Matka Boska mieszka nad Bugiem

Matka Boska mieszka nad Bugiem

Matka Boska Kodeńska została ukradziona z Watykanu. Do dziś w króluje w Kodniu jako opiekunka mieszkańców pogranicza i przemytników

Między drogą a Białorusią biegnie Bug. Droga jest prosta i pełna wybojów. Jakby podziurawiły ją przemytnicze tiry, zbaczające z głównej drogi do Terespola. Bug jest kręty i pełen wirów. Przygniatają go drzewa poprzewracane przez bobry.
Słuchamy optymistycznego białoruskiego radia. Na dziurawej drodze samochód skacze w rytm rosyjskiego disco. To disco jest współczesną muzyką ludową. Słuchają go lokalni gospodarze, bo mówi o tragicznej miłości, zdradzie i podrywaniu dziewczyn na zabawie. Zupełnie jak stare i rubaszne ludowe pieśni.
Jedziemy drogą wzdłuż granicy polsko-białoruskiej. Na mapie egzotycznie brzmiące miejscowości. Dookoła nas – egzotyka Podlasia w pełnej krasie. Kurzy się, jakby deszcze nie padał od miesięcy.

Miasto przy Bugu

Podziurawiona droga przechodzi przez małe miasteczko. Po lewej stronie biały kościół, którego fasada góruje nad okolicą. Z wieży widać dzikość przyrody po białoruskiej części Bugu. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi malutka cerkiew w kolorze nieba.
Jesteśmy w Kodniu.

W miejskim parku strażacy opijają nowy czerwony wóz. Turyści kursują między starym dworem a kościołem. Nad głowami ludzi unosi się rój komarów.
– Tym komarom znad Bugu nic nie jest w stanie zaszkodzić – mówi mieszkanka Kodnia.
Panoszą się po obu stronach rzeki, nie oszczędzając nikogo z przyjezdnych. Latają pomiędzy kapliczkami kodeńskiej kalwarii i bzyczą przelatując przez próg świątyni.

Ukradziona Maryja

Podróż do Rzymu w siedemnastym wieku mogła trwać nawet kilka tygodni. Magnat Mikołaj Sapieha, który ciężko zachorował, zdecydował się jednak wybrać na pielgrzymkę do Watykanu. Gdzie prosić o zdrowie, jak nie w centrum katolickiego świata? Papież Urban VIII przyjął zamożnego magnata na prywatnej audiencji. Na Mikołaju Sapieże zrobiło wrażenie jednak nie bogactwo papieskich rezydencji, ale piękny obraz Matki Boskiej de Guadalupe.
Maryja wisiała na ścianie i patrzyła na niego migdałowymi oczami.
On więc wpatrywał się więc w jej twarz, dopóki go nie uzdrowiła. Gdy postanowił wrócić do Polski, był już całkowicie zdrowy – za sprawą migdałookiej Matki Boskiej.
Nie chciał wyjeżdżać bez czyniącego cuda obrazu. Poprosił papieża, żeby pozwolił mu jechać z Maryją do Polski. Urban się nie zgodził. Mikołaj Sapieha przekupił więc zakrystiana. Ukradł Maryję i z cudownym obrazem pod pachą wrócił na Podlasie.
Sapieha za kradzież świętego obrazu został obłożony klątwą papieską. Zakrystian za zdradę spłonął na stosie.
A Matka Boska de Guadalupe do dzisiaj króluje w kodeńskim śnieżnobiałym kościele. Podobno wciąż uzdrawia i czuwa nad ludźmi pogranicza.

Modlitwa przemytnika

– Przemytnicy przecież też mogą się modlić. Jezus rozmawiał z celnikami, więc na pewno wysłucha też przemytnika – opowiada anonimowo mieszkaniec znad Buga.
Jest jeden dzień w roku, kiedy do Matki Boskiej de Guadalupe przychodzą wszyscy przemytnicy. Nie zamawiają wspólnej mszy. Modlą się w ciszy. O co proszą? O opiekę przy przekraczaniu granicy, o zdrowie dla rodziny, o pomyślność w pracy.
– Czy przemyt nie jest czasem grzechem? I czy można prosić Maryję o pomoc w nieuczciwej pracy? – pytam ostrożnie mieszkańca znad Buga.

– Mikołaj Sapieha sam przecież przemycił Maryję z Rzymu do Polski, więc ona doskonale rozumie przemytników – odpowiada – teraz Matka Boska jest nasza i prosimy ją o to, co dla nas najważniejsze.

Zioła od podlaskiej Maryi

Kodeńskim sanktuarium maryjnym opiekują się zakonnicy – Misjonarze Oblaci.
Matka Boska nazywana jest też Matką Boską Kodeńską lub Królową Podlasia. Została koronowana jako trzecia z kolei w Polsce. W sezonie letnim mnóstwo tam pielgrzymek. Przyjeżdżają katolicy z Podlasia.
– Przyjeżdżają też wierni z Warszawy i innych regionów Polski – tłumaczy kodeński psalmista, który nie tylko śpiewa psalmy w świątyni, ale też oprowadza przyjezdnych po lokalnych zabytkach.
Niedaleko sanktuarium znajduje się półwysep. Na nim nadgryzione zębem czasu monumentalne budowle rodu Sapiehów – świątynia i ruiny zamku. Wszystko otoczone przez zadbany park, w którym gęsto rozstawiono kapliczki ze stacjami Drogi Krzyżowej. Po drugiej stronie świątyni – zielny labirynt, pełen pięknych kwiatów i soczystej trawy.
Kodeńską kalwarię wykonał Tadeusz Niewiadomski. Był żołnierzem AK, więc nie dziwne, że niektóre z postaci towarzyszących Chrystusowi w drodze krzyżowej wyglądają jak mężczyźni walczący II wojny światowej. Żołnierze rzymscy mają ostre rysy twarzy. Figury wykonane są z drewna. Do każdej z kapliczek można wejść, schować się przed deszczem. Spojrzeć w oczy drewnianemu Chrystusowi upadającemu pod krzyżem.
Niedaleko kalwarii można kupić zioła zbierane przez Misjonarzy Oblatów. Wyśmienicie smakuje zrobiony przez nich kwas chlebowy. Warto kupić też miód od przygranicznych pszczół.

Zarośnięty port

W Kodniu kiedyś znajdował się jeden z największych rzecznych portów. Na statki ładowano zboże i drewno, które płynęło do Bałtyku. A stamtąd na Zachód Europy. Po dawnej świetności ani śladu. Port wygląda jak zarośnięta sadzawka. Okolicę porasta trawa, a w powietrzu latają dmuchawce.
– Kodeń miał czasy swojej świetności – opowiada pan Nazaruk, kodeński działacz społeczny – z czasem papież zdjął klątwę z Mikołaja Sapiehy. Miasteczko, w którym ród Sapiehów miał swój pałac, rozwijało się prężnie, w zgodzie z chrześcijańskim światem. Dopiero po upadku powstania styczniowego Kodeń utracił prawa miejskie i podupadł. Wtedy też kościół zamieniono na cerkiew, a Matka Boska Kodeńska musiała udać się na wygnanie.
„Wygnana” przez cara Maryja pojechała na Jasną Górę. Wróciła dopiero w międzywojniu. W losach tego obrazu jak w soczewce skupiają się losy podlaskiej szlachty.
Dziś Kodeń żyje dzięki pielgrzymom i turystom. Zachwyceni dzikością przyrody i podlaskich temperamentów, spacerują oglądając ślady dawnej świetności miejscowości.
W Kodniu króluje przyroda. Bujne paprocie nie pozwalają dojść do Bugu. Drzewa poogryzane przez bobry tworzą na rzece kładki łączące Polskę i Białoruś.

Grób w ośrodku wypoczynkowym

Wszyscy zapytani są zgodni, że najlepiej spać u pana Nazaruka. Ośrodek wypoczynkowy przez niego prowadzony leży nad samą granicą polsko-białoruską.
Drewniane domki kempingowe stoją między wysokimi sosnami. Lepiej nie chodzić tam boso, bo igły wbijają się w stopy. Między boiskiem a częścią mieszkalną kodeńskiego ośrodka wypoczynkowego stoi grób.
– Tam są pochowani dawni posiadacze tych ziem. Zaraz za ośrodkiem stoi pałac do nich należący – tłumaczy właściciel ośrodka.
Ośrodek wypoczynkowy, który kiedyś należał do PKP, słynie jeszcze z innej rzeczy. Na jego terenie znajduje się słupek graniczny oddzielający Polskę od Białorusi. Stoi zaraz przy Bugu, błyszcząc białą i czerwoną farbą w bujnej trawie.
Grób porasta zadbany bluszcz. Ktoś ogrodził go metalowym płotkiem pomalowanym na srebrno. Wokół biegające dzieci, kiełbaski na grillach, głośna weekendowa muzyka. A w środku cisza starego grobu, który przypomina, że Kodeń jest czymś więcej niż tylko zwykłą miejscowością wypoczynkową.
Mieszkamy zaraz przy słupku, kilkanaście metrów od grobu. Prawie na Białorusi, z której nie słychać nic oprócz ciszy. I nie widać nic, oprócz bujnej zieleni. Jesteśmy na końcu świata.

IM 10.06.2009