Dlaczego poszłam na wojnę

Dlaczego poszłam na wojnę

Wróciwszy z seansu niedzielnego “Wojna polsko ruska” w Multikinie spomiędzy tłumu znudzonych ursynowian chroniących się w salach śmierdzących popcornem na skutek padania deszczu na zewnątrz, stwierdziłam nie bez pewnego zdumienia, że film był zajebisty, jednakowoż nie dla każdego to lektura obowiązkowa być musi.
To tak, żeby nie było, że nie uprzedzałam.
Mój niezmienny wciąż entuzjazm dla pisarstwa, ba geniuszu Doroty Masłowskiej pozwolił mi docenić także reżyserski kunszt faceta, o którym wcześniej myślałam, że do końca życia będzie międlił fakt bycia synem znanych ludzi reżysera Żuławskiego Andrzeja oraz aktorki Braunek Małgorzaty. Ale nie, Xawery Żuławski syn zrobił film mocno książce wierny i mało tego, wcale nie nudny. Jakby ktoś zapytał, dlaczego przypomina pulp fiction? To ja odpowiedzieć mogę, bo to akurat proste. Jak są sceny, gdzie krew się leje i trup ściele a widzowi chce się do rozpuku śmiać, to to jest właśnie pulp fiction no i jeszcze komiksowa konwencja oraz scenografia w barwach nasyconych, czyli od razu można skumać, że to umowne takie jest a nie, że naprawdę się dzieje.
O, i w tym tkwi mym zdaniem geniusz Masłowskiej oraz moje z nią konweniowanie. Że pisze tym językiem z bloków, pokazuje meblościanki, grille i farbowane na miedź włosy pań domu, ale wszystko ma w sobie umowność taką, jakby w cudzysłów wzięte było. To trzeba mieć poczucie, że całość, co nam się przydarza jest chichotem pana Boga, któremu czasem mylą się dekoracje i wstawia nam w nasz życiorys, siwi i biografię nie te dekoracje, które byśmy sobie zamarzyli.
I tak jest w “Wojnie polsko ruskiej”, i w książce i w filmie, książka o powstawaniu książki, film o powstawaniu filmu, ale nie żeby jakaś nuda, co się na planie dzieje i że główny aktor w przerwach zażera catering, o nie. To o coś więcej chodzi.
Kiedy Doris mówi Silnemu Borysowi Szycowi na przesłuchaniu, że to wszystko to tylko tekturowa dekoracja a po następnych zdarzeniach z Magdą, też dramatycznych, bo o pragnieniu czułości oraz miłości aż po grób, Silnemu łza się kręci i dramatycznie z podkręconym okrzykiem “kurwa”, zapytuje retorycznie, czy ktoś mu w końcu powie, czy istnieje on naprawdę czy też niekoniecznie, no to wtedy ja sobie myślę tak, że to jednak mistrzostwo jest. Odwieczne pytanie, kim jestem i dokąd zmierzam wyrazić w tej konwencji właśnie slangu blokersów oraz innego szyku zdania zwanego inwersją.
I Masłowska i Żuławski pokazują w książce i filmie, że bohater to kreacja wymyślona, nad którą oni panują i mogą mu kazać wszystko a na końcu on i tak się dowie czy był prawdziwy czy zmyślony. Może po prostu wzięty w cudzysłów, tak jak cytatem może być całe nasze życie, które traktujemy tak śmiertelnie na poważnie próbując dociec, jaki sens ma np. zdrowe odżywianie zamiast tego złego albo niepalenie zamiast palenia czy też inny z gazet znany przymus i event.
Wracając do filmu, do któremu zamierzałam was zachęcić to powiedzieć jeszcze mogę, że dodatkowym jego atutem jest to, że nie ma właściwie fabuły a to wcale okazuje się nieprzeszkadzające. Bo w zasadzie w życiu tez tak bywa, że dzień za dniem mija i życiorys jest całkiem afabularny a człowiek przebudza się dopiero wtedy, kiedy następuje jeb w postaci śmiertelnej choroby albo zajścia opuszczenia przez męża. Wtedy nagle fabuła zyskuje na tempie, ale oczywiście do czasu, bo potem znów jest afabularnie. Jednak jak stwierdziła masłowska w wywiadzie dla GW, niedzianie się to też w sumie fabuła, tylko inna. I ma rację. Bo przygody to my se możemy w swoim życiu na palcach jednej ręki policzyć, więc nie bądźmy tacy wymagający.
Jest w tym filmie nie tylko czysty i wydepilowany Borys Szyc jako Silny Andrzej nazwisko Robakowski. Bo że zdolny jest, to jakby z góry wiadomo. Jest też blondynka. I tu znowu łamie się konwencja, bo blondynki niby są głupie, bezwolne i powstają o nich kawały. Tymczasem Magda, co miała zostać miss na festynie, grana przez Romę Gąsiorowską jest blondynką dominującą, niby głupią, o kulturze i całowaniu w rękę marzącą i rzecz jasna o miłości aż po grób, ale sprawującą w dziwny sposób nad dresiarzem silnym jakiś dusz rząd przedziwny.
Nie wiem, na czym to polega, może na tym, że ma swoje zdanie i to widać nawet nie w domyśle i zarysie, tylko tak na zewnątrz całkiem. Wcale nie czuje do chłopaka respektu i to należy podziwiać, że też ma swoje marzenia i umie gościowi dopiec. Nie to, co bezwolna poetka Andżela nosząca ze sobą kram z pamiątkami jak np. opłatek z pierwszej komunii, choć nie powiem, jej poezja, którą przytoczyła leżąc urzygana w kiblu była nawet całkiem sugestywna, gdyby nie dosłowne przytoczenie słowa w wierszu „egoista”, bo to wypaczyło poetyckość i przerodziło się w dosłowność, co jest najgorszym grzechem każdego poety.
W Masłowskiej zakochałam się od pierwszego zadnia w 2002 roku, kiedy na tanim papierze wydawnictwa Lampa Iskra Boża przeczytałam :”Najpierw ona mi powiedziała, że ma dwie wiadomości dobrą i złą. Przechylając się przez bar. To którą chcę najpierw. Ja mówię, że dobrą. To ona mi powiedziała, że w mieście jest podobna wojna pod flagą biało czerwoną. Ja mówię, skąd wie, a ona, że słyszała.”
Nikt tak wcześniej nie pisał, w mowie zależnej i bez respektu dla zasad składni polskiej, językiem prostym, ale całością niezrozumiałą i przyjmowaną jako „trudną”. I nie miała angielskiego prototypu jak Grochola w Helen Fielding matki rodzonej Bridget Jones. Sama to wymyśliła ucząc się do matury w wejherowskim liceum.
Dziś mieszka w Berlinie i pisze sztuki dla teatrów warszawskich i nie tylko uważanych za takie dla ambitnego widza, żadne tam farsy i burleski.
Zawsze jej zazdrościłam, bo choć dla mnie rzeczywistość jest też w cudzysłowie i nie na serio, dziwaczna i nie do konweniowania na trzeźwo, jak żeberka z Hita na grilla, to jednak iskry brak. Inna dla mnie jest przygotowana dekoracja.
A teraz dygresja. Mogłabym napisać, co wymyśliłam ze zmurszałym psem się przechadzając po osiedlu, że „patrząc na jego spodnie, zwłaszcza z przodu od pasa i podbrzusza ,myślałam, że podoba mi się spodni tych zawartość” i że to będzie inwersja i że w głowie zradza już inna całkiem percepcję niż powiedzenie: podobała mi się zawartość tych spodni. ( i nie chodzi tu o psa rzecz jasna, ale gwoli zrozumienia wolałam to jednak wyjaśnić). Chociaż nie jestem pewna, czy czujecie różnicę oraz to, że treść naprawdę ma tu znaczenie drugorzędne. Tylko, że liczy się konwencja oraz świadomość, że się w niej żyje. Wtedy jest naprawdę znośniej. Bo nic tak do końca się naprawdę nie zdarza, wszystko jest budową dekoracji i wszystko naraz może zostać zburzone i zepsute przez scenarzystę lub pisarza. I ta świadomość mnie na ten przykład uskrzydla. Może tak jak Masłowską i mogłabym być z tego dumna.
„No to idziemy. Jest to pozornie wbrew memu planowi, wbrew moim ówczesnym zamiarom, ale myślę, że jak trochę się napiję, to cały ten mój plan nabierze jakby wyrazistych linii, które wszystkie zmierzają do garderoby, za kulisy”.

met 2009.06.01
Artykuł zaczerpnięty z serwisu www.broszka.pl
zajrzyj tam koniecznie