Wierszalin – opowieść o końcu świata

Wierszalin – opowieść o końcu świata

Ten teatr nie mógłby istnieć nigdzie indziej. Dzięki zanurzeniu w otoczeniu polsko-białoruskiego pogranicza, dzięki białostockim lasom i starej drewnianej chacie, Wierszalin wyrósł na jeden z najciekawszych offowych teatrów odwołujących się do ludowej kultury. Oto historia teatru na końcu świata.

Żyć z teatrem i żyć w teatrze
W 1991 roku grupa niespełna trzydziestolatków postanowiła przenieść się z Gdańska na koniec świata. Tak przynajmniej z perspektywy dużego miasta wyglądała niewielka wieś na białostocczyźnie – Supraśl. Na jej czele stał Piotr Tomaszuk, wówczas dyrektor instytucjonalnego Teatru Miniatura w Gdańsku i Tadeusz Słobodzianek, dramaturg (wówczas mówiło się jeszcze kierownik literacki teatru). Obaj byli absolwentami Wydziału Lalkarskiego warszawskiej Akademii Teatralnej mającego swoją siedzibę w Białymstoku (nie tak znowu daleko od Supraśla). Chcieli tworzyć teatr z prawdziwego zdarzenia. Teatr, który słucha ludzi, powstaje dla ludzi i w którym ludzie tworzą wspólnotę. Trochę tak jak u Grotowskiego.
„Byłem wtedy – i nadal jestem – zwolennikiem poglądu, że teatr nie jest zwyczajnym zakładem pracy. Teatr charakteryzuje się ogromną zaborczością, trzeba mu się oddać całkowicie – żyć z teatrem i żyć w teatrze” – wspominał po latach w jednym z wywiadów Tomaszuk. Nic dziwnego, że dyrektor Miniatury spotkał się z oporem współpracowników przyzwyczajonych do etatów, ciepłej zupy w teatralnym bufecie i prób od godziny dziesiątej do czternastej. Czuł, że musi wyjechać. Nigdzie daleko – na białostocczyznę, miejsce, z którego pochodzi. A wraz z nim Słobodzianek i kilka innych osób z ekipy. „Wywodzimy się z Białegostoku. To geografia naszego urodzenia i dzieciństwa, a w związku z tym również pewnej skali wartości. Wróciliśmy do miejsca, które najlepiej rozumieliśmy” – opowiada.

Nowe Jeruzalem
Supraśl okazał się czystym przypadkiem. Młodym twórcom salę zaproponował dyrektor Supraskiego Domu Kultury. Instytucja już wówczas się rozpadała, zarówno jeżeli chodzi o działalność, jak i stan samego budynku. Tomaszuk pojechał, aby tam dokończy spektakl „Merlin. Inna historia” napisany przez Tadeusza Słobodzianka, a oparty na legendach arturiańskich (wiele lat później dramat ten oglądać można było na scenie Teatru Narodowego w Warszawie). Panowie się zakochali. W tym miejscu, jego atmosferze i nadgniłych ścianach. Obok trafili jednak na inny budynek – chatę powstałą w latach 20. ubiegłego wieku, która powstała z myślą o noclegu dla kolonistów. Gmina chciała budynek zburzyć. Tymczasem Tomaszuk wybrał się do burmistrza i uprosił, aby oddał on chatę w ręce jego teatru. Obiecał odnowić, wyremontować i opiekować się zabytkiem. Okazało się, że gmina chaty zburzyć nie może, bowiem budynek i ziemia były obciążone zastawem bankowym na najbliższe dziesięć lat. „Gdy rozpoczęliśmy remont, zacząłem zagłębiać się w historię tego budynku i okazało się, że gdyby został zburzony, byłaby to wielka strata dla Supraśla. Wraz z budynkiem sąsiadującym, w którym znajdowało się kino, przedstawiał on wartość historyczną jako ślad unikatowego budownictwa drewnianego. Naszym staraniem ten budynek został wciągnięty na listę zabytków. Od tej pory wiadomo było, że już nigdy nie zostanie zniszczony” – opowiada Tomaszuk.
Teatrowi potrzebny był nie tylko budynek, ale i nazwa. Padło na Wierszalin. Artyści trafili na książkę Włodzimierza Pawluczuka „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” opowiadającą historię sekty proroka Ilji. To historia niepiśmiennego chłopa Eliasza Klimowicza, mieszkającego w okresie międzywojennym w małej podlaskiej wsi Grzybowszczyzna. Został okrzyknięty prorokiem i przybrał imię Ilja. Wokół Ilji, którego społeczność zaczęła uważać wręcz za Chrystusa, powstała sekta wyznawców wierzących, że w Grzybowszczyźnie nastąpi koniec świata, a nową stolicą duchową będzie Wierszalin. To dziś miejsce, gdzie stoi kilka domów. I nazwa teatru w niewielkim Supraślu. Tomaszuk jeszcze inaczej tłumaczy wybór tej nazwy: “Ma ona co najmniej dwa znaczenia, a zaprzęga się w nią wiele wątków (…) Geograficznie i historycznie związana jest z miejscowością, w której Eliasz Klimowicz, prorok, w latach 30. naszego wieku postanowił zbudować Nowe Jeruzalem. (…) Nazwa ma też znaczenie ukryte. ‘Nowe Jeruzalem’ to fakt duchowy. A teatr to również fakt duchowy. I rzecz święta zarówno dla tych, którzy go robią, jak i dla tych, którzy oglądają. W tym sensie odniesienie do nazwy Wierszalin jest bardzo zasadne.” Oglądając spektakle Wierszalina trudno się z tym nie zgodzić.

Folklor ciągle żywy
Szesnaście lat po powołaniu do życia Wierszalina Tomaszuk (już po rozstaniu ze Słobodziankiem, który w Warszawie stworzył Laboratorium Dramatu) odważył się sięgnąć po książkę Pawluczuka. Wyjął z niej materiał źródłowy. Relacje zebrane od świadków, a niekiedy wprost od uczestników wydarzeń z tamtych lat, połączył w jeden fascynujący korowód. Tworzy go sześciu prostych chłopów z polsko-białoruskiego pogranicza opowiadając swoim prostym językiem niesłychaną historię. To jeden z najlepszych spektakli Wierszalina. To także jeden z tych, w którym znajdziemy wszystkie cechy supraskiego teatru. Tekst powtarza się tu jak mantra, albo raczej religijne inkantacje, śpiewanie przechodzi w krzyk, a znakomite sceny zbiorowe są przesiąknięte ludowym duchem.
Białystok i jego okolice jest miejscem wyjątkowym ze względu na wielokulturowość wieloreligijność. Przed wojną mieszkali tu Żydzi i Polacy, a także Białorusini. Ich zwyczaje, obrzędy, legendy, a także mentalność pozostały tu do dziś. I to z tego żywiołu postanowili skorzystać twórcy Wierszalina. Sięgnęli po miejscowe opowieści, pieśni, folklor i zaczęli z nich układać teatr. Z wykorzystaniem figur, lalek, marionetek, a więc tego, co ze względu na lalkarskie wykształcenie było im najbliższe. Spektakl „Pasja Zabułdowska” był swego rodzaju reportażem teatralnym, w którym Tomaszuk opowiadał o cudzie, który miał miejsce blisko Supraśla oraz o chłopaku, który dokonał samookaleczenia. Kolejne „etnograficzne” przedstawienie „Ofiara Wilgefortis”, oparte na zbiorze Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny” sięgało po średniowieczny apokryf, o dziewczynie, którą Chrystus na znak miłości obdarował… brodą upodabniając w ten sposób jej twarz, do swego boskiego oblicza. Lud dostrzegł w tym zdarzeniu fakt cudowny, ojciec dziewczyny zaś widział znak hańby i działalności szatana. Ukrzyżował Wilgefortis ze słowami “Skoro on jest twoim kochankiem, to umrzesz jak on!” Znamienne, że pewien poseł Ligii Polskich Rodzin, gdy zobaczył zdjęcie ze spektaklu, nie znając jego treści, oskarżył Wierszalin o… pornografię i zamierzał podać twórców do sądu.

Edyp na białostocczyźnie
„Nie czułem się zdeterminowany, by opowiadać historie tylko z Białostocczyzny. Uważam, że równie fascynująca droga może przydarzyć się w teatrze w momencie, gdy – jak w ‘Świętym Edypie’ – sięgamy do mitu greckiego” – zaznacza Tomaszuk. Faktycznie na swoim koncie ma realizacje, takie jak „Marat-Sade” Petera Weissa, tekst, który pyta o możliwość rewolucji we współczesnym świecie, jak „Klątwa” Wyspiańskiego, która pokazuje świat przecen grzechu, jak „Bóg Niżyński”, o sławnym tancerzu, który obiecał zatańczyć na grobie Sergiusza Diagilewa i tańczy. Wszystkie jednak przefiltrowane zostały przez estetykę charakterystyczną dla Wierszalina. W „Klątwie” na scenie pojawiają się aktorzy z drewnianymi maskami, figurki – postacie spalonych dzieci, słychać dźwięk liry korbowej i zaśpiewy wiejskiej gromady. Tomaszuk jeździł po całej Polsce szukając ubrań, które kupował od miejscowych chłopów. „Jeździłem po wsiach i gromadziłem płaszcze, które miały po sto pięćdziesiąt lat, gumiaki, w których baby chodziły zbierać kartofle i rozrzucać gnój. Przedstawienie to rodzaj skrytki, w której można przechować rzeczy, które inaczej by zginęły” – opowiada. Mit o Edypie został odczytany przez pryzmat chrześcijańskiej legendy o rycerzu Grzegorzu i powieści Tomasza Manna „Doktor Faustus”.

Najnowszy spektakl Wierszalina „Plastynaci” powstał w odpowiedzi na kontrowersyjną wystawę„The Bodies”, która pokazywana była w jednym ze stołecznych centrów handlowych. Jego twórcę, Rafała Gąsowskiego (aktora Wierszalina) zafascynowała postać Gunthera von Hagensa, który wymyślił proces plastynacji zwłok (odparowywania z nich wody i zastępowania jej silikonem). Tutaj jednak autor także odnosi się do zdobyczy europejskiej kultury, Hagens odbywa podróż po ludzkiej myśli. W ten sposób twórcy udowadniają, że człowieka nie poznamy zaglądając w jego żyły, ale przyglądając się wytworom jego myśli.

Z końca świata w świt
„Święty Edyp”
Tomaszuk równocześnie pełni funkcję dyrektora artystycznego warszawskiego Teatru Guliwer. „Zaspokajam w nim potrzebę rozmowy z własnymi dziećmi. To potrzeba prostych, nieskomplikowanych w przekazie etycznym fabuł” – mówi. Ale nie chciałby swojego teatru dla dorosłych przenieść do stolicy. „Wartość Wierszalina polega na tym, że to jest zamknięta i bliska sobie grupa ludzi. Oczywiście to nie jest sekta – można do tej grupy przystąpić lub się wycofać. Bliski, osobisty związek jest fundamentalny. Poprzez działanie w Supraślu i zanurzenie się w takim otoczeniu kulturowym, społecznym, ale też przyrodniczym, funkcjonujemy inaczej niż w przestrzeni miejskiej. To otoczenie ma na nas zasadniczy wpływ. Poza tym Supraśl, oddalony od zgiełku świata, jest trochę jak erem. Tam człowiek zaczyna być sam ze sobą albo z tym, co chce zrobić. Wierszalin, pojmowany jako zespół ludzi, którzy chcą razem pracować, nie mógłby istnieć w innym miejscu. Może mógłby istnieć w jakiejś chacie w okolicach Supraśla, ale zawsze w oddaleniu od zgiełku miasta i cywilizacji ciemności.”

Paulina Sygnatowicz, 14.07.2009

źródła:
Paweł Sztarbowski, Na prowincji lepiej słychać Boga, „Opcje” 2006, nr 4.
www.wierszalin.pl
www.culture.pl; hasło: Towarszystwo Wierszalin Teatr.