Zbigniew Zapasiewicz (1934-2009)

Zbigniew Zapasiewicz (1934-2009)

Facet (nie) całkiem serio
Na nas, młodych dziennikarzy, pełnych idealistycznego myślenia o teatrze, traktujących go jako mistrza i wyrocznię patrzył z odrobiną politowania, może trochę z góry, jakby chciał powiedzieć: „dziecino, co ty wiesz o teatrze”. Ale cierpliwie tłumaczył, odmitologizował zawód, który uprawia (bo chyba nie traktował aktorstwa w kategoriach powołania) i żartował. Bo wbrew temu, co było widać na zewnątrz był człowiekiem z poczuciem humoru, lubiącym się śmiać. Niejednokrotnie pokazywał to podczas prób z fotoreporterami, którzy zamęczali go co chwila prosząc o takie a nie inne ustawienie się do zdjęcia. Cierpliwie pozował rzucając żartobliwe uwagi, ale umiał także przerwać sesję i nikt nie odważył się zaprotestować, jak to często ma miejsce w wypadku innych aktorów.
Przy okazji rozmowy ze mną o „Słonecznych chłopcach”, jego ostatniej wielkiej teatralnej roli zwierzał się, że żałuje, że reżyserzy nieobsadzaną go już w komediach („Słoneczni chłopcy” w Teatrze Powszechnym byli wyjątkiem). „Ostatnio, z racji wieku zapewnie, wszyscy myślą, że jestem facetem bardzo serio. Tak mnie obsadzają i ja nie mam na to wpływu. Nie mogę powiedzieć: ‘proszę mnie obsadzić w komediowej roli’, bo mnie wyśmieją” – mówił. Jerzy Jarocki, u którego stworzył znakomitą postać Leona w „Kosmosie” Gombrowicza w Teatrze Narodowym, obsadził go w zabawnej roli Eugeniusza w „Tangu” Mrożka, do którego próby trwały na narodowej scenie w Warszawie. Premiera miała odbyć się na jesieni, nie wiadomo, czy dojdzie do skutku (w Teatrze Współczesnym w 1997 roku zagrał w „Tangu” Stomila, rewelacyjnie).
Podkreślał swój stosunek do aktorstwa: „Ten zawód ma taką samą specyfikę, jak każdy inny: sprzątaczki, lekarza… Ja jestem profesjonalistą i nie przywiązuję wagi do mistycyzmu.” Dalekie mu było pojęcie talentu i geniuszu, najważniejszy był warsztat. „Genialny był Leonardo da Vinci i Amadeusz Mozart i na tym koniec (…) Talentów nie ma w ogóle. One rodzą się raz na 500 lat” – mówił w innym wywiadzie.

Aktor inteligentny
Na warsztat pracował długo, właściwie całe życie. Uczył się u samego Aleksandra Zelwerowicza, wybitnego aktora, ale i równie świetnego pedagoga. Jego profesorem był Bogdan Korzeniewski. „Kiedyś jako młodzi ludzie zapytaliśmy prof. Korzeniewskiego, czy aktor powinien być inteligentny, on wtedy odpowiedział, że jeśli mu ta inteligencja nie przeszkadza, to może” – wspominał. Warszawską PWST ukończył w 1956 roku (zanim jednak tam trafił przez rok był studentem chemii na Politechnice Warszawskiej). W tym samym roku debiutował rolą Ewarysta Galois w „Ostatniej nocy” wg Leopolda Infelda w Teatrze Młodej Warszawy. W kinie pojawił się po raz pierwszy w roku 1963 jako ksiądz w „Wianie” Jana Łomnickiego. Do historii polskiej kinematografii przeszły jego kreacje w filmach Edwarda Żebrowskiego („Ocalenie”), Krzysztofa Zanussiego (m.in. „Barwy ochronne” i „Persona non grata”, która należy do moich ulubionych) i Andrzeja Wajdy („Bez znieczulenia”). „Pierwszy raz spotkaliśmy się na planie przy filmie ‘Za ścianą’. Długo go namawiałem na tę rolę. Był wtedy kinu dość niechętny. Pociągnęła go dopiero perspektywa improwizowania na planie” – wspomina na łamach „Rzeczpospolitej” Krzysztof Zanussi –„ Przypominam sobie, jak w ‘Personie non gracie’ ofiarnie grał po hiszpańsku, choć tego języka nie znał. Podejmował się zadań nieoczywistych, trudności go mobilizowały. Nie szukał naiwnego poklasku, przyjmował role osób antypatycznych, wręcz przerażających. Doszukiwał się w nich człowieczeństwa. Kiedy w stanie wojennym kręciłem ‘Rok spokojnego słońca’ żaden aktor nie chciał zagrać ubeka. Zbyszek zgodził się natychmiast.”
Wystąpił w ponad 70 filmach. W ilu zagrał spektaklach? Chyba nikt jeszcze nie próbował policzyć, ale liczba ta z pewnością jest imponująca. Grał na deskach warszawskich teatrów – Współczesnego (1959-1966), Dramatycznego (1966-1983), Powszechnego (1983-1987). Do Dramatycznego wrócił w 1987 roku, aby na trzy lata objąć fotel dyrektora. W ostatnich latach był związany z Teatrem Powszechnym.

Rzetelny, nie nowoczesny
Nie każdy wielki aktor potrafił przekazać swoją wiedzę i umiejętności studentom. Zapasiewicz należał do tych, którym przychodziło to z łatwością. Od 1969 roku był prodziekanem wydziału aktorskiego warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Od 1979 docentem na wydziale reżyserii tej uczelni, w latach 1981-1984 dziekanem tego wydziału, a w latach 1984-1987 prodziekanem. Proponowano mu stanowisko rektora. Nie chciał. Mówił, że nie interesują go zaszczyty, ale przekazywanie wiedzy. Nie tylko był mistrzem słowa, nie tylko znakomicie recytował wiersze (szczególny stosunek miał do poezji Zbigniewa Herberta), ale także miał ugruntowany pogląd na temat sztuki aktorskiej, który sam praktykował i przy każdej okazji podkreślał.
„I nie bądźcie, na litość boską, nowocześni. Bądźcie rzetelni”. Te słowa Zbigniewa Herberta skierowane do studentów aktorstwa przypomniał w 70. rocznicę swoich urodzin podczas spektaklu „Zapasiewicz gra Becketta” (w którym konkurował z niezapomnianym Tadeuszem Łomnickim). I był im wierny. Uważał, że aktor nie powinien grać siebie (co często zdarza się we współczesnym teatrze), ale powinien przedstawiać postać (szczególny nacisk kładł na słowo przedstawiać). Podkreślał, że teatr to gra, udawanie, nie wstydził się mówić, że to w pewnym sensie „oszustwo”, tym lepsze im bardziej udane. „Każdy aktor powinien umieć zagrać wszystko, co oczywiście jest niemożliwe, ale przynajmniej powinien się starać. Ideałem aktora jest, aby grać w przeróżnych utworach i nie dać się wpuścić w kanał. W aktorstwie nie chodzi o to, aby pokazywać siebie, ale aby pokazywać człowieka” – mówił.
Dlatego nie bał się tak nie modnej dziś charakteryzacji. Przekonywał mnie, że Otello powinien być czarny. Ale to nie znaczy, że trzeba szukać do tej roli Murzyna, wystarczy pomalować twarz czarną pastą. Naiwne? Może. Ale właśnie w tym tkwi magia teatru. A Zapasiewicz władał nią jak nikt inny. Opowiadała o tym cierpliwie grupie młodych dziennikarzy podczas jednej z prób prasowych, powtarzał rok temu w wykładzie inaugurującym rok akademicki na Wydziale Zaocznym Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej. Gotów był rozmawiać, spierać się, przekonywać. Po skończonym przemówieniu, a raczej opowieści o teatrze, zachęcał do dyskusji na korytarzach Akademii. Czy taka dyskusja się odbyła? Czy znaleźli się studenci odważni, aby wyrazić swoje zdanie? Nie wiem. Jeżeli tak, nie opuściła murów tej szacownej instytucji, a szkoda.
Przy tym pozostał człowiekiem wykonującym swój zawód najlepiej jak potrafił, bez nadęcia, ale i bez fałszywej skromności. Uważał, że w aktorstwie, tak jak i w życiu nie da się osiągnąć przysłowiowego Mount Everestu, że ciekawsze jest jego zdobywanie, od faktu stanięcia na górze. Mówił: „Herbert ujął to tak: ‘Idź, bo tak zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz…’. Niczego w życiu nie można zdobyć do końca, ale mimo to trzeba iść. Poza tym gdybym ten szczyt zdobył, to po co miałbym dalej żyć? Kiedy przestanę uprawiać ten zawód, to nie dlatego że już zdobyłem Mount Everest, lecz dlatego, że nie mam już siły iść…”. Szedł do końca.
Paulina Sygnatowicz, 15.07.2009
źródło:
Bartman Katarzyna, Jestem oszustem, „Dzień dobry” 2004, nr 14.
Kowalczyk Janusz R. , Aktor wierny sobie, Rzeczpospolita 2009, 15 lipca.