Mistrz i Małgorzata – interpretacja Teatru 13

Mistrz i Małgorzata – interpretacja Teatru 13

Spektakl wyreżyserował i jednocześnie opracował scenariusz Tomasz Służewski. Scenografię przygotowała Alicja Gradowska a muzyką okrasił wszystko Jan Pałys.
Teatr 13 w ubiegłym roku obchodził dwudziestą rocznicę założenia. To oznacza, że jest jednym z najstarszych niezawodowych warszawskich teatrów. Założycielem teatru i jednocześnie jednym z głównych animatorów jego działalności jest człowiek instytucja, pasjonat, dyrektor BOK – Tomasz Służewski.
„Mistrz i Małgorzata”, jako spektakl teatralny, to niezwykle trudne przedsięwzięcie. Realizacja przez niskobudżetowy teatr, to wyzwanie, ale jak uczy mnie doświadczenie, do uzyskania sukcesu niezbędna jest przede wszystkim fascynacja, cierpliwość i zaangażowanie.
Teatr 13 obsadził w rolach 32 aktorów i o każdym z nich można powiedzieć wiele dobrego, choć ograniczę się do głównych postaci.
Na szczególną uwagę zasługuje Sylwia Dawidczyk w roli Wolanda. Wzorem tej szczególnej postaci dla mnie jest od lat jest Krzysztof Wakuliński w słynnej inscenizacji Teatru Współczesnego w reżyserii Macieja Englerta. Koncepcja obsadzenia w tej roli aktorki wydawała mi się początkowo nie tyle przewrotna, co ryzykowana. Jednak już spokojny i zimny dialog w parku z Berliozem i Bezdomnym upewnił mnie, do słuszności tego wyboru. Sylwia Dawidczyk w czarnej charakteryzacji była uosobieniem zła, ale tego zła, które tak bardzo chciał pokazać Bułhakow – zło czyniące dobro. Ciesząc się grą aktorki, dostrzegałem w jej lewym zielonym oku płonący obłęd, zaś czarne oko prawe było martwe i puste.
Zapewne jak wielu, tak i ja wielką przyjemnością cieszę się z figli i wypowiedzi Behemota. Aneta Muczyń najzwyczajniej zachwyciła tchniętą w tę, w sumie smutną postać, radość życia. Nie dało się tego zauważyć w doskonałej i niepowtarzalnej wersji, w rosyjskim serialu, w reżyserii Władymira Bortko. Tam kot wciśnięty w kostium był pozbawiony całej gamy mimiki i ruchów, które Aneta doskonale zaprezentowała.
Bardzo przekonująco zagrał Michał Kempisty rolę poety Iwana Nikołajewicza Ponyriowa, czyli Iwana Bezdomnego. Zabawna pogoń i przekonująca interpretacja przyszłego ucznia Mistrza – sama przyjemność.
Również nie zawiodłem się rolą prześmiewcy Korowiowa w wykonaniu Dariusza Dłużewskiego. O, panie Dariuszu udźwignął pan ciężar tej odpowiedzialności ciesząc skutecznie widownię.
„Mistrza i Małgorzatę” kocham między innymi za piękną miłość, za miłość bezkompromisową, szczerą, ufną. To ważny wątek, tak nieistotny we współczesnym życiu, choć tak bardzo odczuwamy brak uczuć. Maria Januszko jako Małgorzata i Dominik Wendołowski w roli Mistrza, przeplatali się przez strofy tej inscenizacji jak dwa piękne ptaki. Przekształcenie rozpaczy bohaterki w jej determinację i wiarę w spełnienie marzeń dało się wyczuć od chwili skorzystania z zawartości złotego puzderka. (Poza protokołem – dlaczego tabletka? W maści o bagiennym zapachu można zawrzeć o wiele więcej treści. Stopniowanie metamorfozy Małgorzaty z każdym pociągnięciem dłoni po skórze. To jak gra wstępna a tymczasem tabletka spłaszczyła, to do funkcji antykoncepcji).
Wiktor Skowroński w roli Piłata razem z Robertem Stolarczykiem, jako Jeszua Ha-Nocri stworzy drugi silny duet. Ten religijny, ewangeliczny wątek stanowiący oś dzieła Bułhakowa został przez Tomasza Służewskiego wpleciony subtelnie, interesująco a zarazem wystarczająco. Towarzyszący im drugoplanowo Andrzej Tomaszewski w roli centuriona Marka Szczurza Śmierć oraz Marcin Lubowicz jako uczeń Marek Lewita ładnie zamknęli ten obraz.
Pomysł na bal, to zawsze kluczowy problem. Jak pokazać bal w mieszkaniu na Sadowej. No, jeżeli jesteśmy otrzaskani z piątym wymiarem, to zadanie jest proste. Jak to zrobić na scenie, gdzie nie można wprowadzić tricków filmowych ani animacji komputerowej. A jednak nawet przy niskim budżecie wystarczy zwykła pomysłowość. Mgła oplatająca scenę i widownię połączyła je ze sobą i powiększyła do niemałych rozmiarów. Niedościgłym wzorem balu jest dla mnie interpretacja z rosyjskiego serialu. Teatr 13 zrobił coś takiego, że mogę niemal powiedzieć, że byłem na balu u szatana.
Po ponad pięciu godzinach wyszedłem na świeże powietrze po kolejnym udanym spotkaniu z Mistrzem Michałem. I nie przeszkadza mi, że banknot, który spadł spod sufitu nie był czerwońcem tylko dolarem, ani to, że nie zmienił się w etykietę (choć sprawdzałem to nawet przed chwilą). Nieco tylko zmartwiło mnie, że nie byłem w Moskwie, tylko w diabli wiedzą gdzie, choć Sadowa to zapewne ta właściwa ulica.
Na początku grudnia kolejne przedstawienia w Białołęckim Ośrodku Kultury w Warszawie.
Nic więcej ponad to, że warto, po prostu warto to zobaczyć.

AB 2009.11.11