Tu jest dobra energia – wywiad z Ireną Jarocką

Tu jest dobra energia – wywiad z Ireną Jarocką

Anna Słabosz: – Od 2 lat dzieli Pani życie pomiędzy Polskę i Stany Zjednoczone. Jakie są wady i zalety mieszkania w jednym i drugim miejscu?


Irena Jarocka:  – Wadą jest to, że nie ma się „normalnego” domu, co jest przecież podstawową sprawą dla każdego człowieka. Jestem częściowo tam, częściowo tutaj. Jak tu jestem, to brakuje mi mojego domu tam, a jak jestem tam, to brakuje mi „Polski” i specyficznego kontaktu z tutejszą publicznością. Zawsze jest coś za coś… Z mężem dążymy oczywiście do tego, żeby naszą bazą nie były Stany Zjednoczone, ale Polska. Powolutku, powolutku to się zaczyna realizować. Już mamy mieszkanie i szukamy większego. Ja już teraz więcej miesięcy w roku mieszkam w Polsce. Michał, który jest informatykiem i cenionym naukowcem w tej dziedzinie właśnie dostał tu pracę. Przez jakiś czas będzie pracował i tu, i tam, bo Amerykanie niespecjalnie chcą go puścić.


 


A.S.: – Czy córka dołączy do Państwa i także przeprowadzi się do Polski?
I.J.: – Na razie nie. Monika ma bardzo dobrą pracę, którą lubi i swój własny świat – jest grafikiem komputerowym w bibliotece uniwersyteckiej Texas Tech University w Lubbock, gdzie mieszkamy. Pochwalę się: to ona zaprojektowała stronę graficzną mojej strony internetowej <www.irenajarocka.pl>


 


A.S.: – Są w Polsce miejsca, które darzy Pani szczególnym sentymentem?


I.J.: – Pochodzę z Wybrzeża, dlatego Gdańsk, Sopot, Gdynia, zawsze będą mi bliskie, choćby ze względu na dzieciństwo i młodość, którą tam spędziłam. Tam zaczynałam śpiewać, tam stawiałam pierwsze kroki w showbiznesie. Bardzo lubię też Mazury, ale przede wszystkim uwielbiam góry. Doładowują mnie energetycznie.


 


A.S.: – Dlaczego zatem na miejsce do życia po powrocie do Polski wybrała Pani Białołękę?


I.J.: – Szukałam mieszkania w całej Warszawie, ale ta okolica wydawała się mieć dobrą energię. Jest stąd blisko do lasu i do Wisły. Lubię takie spokojne miejsca. Osiedle jest pilnowane, zadbane, bardzo czyste. Bardzo, bardzo lubię to moje mieszkanko.


 


A.S.: – Jakie są wady i zalety mieszkania na Białołęce?


I.J.: – O jednej rzeczy nie wiedziałam, kiedy kupowałam tu mieszkanie. Zamieszkałam i zaczęłam jeździć po okolicy. Wtedy zauważyłam, że w pewnym rejonie są brzydkie zapachy. Okazało się, że to z oczyszczalni ścieków Czajka. Ale na szczęście tam gdzie mieszkam te zapachy nie docierają, więc raczej doceniam to, że powietrze na Białołęce jest zupełnie inne niż w centrum Warszawy – jest świeże. Oczywistą wadą są korki na moście Grota Roweckiego. Okropne.


 


A.S.: – Czy w Warszawie ma Pani swoje ulubione miejsca?
I.J.: – Kiedy tu jestem niespecjalnie mam czas, by zażywać spokoju, na przykład spacerując po Łazienkach Królewskich. Lubię takie parkowe miejsca. Kocham Stare Miasto i wszystko, co jest związane z tradycją. Stare budowle, antyki… To działa na moją wyobraźnię. Czuję się wtedy bezpiecznie.


 


A.S.: – Co Pani lubi robić w wolnym czasie?


I.J.: – Przede wszystkim dłubię w komputerze, który jest dla mnie kopalnią wiedzy. Bardzo lubię czytać książki. Tydzień temu skończyłam „Byłam sekretarką Adolfa Hitlera” Christy Schroeder. Niesamowita książka, warto ją przeczytać, żeby odkryć parę historycznych prawd. Niedawno przeczytałam też biografie Heleny Vondráčkovej i Jane Fondy. W ogóle  lubię biografie, bo to książki konkretne. Podobnie jest z filmami. Obowiązkowo musiałam zobaczyć „Coco Chanel”. Kocham kino i oglądam wszystkie nowości. Ostatni film – „Anioły i demony” – tak na mnie podziałał, że długo czułam się osaczona i szukałam wszędzie spisku. Dziwne uczucie… Bo ja mam tak, że jak coś czytam czy oglądam, to potem jakiś czas głęboko to przeżywam, żyję tym.


 


A.S.: – Sprawdziła się Pani nie tylko jako piosenkarka, ale także jako aktorka i to zarówno w filmie, jak i na deskach teatru. Czego Panią nauczyły te doświadczenia?


I.J.: – Dały mi jeszcze większą wiarę w siebie. Wiem, że potrafię nie tylko wyśpiewać piosenkę, ale również powiedzieć tekst na tyle dobitnie, że trafia do słuchacza. Nauczyłam się psychicznej koncentracji, a także większego słuchania partnera, a to przydało mi się nie tylko w pracy na scenie teatru czy w filmie, ale też w życiu.. Poza wszystkim to fantastyczne przeżycie, jak gdyby wzbogacenie wyrazu artystycznego mojej głównej pasji  – śpiewania. Uważam, że wszystko co nas w życiu spotyka, wzbogaca nas. Role, które zagrałam, przyjęłam z dystansem, nie za bardzo tego chciałam, bo nie wierzyłam w swoje zdolności aktorskie, ale namówili mnie. Dzisiaj dziękuję Bogu za „Motylem jestem, czyli romans czterdziestolatka”, który stał się ikoną polskiego filmu , i za bardzo trudną, dwuosobową sztukę Mrożka „Piękny widok” w Teatrze Polskim w Waszyngtonie. To rewelacyjne doświadczenia.


 


A.S.: – W czasie ostatnich dwóch aktywnych lat zdążyła Pani nie tylko wydać nową płytę, ale też napisać książkę autobiograficzną. Jaki cel przyświecał Pani przy tworzeniu tej książki?


I.J.: – Przede wszystkim chciałam pokazać ludziom siebie z drugiej strony. Do tej pory byłam znana przede wszystkim od strony śpiewającej. A ja chciałam się podzielić z innymi moim bogatym życiem i doświadczeniem . Być może to komuś w czymś pomoże. W książce pokazuję, w jaki sposób wychodziłam z najcięższych życiowych sytuacji , jak uczyłam się pozytywnego myślenia. To książka o moich przemianach, o wzlotach i upadkach, o moich pasjach, miłościach, rozterkach, karierze, o czasach PRL-u i o tym jak to było być gwiazdą w tym czasie.


 


A.S.: – Czy wykorzystała Pani kiedyś fakt, że jest osobą popularną?


I.J.: – W czasach PRL-u to właściwie było nagminne. Szło się do sklepu, panie rozpoznawały i dawały coś spod lady, albo coś, co akurat przyszło, co można było włożyć do zamrażarki… Bo jak wtedy coś się pojawiło na rynku, to trzeba było od razu kupować więcej i zostawiać trochę na potem. Jeździło się z koncertami po różnych miejscach, fabrykach i załatwiało się do domu różne rzeczy. Tak załatwiłam kable, marmur, dywany, zasłony. ..Często mówili: – „A może Pani by czegoś od nas potrzebowała?”. No to dlaczego nie? W ten sposób wykorzystywałam moje nazwisko. Ale to działało nie tylko wtedy. Do dzisiaj spotykam się z wielką sympatią ludzi i pomimo, że teraz już nie ma problemów z załatwianiem  prostych spraw, to nadal jest mi dużo łatwiej. Dzięki nazwisku szybciej można pewne rzeczy załatwić.


 


A.S.: – Na przykład?


I.J.: – Leciałam niedawno do Stanów Zjednoczonych. Gdy oddawałam bilety i bagaż młody, bardzo sympatyczny człowiek, który mnie obsługiwał, zrobił mi niespodziankę. Przylepił na walizce napis VIP, który stosuje się tylko dla pasażerów I klasy, ja akurat leciałam ekonomiczną. Dzięki temu na lotnisku w Stanach mój bagaż wyjechał jako pierwszy. To był bardzo miły gest. I takich drobiażdżków jest pełno. Innym razem załatwiałam coś w urzędzie, a że nie za bardzo potrafię wypełniać druczki, panie mi to wszystko wypełniły, z uśmiechem. Oczywiście dałam im autograf.


 


A.S.: – Czy w urzędzie na Białołęce też miało miejsce coś podobnego?


I.J.:  – Mąż w zeszłym roku wyrabiał dowód osobisty. Miał mało czasu, bo niebawem wylatywał do Stanów. Kierowniczka działu dowodów osobistych w urzędzie dzielnicy załatwiła mu wszystko w przyspieszonym tempie. Widzi pani, mimo wszystko dalej ludzie są uczynni, mili, sympatyczni.


 


A.S.: – Jesteście Państwo blisko 20 lat małżeństwem. Jaka jest recepta na udany związek?


I.J.: – Należy szanować pasje drugiej osoby, mówić sobie wszystko, no, prawie wszystko. Pretensje wyjaśniać od razu, wybaczać partnerowi to, że jest inny, niż go sobie wyobrażalibyśmy. Ale przede wszystkim trzeba kochać. Jak się kocha naprawdę, to miłość sama przebacza, a i ta wybrana osoba przy wielkiej miłości też w jakimś stopniu się zmienia. Chociaż myślę, że jak jest wielka miłość, to nam nic w tej drugiej osobie nie przeszkadza.


 


A.S.: – Niektórzy twierdzą, że artysta nie powinien zakładać rodziny. A Pani?


I.J.: – Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Rodzina, dom to oaza spokoju, odpoczynku. Przecież każdy człowiek, w jakimkolwiek zawodzie pracuje, musi mieć specjalne miejsce na ziemi. My też jesteśmy normalnymi ludźmi. Podróżujemy dużo, ale jeżeli to nie są wyjazdy na długo, to bywa, że nawet cementują związek, bo ciągle małżeństwo jest nowe, świeże. A po drugie, jeśli moja praca jest moją pasją, to jeżeli jestem w niej szczęśliwa, to i szczęście jest w domu.


 


A.S.: – Jakie są Pani niezrealizowane marzenia?


I.J.: – Koncert w Warszawie. Taki, jakiego nie miałam od lat 80-tych: show z prawdziwego zdarzenia, najchętniej w Sali Kongresowej, z baletem. Marzy mi się, żeby objechać  całą Polskę – wszystkie miasta wojewódzkie, tam, gdzie są filharmonie, piękne sale. Moje marzenia się spełniają, wcześniej czy później, więc mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. Teraz jest kryzys i trudniej o sponsorów na wielkie przedsięwzięcia. Ale liczę na to, że jak wrócę na rynek i intensywniej o sobie przypomnę, wtedy zaproszenia na najciekawsze koncerty same zaczną napływać. No bo tak to jest, że nieobecni nie mają racji. Sporo osób o mnie zapomniało. Drugim marzeniem jest wydanie następnej płyty. A prywatnie? Marzą mi się kolejne podróże po świecie, wspólnie z mężem. Kochamy zwiedzanie. To nasza wielka wspólna pasja. 


 


A.S.: – A jakie są pani plany na najbliższe miesiące?


I.J.: – Na pewno koncerty, koncerty, koncerty. W końcu września jadę na miesiąc do Stanów. Po powrocie wystąpię w  kilku programach telewizyjnych, szykują się też wywiady w prasie. Powoli przygotowuję się do nagrania nowej płyty, rozmawiam z kompozytorami, autorami tekstów. Planów jest dużo. Ale przede wszystkim musimy się z mężem urządzić w Polsce i tym zajmiemy się od stycznia.


 


 


Rozmawiała Anna Słabosz     Artbok 25 sierpnia 2009


 


Irena Jarocka na swoim koncie ma 11 albumów studyjnych:



  • „W cieniu dobrego drzewa”

  • „Gondolierzy znad Wisły”

  • „Wigilijne życzenie”

  • „Koncert”

  • „Być narzeczoną twą”

  • „Irena Jarocka” 1981

  •  Irena Jarocka” 1987

  • „My french favourites”

  • „Mój wielki sen”

  • Kolędy bez granic

  • Małe rzeczy

Zdobyła liczne nagrody, m.in.:



  • I miejsce w Telewizyjnej Giełdzie Piosenki za piosenkę „Gondolierzy znad Wisły

  • Nagroda Srebrny Gronostaj za interpretacje muzyczną na festiwalu w Rennes

  • Nagroda Srebrny Pierścień na FPŻ w Kołobrzegu za piosenkę: „Ballada o żołnierzu, któremu udało się powrócić”

  • II nagroda na Coupe d”Europe Musicale w Villach

  • Wyróżnienia na festiwalu w Tokio za piosenkę: „Odpływają kawiarenki

  • Nagroda Srebrny Gwóźdź Sezonu 1975 przyznawany przez redakcję “Kuriera Polskiego

  • II nagroda na festiwalu w Dreźnie za piosenkę „Mój słodki Charlie

 Występowała w filmie i teatrze:



  •  „Ile jest życia” – wykonanie piosenki

  •  Motylem jestem czyli romans 40-latka” jako piosenkarka Irena Orskia oraz wykonanie piosenek

  •  „Bar Atlantic” – wykonanie piosenki

  •  „Twarze i maski” – wykonanie piosenki

  • „Piękny widok” jako Ona, Mary-Lou, Teatr Polski w Waszyngtonie

Zadzwonił do mnie ktoś z Zespołu Filmowego „X”, mówiąc, że Krzysztof Teodor Toeplitz i Jerzy Gruza napisali scenariusz do kinowej wersji popularnego serialu telewizyjnego „Czterdziestolatek”. Film miał opowiadać o inżynierze, który marzy o oderwaniu się od swojej szarej rzeczywistości  i zakochuje się w gwieździe estrady, która jest dla niego synonimem lepszego, ciekawszego życia. Scenarzystom bardzo podobała się piosenka „Motylem jestem”, a moja kariera była dla nich idealnym wzorem sukcesu. Dlatego zaproponowali, żebym zagrała w tym filmie jedną z głównych ról. Wahałam się, nie miałam przecież żadnego doświadczenia jako aktorka, nie licząc „Kółka Dramatycznego” przy katedrze oliwskiej, ale zapewniano mnie, że Jerzy Gruza zatroszczy się o wszystko i przygotuje mnie tak, że nie będę się musiała niczego obawiać. Po głębokim namyśle zgodziłam się. Zaufałam zawodowcom i już po pierwszych próbach wiedziałam, że dam sobie radę. Miałam zostać sobą i grać siebie. Więc zagrałam siebie – znaną piosenkarkę. […]


Jakie były objawy utożsamienia pani z Ireną Orską?


Dostawałam listy, czasami telefony: „Pani Ireno, zawiodła nas pani! Jak pani mogła odebrać męża całej rodzinie? To przez panią Karwowski zdradził żonę! Jest pani taka niecna! Jak pani mogła zostawić nieszczęśliwego człowieka w lesie! To wszystko przez panią! Potworne.


Ale to nie wszystko. W trakcie filmu podałam Karwowskiemu numer telefonu wymyślony na poczekaniu. Okazało się, że to był faktycznie czyjś numer, i poinformowano mnie, że po premierze filmu widzowie wydzwaniają do tego człowieka, żądając rozmowy z Ireną Jarocką, ewentualnie z Ireną Orską. Głęboko współczułam właścicielowi tego numeru.


Parę miesięcy temu dostałam e-mail od fotografa, który napisał na początku, że chciałby mi zrobić sesję zdjęciową, przysłał adres swojej strony internetowej, żebym mogła zapoznać się z jego pracami.  Na końcu napisał, że właśnie on jest tą osobą, do której od premiery filmu dzwonią ludzie i że w zasadzie już się z tym pogodził.


Skontaktowałam się z nim, pochwaliłam zdjęcia, ale przede wszystkim wyraziłam nadzieję, że będzie okazja do spotkania się przy kawie, żebym mogła go przeprosić za tę niewygodę. On mi na to odpisał, że te telefony to była dla niego przyjemność, że niektórzy do dzisiaj dzwonią, a on w zasadzie nie ma nic przeciwko temu.


Jakiś czas później przyjechałam do Polski, ale zapomniałam zabrać ze sobą jego adres e-mailowy i numer telefonu, a chciałam umówić się na spotkanie. Na szczęście miałam kasetę z filmem „Motylem jestem” i poszukałyśmy z koleżankami tego numeru telefonu. Po latach, tak jak widzowie dzwonią do tego człowieka po obejrzeniu filmu, tak i ja zadzwoniłam.


Odebrała jakaś Pani, potwierdziła, że to jest numer, pod który dzwonią fani „Czterdziestolatka”, a kiedy zapytałam o fotografa, poinformowała mnie, że jest dostępny po d innym telefonem, podała mi ten numer, nie pytając, kim jestem. Nawet się nie przedstawiłam, bo było mi głupio. Zadzwoniłam do niego, zaprosiłam na koncert i tak się spotkaliśmy. To było bardzo miłe spotkanie.


 


Fragment pochodzi z książki „Motylem jestem, czyli piosenka o mnie samej”.