tak, by Ukraińców nie urazić. Postać Chmielnickiego w interpretacji Stupki jest subtelniejsza i bardziej zniuansowana, niż ją się przedstawia w podręcznikach historii. Choć można stawiać zarzuty o niekiedy słabe aktorstwo (casus Scorupco), nie sposób nie docenić uwieńczonych sukcesem wysilków Malajkata (Rzędzian) czy Zborowskiego (Longinud Podbibięta). W pamięć zapada też naprawdę piękna muzyka Krzesimira Dębskiego.

Film Hoffamana był pierwszą wielką polską produkcją po 1989, ale w tym samym roku 1999, 22 października na ekrany wszedł Pan Tadeusz Andrzeja Wajdy. Tony atramentu wydano przedtem i potem, by wykazać, że ekranizacja epopei Adama Mickiewicza jest niemozliwa, lub by udowodnić tezę wręcz przeciwną. Entuzjaści przypominali, że jedna taka próba miała już miejsce (film Ryszarda Ordyńskiego z 1928), pesymiści przestrzegali przed rozbuchanymi ambicjami dawnego mistrza.

A jednak się udało. Kwiat polskiego aktorstwa (m.in Andrzej Seweryn, Daniel Olbrychski, Bogusław Linda, Marek Kondrat, Grażyna Szapołowska), doskonała muzyka, idealnie oddająca klimat (zasługa Wojciecha Kilara), zdjęcia Pawła Edelmana a przede wszystkim dobrze przemyślany sceraiusz Wajdy zadecydowały o sukcesie, zarówno wśród publicznosci jak i krytyków. Frekwencją przewyższył nie tylko swego krajowego rywala, Ogniem i mieczem, ale takie przeboje jak Titanic czy Dzień niepodległości.

Wajdzie udało się wydobyć z dzieła Mickiewicza, to, o co się go zazwyczaj nie podejrzewa: duży ładunek humoru, wątki sensacyjne czy wręcz szpiegowskie, intrygi miłosne i flirty, przeplatajace się z wielką Historią, która dzieje sę tuż obok, ze zdradą i odkupieniem, z przebaczeniem i czystą miłością. Wszystko to oddał Wajda, nie gubiąc jednocześnie po drodze tak niezbędnego tu nastroju liryzmu i nostalgii. Smutku. Film kończy się — oryginalnie — inwokacją; bolesnym rozpaczliwym rozmodleniem, zatraceniem w tęskonocie. Końcowy polonez przypomina wcześniejsze tańce w filmach Wajdy — jedną z ostatnich scen Popiołu i diamentu, gdy w pierwszy dzień pokoju, kompletnie pijani goście oddtańcowują poloneza w świetle brzasku, oraz niepokojący, psychodeliczny taniec Chochoła w Weselu. Polonez Kilara jest inny, radosny i wzruszajacy, a jednak pozostawia po sobie gorzki smak, gdy kamera oddala się od roztańczonego dziedzińca i powraca w szare mury paryskiej kamienicy. Z przykrością należy tylko stwierdzić, że było to ostatnie do dzisiaj wielkie dokonanie Wajdy; następne przedsięwzięcia mozna nazwać tylko pomyłkami. O Zemście po prostu nie wypada wpsominać, by nie zawstydzać mistrza, a Katyń ma zbyt grubą warstwę ideologiczną, by dalo się coś sensownego powiedzieć o jaego wartosci artystycznej.

Niestety rok 1999 i te dwa wielkie projekty omówione powyżej, to ostatni szczęsliwy moment w historii polskich superprodukcji. Twórcy uwierzyli, że publiczność nie wymaga wiele, zaakceptuje infantylne bajki i krew z sosu pomidorowego. Po sukcesach Wajdy i Hoffmana, rzucono się na postałe rodzime arcydzieła literackie, pragnąc je w ogólnym ferworze natychmiast przerobić na filmowe złoto. Efekty nie kazały na siebie długo czekać. W 2001 roku odbyły się premiery trzech dużych produkcji: W pustyni i w puszczy Gavina Hood’a, Quo vadis Kawalerwicza oraz Wiedźmina Marka Brodzkiego, na podstawie słynnej już sagi Andrzeja Sapkowskiego.

W pustyni i w puszczy już z założenia miało być przedsiewzięciem scieśle komercyjnym, nastawionym na sukces kasowy. Przeprowadzono badania rynkowe, by zbadać, czy znajdzie się widownia remaku filmu z 1973. Do kin miały ściągać rodziny z dziećmi w każdym wieku. Znowu uruchomiono machinę reklamową. Pisano o castingu na odtwórców głównych ról, pisano o młodziutkich Karolinie Sawce i Adamie Fidusiewiczu, o Beacie Kozidrak, która wykonywała piosenkę promującą film i o zapierających dech w piersiach afrykańskich plenerach.

Tymczasem publiczność otrzymała banalną powiastkę o tym, jak dwoje dzieci samodzielnie podróżuje sobie po Afryce. Trochę tęsknią, ale nie za bardzo, bo przecież mają siebie, trochę są głodni, ale też niespecjalnie, bo przecież wszędzie rośną owocujące chlebowce, trochę chorują, ale nie śmiertelnie, bo przecież chinina jest pod ręką. A jeśli nawet nie, to znajdzie się w środku puszczy przypadkowy podróżnik z zapasem nie tylko chininy, ale również kawy i herbaty, szczęśliwe podróżnik jest umierający i chętnie swe zapasy oddaje białemu chłopcu. Wszystko to oczywiście zgodne jest z Sienkiewiczem, ale nie ma w tym nawet cienia Sienkiewiczowskich emocji. Efekt wysiłków twórców sprawia raczej wrażenie, jakby ekpia pojechała na wakacje do Afryki i mimochodem coś kręciła. Zdaje się, że remake przyzwoitego filmu Ślesickiego był zupełnie niepotrzebny.

14 września 2001 roku odbyła się premiera Quo vadis. Jednego nie można odmówić reżyserowi Jerzemu Kawalerowiczowi, twórcy rewelacyjnych Faraona i Matki Joanny od Aniołów — odwagi. Porywać się w polskich warunkach na najsłynniejszą polska powieść, wielkortnie już ekranizowaną i nagradzaną — na to trzeba nie tylko odwagi, ale i budżetu, wyczucia i scenariusza. Odwaga była, budżet się znalazł (18 mln dolarów!), pozostałych elementów zabrakło. Powstała ułagodzona historyjka, gubiąca się w dłużyznach i meandrach scenariusza. By nie być zbyt surowym, należy odcenić przyzwoite aktorstwo (zwłaszcza Bogusław Linda jako Petrniusz, Jerzy Trela jako Chilon i Michał Bajor w roli Nerona) oraz muzykę naszego oskarowego Jana A. Kaczmarka.

Choć również Brodzkiemu, reżyserowi Wiedźmina udało się zgromadzić bardzo przyzwoitą sumkę na poczet realizacji (prawie 19 mln zł), to takiej energii, jak ta skumulowana przy okazji Quo vadis nie udało się już z ekipy wykrzesać. Ekranizacja słynnej powieści fantasy Sapkowskiego wzbudzała ogramone emocje wśród licznych fanów. Tym większe było rozczarowanie po premierze, 9 listopada 2001. Słusznie skrytykowano fatalny scenariusz, którego autor, Marcin Szczerbic w ostatniej chwili wycofał swoje nazwisko z czołówki (czyżby w obawie przez linczem ze strony zawiedzionych miłosników Sapkowskiego?). Nie zachwycał montaż, zbyt szybki i chaotyczny. Film sprawiał wrażenie luźno powiąznaych ze sobą, niekiedy efektownych scen, z których jednak nie wyłania się sensowna całość. Tym bardziej jednak należy docenić wysiłek aktorów— Michała Żebrowskiego, Grażyny Wolszczak czy Zbigniewa Zamachowskiego— którzy w tych trudnych warunkach dają zupełnie przyzwoity występ.

Poza wymienionymi filmami, kinomani musieli jeszcze znieść Starą baśń Hoffmana z 2003 roku i była to już ostatnia próba zrealizowania dobrej superprodukcji. Zachłysnąwszy się przemianami i pełnymi półkami w sklepach, chcieliśmy mieć też wielkie produkcje. Nie udało się. Przekonawszy się o tym, młode pokolenie znalazło inną apetyczną niszę — komedie romantyczne. Efekty tegoż oglądamy na ekranie co sezon.

Bibliografia:
Strony internetowe:Filmpolski.pl — stan z dnia 13.06.2008
Filmweb.pl — stan z dnia 13.06.2008
Książki:
Encyklopedia kina, red. Tadeusz Lubelski, Kraków, 2003

Małgorzata Kurowska 2008.07.30