Polska Jerozolima

Polska Jerozolima

Nowe Jeruzalem znajduje się niedaleko Białegostoku. Żeby do niego dotrzeć, trzeba z Krynek wyjechać na Górany, potem skręcić w prawo przy wielkim drewnianym krzyżu, a następnie, po kilkunastu minutach znoszenia spazmów niechlujnej piaskówki, skręcić w lewo tuż obok zardzewiałego przystanku autobusowego.
W Nowym Jeruzalem żył w międzywojniu prorok Eliasz Klimowicz. Pochodził ze wsi Grzybowszczyzna. Jeszcze przed I wojną światową zaczęła mu się ukazywać Matka Boska. Lokalna ludność uważała go za świętego. Eliasz, kierując się słowami boskimi, wybudował cerkiew w środku lasu. Uzdrawiał, pocieszał. Zgromadził wokół siebie grupę wyznawców, którzy wierzyli, że Eliasz to biblijny prorok, który przyszedł do Grzybowszczyzny, by ogłosić koniec świata. Mieszkańcy bez zastanowienia zgodzili się na budowę Wierszalina – Miasta Szczęśliwości, które miało być Nowym Jeruzalem, ochoczo oddając prorokowi swoje oszczędności. Wierzyli, że gdy nadejdzie koniec świata, nowe miasto da im schronienie. Życie w nim miało być szczęśliwe.
Klimowicz zaginął jednak w tajemniczych okolicznościach we wrześniu 1939, po wkroczeniu Armii Czerwonej na Podlasie. Dzieje proroka jako pierwszy opisał Włodzimierz Pawluczuk w książce Wierszalin. Reportaż o końcu świata. Eliasz dzięki niemu stał się sławny na całą Polskę. Do miejsca, gdzie mieszkał prorok, przez dziesięciolecia przybywały pielgrzymki artystów i twórców teatralnych z całego świata.
Co zostało po Nowym Jeruzalem? Trochę gruzów, fundamenty niedokończonej cerkwi i drewniana chatka po proroku.
Droga do nieba
Wieśniak wracający od krowy radził, by wjechać tam od strony wschodniej.
– A gdzie wy chcecie iść? Tam już nic nie ma, pani. Góra tylko stoi.
– Szukamy Miasta Szczęśliwości, zbudowanego przez proroka Eliasza z Grzybowszczyzny.
– A, prorok. Był, pobudował. Nowe Jeruzalem chciał tu zrobić. Ale to już dawno. Zdjęcie tylko po nim mam.
Pani Lena z dumą opiera się o płot. Na prawym ramieniu trzyma zszarzałego kota o zaropiałych oczach. Ma wyższość nad nami, bo to ona zetknęła się kiedyś z żywą świętością. Mimo że nic nie pamięta, bo za czasów ziemskiego życia proroka była jeszcze dzieckiem. W lewej dłoni dzierży świeżo wytarte z kurzu lepką dłonią zdjęcie Eliasza z Grzybowszczyzny. Świadectwo na to, że ziemia, po której stąpamy, jest święta. Zdjęcia nie kłamią – Eliasz tu żył.
Eliasz, zwany tu z rosyjska Ilja, był brodaczem. Poza tym trudno cokolwiek o nim powiedzieć. Rysy twarzy lekko upodobniają go do Józefa Piłsudskiego. Poważny wąs i nienagannie ułożone usta. O jego świętości świadczy aureola nad głową, domalowana na zdjęciu przez wyznawców.
Syn świętego architekta
Jego słowa i czyny pamięta tylko jedna osoba – Borys Wołoszyn, syn architekta świętego miasta. Borys mieszka w środku lasu. Na górze, za bagnem pełnym komarów. Pod domem rosną nagietki porośnięte pokrzywami. Domu bronią trzy kundle.
Jego ojciec, Paweł Wołoszyn – architekt z powołania i budowniczy Wierszalina – przed postawieniem fundamentów Stolicy Świata, zajmował się sprawami mniejszej wagi. Słynął w okolicy z dziwnych form, jakie stawiał pod swoim domem. Piec w kształcie lokomotywy… Wokół kupa zardzewiałych metali, z których trudno wyczytać jakieś kształty. Widać, że coś tu kiedyś było, ale znaczenie przedmiotów zjedzone zostało przez czas.
Borys zaprosił mnie do środka, wskazując drogę, prowadzącą przez wysoki próg. Pośrodku chałupy duży piec, za nim złachmanione łóżko, obok telewizor plazmowy, stół. Na nim napoczęty bochenek chleba i pusty kieliszek wina. Nad lodówką wiszą dwie ikony – Matki Boskiej Częstochowskiej i proroka Eliasza. Za oknem las wykarczowany.
Borys ma dużą lodówkę. Jest bardzo stara, bo stęka okropnie. Pies kładzie się ignorancko na kanapie i wpatruje w ekran czarny ekran telewizora.
– Prorok jeszcze wróci. Przecież w Piśmie stoi, że prorocy żyją po kilkaset lat. On teraz ma tylko ponad sto. Ludzie mówią, że obiecał wrócić – mówi z nadzieją Borys Wołoszyn.
Fundamenty centrum świata
Po obu stronach drogi ku Nowemu Jeruzalem sterczą kadłuby młodych drzew, wyciętych w sposób przerażający przez obcych ludzi. Przyszli i wykarczowali, zostawiając tylko sterczące knypki. Na pewno jest w tym jakaś logika, jakiś przemyślany sposób obchodzenia się z przyrodą. Kto wie, swoją drogą, czy tak właśnie nie wygląda Dolina Jozafata. Jakkolwiek świetnie nie znalibyśmy topografii Starego Jeruzalem, nikt dokładnie nie wie, jak wygląda Dolina Jozafata w Nowym Jeruzalem.
Idziemy wyraźnie zaznaczoną drogą do miejsca, gdzie stoją fundamenty cerkwi, jaką chciał zbudować Eliasz. Borys opowiada o zniknięciu proroka:
– Jego tam Ruscy zabrali w trzydziestym dziewiątym. Ludzie mówią: do Rosji wyjechał i tam na Kremlu spowiednikiem jest. A teraz to jesteśmy na miejscu Nowego Jeruzalem. Tak ludzie mówili, że tu Nowe Jeruzalem. Tylko las mi wykarczowali tu. Przyszli, dali kawałek ziemi wokół chałupy, a resztę wycinali tak sobie tu. To lasy państwowe.
Doszliśmy do wielkiej polany. Okna domu proroka zamknięte na amen. W lewym kącie polany jedna wielka jabłoń kwitnąca na biało.
– Tu kiedyś przychodzili ludzie poubierani na biało. Śpiewali całą noc, cuda się działy – opowiada Wołoszyn.
A teraz? Tam, gdzie prorok planował postawienie nowej cerkwi, wiosną rosną poziomki. Tam, gdzie miał stać monastyr, pnie się w górę dzika trawa. Trudno w tym gąszczu odnaleźć jakieś znaki świętości.
Zostały tylko fundamenty Centrum Świata. Centrum, którego nikt nie jest w stanie znaleźć, bo ukrywa się w wysokiej trawie lub głębokim śniegu, w zależności od pory roku. Mityczną przestrzeń rozumie tylko Borys Wołszyn, mieszkający samotnie niedaleko dawnego domu proroka Eliasza. Już tylko on, syn budowniczego Wierszalina, potrafi wskazać, gdzie miał być szpital, a gdzie monastyr. Mityczna pamięć umiera wraz z ludźmi.

Izabela Meyza 2009.05.07