Nędza i co jeszcze? Może świadomość rzeczy trudnych…?

Nędza i co jeszcze? Może świadomość rzeczy trudnych…?

Marek.
56 lat. Wzrost – 170  cm, lekko pochylony. Szczupła budowa ciała. Idzie przed siebie. Właściwie to nie idzie, tylko człapie. W rozczłapanych butach nie można inaczej, zwłaszcza gdy stawy dokuczają i stopy z ranami. Te rany to od robactwa i nie mycia.. Spodnie podwinięte z plamami. Co chwilę zatrzymuje  się i zamglonymi oczyma rozgląda wokół. Jakby czegoś zapomniał albo szukał. A on tak tylko dla odpoczynku i dla nabrania zapasu powietrza do płuc.

Wiesiek.
Młody jeszcze ale już stary. Twarz opalona . Reszta szczelnie zakryta rozsypującą się kapotą. Kaptur zaciągnięty na głowę, mimo że upał. Stanął przy koszu na śmieci. Grzebie w nim. Po chwili wyjmuje butelkę po coli, odkręca zakrętkę i wypija resztki. Wyraźnie zadowolony, dalej przeszukuje zawartość kosza. Wyjmuje nadgryzioną bułkę . Konsumuje ją, przedłużając przeżucie… W tym czasie mijają go ludzie idący do kościoła. Niedziela. To i z tej racji elegancko ubrani. Patrzą i mijają go, jakby nie istniał. Nie chcą, zapamiętywać tego obrazu…

Jolanta.
Kiedy się śmieje, pokazuje bezzębne dziąsła. Te kilka zębów, które jej zostały sterczą jak kikuty.  Cera szara, zniszczona. Włosy tłuste i przerzedzone, z przedziałkiem z lewej strony, układają się niczym strąki. Bluza z wyciągniętymi rękawami i szara spódnica
z powyciąganymi u dołu nitkami oraz gumowe klapki i torba z dermy, to jej wizerunek.
Nie jest stara ani młoda. Właściwie to jaka? „Mamo, mamo…” drze się może trzyletni chłopczyk, kurczowo trzymając się jej ręki. „Ja chcę loda , mamo…”  A ona wyciera spocone czoło i mówi cicho – „ nie mam pieniędzy na loda, nie mam pieniędzy na nic…”
Z gabinetu odnowy wychodzi zadbana pięćdziesięcioletnia kobieta, ubrana w markowe ciuchy. Czeka na nią wytworny mężczyzna, kiedy dochodzi do niego, niezadowolona z tego, że mały złapał ją za sukienkę z prośbą , by kupiła mu loda,   rzuca z niesmakiem – „ … i pomyśleć, że taka hołota zaśmieca ulice…”.
Waldek.
Siedzi na murku z rozstawionymi szeroko nogami, między nimi opada nisko spasiony brzuch. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Brzuch jest tak ogromny, że zdaje się, że wypełnia całą przestrzeń przy nim. Prawdopodobnie jest to wynik choroby albo niewłaściwego odżywiania, bo tylko brzuch jest taki ogromny, gdy reszta w normie. Jego właściciel sapie. Z trudem oddycha. Może piwo przynosi mu ulgę? Popija je z lubością. Po chwili przysiada się do niego starsza o dwadzieścia lat kobieta. Chwyta go za szyję i usiłuje usiąść mu na udach, ale przeszkadza jej w tym, ten jego opasły brzuch, więc rezygnuje i siada obok. . – „Jadłeś coś ?” – pyta.   
– „Nie, jeszcze nie jadłem, bo matka nic w lodówce nie zostawiła.” –„A to zdzira. Własnemu synalkowi jeść nie daje. Za to ja, ci dam , zobacz, co przyniosłam.” Wyjmuje z torby, owinięty w gazetę, kawałek chleba z parówką.

Towarzystwo.  Zosia. Mirek. Franek. Emilka. Janek.  Przesiadują na ławce pod blokiem . Co dzień urządzają tam libację. Wyjmują z toreb butelki z „Arizoną” i wzajemnie częstują się . Dobiegająca siedemdziesiątki Zosia siada na kolanach czterdziestoletniemu Jankowi
i zaczyna go całować. Ten ją niezbyt mocno odpycha. W końcu poddaje się . Pocałunek przypieczętowany szklaneczką podejrzanego, mętnego roztworu. Bez skrępowania przytulają się do siebie młoda Emilka i Franek, który wygląda przy niej jak staruch. Wesoło. Zbyt wesoło. Słychać głos mieszkańca – „… wynoście się stąd natychmiast gówniarze, co za dziadostwo nam tu urządzacie ..” i grozi kijem, ale oni nie reagują. Po chwili sielanka zamienia się w kłótnię . Zaczynają się tarmosić. Nie wiadomo,  o co im poszło. Padają niecenzuralne słowa, aż uszy od nich puchną… Mirek woła – „ Zobaczysz k…o! jak przyjdzie twój stary to manto ci sprawi, że się tak obściskujesz.”  Jedno z nich znika, by zaraz pojawić się ponownie . Wyjmuje butelkę z pobliskiego sklepu. Mówi „… to na zgodę”  i ręką odbija korek. Milkną. Wyciągają szklanki i piją. Znowu są w najlepszej komitywie. Zaczynają śpiewy. Tylko, że to nie śpiewy a wycie. Przyjeżdża policja. Zabiera ich. Franek krzyczy – „…zostawcie nas… tak miło było…”.

Dworzec kolejowy.
Dwie trzynastoletnie dziewczynki zapalczywie wpatrują się w potrawy znajdujące się w bufecie. Jedna ściąga z miski bułkę z kiełbasą i warzywami. Podaje koleżance. Wycofują się i siadają na ławie przy stoliku. Dzielą się uczciwie. Widać, że są bardzo głodne. Scenę zauważa siwiejący, przystojny mężczyzna. Przystaje  przy nich i pyta – „głodne?”. –  „Tak.!” , odpowiadają chórem . Zamawia im obiad. Kurczak w sosie własnym z frytkami i sałatką . Do tego dla jednej jogurt, dla drugiej sok pomarańczowy, zgodnie z życzeniem. Na koniec po ciastku. Dziewczyny się śmieją. Pan zapytuje, czy nie poszłyby z nim do domu, ma tam dla nich jeszcze więcej jedzenia i sukienki po jego córce. Spoglądają na siebie niepewnie. W końcu decydują się . Idą . Ciąg dalszy jest znany. Pojawia się wino. Potem demoralizacja. Nagrywanie ukrytą kamerą. Bez  komentarza…

Jeszcze jedna dworcowa scena.
Ta sama sceneria. W poczekalni pod ścianą i na ławach śpią brudni, cuchnący ludzie. Zaduch okropny. Mnóstwo ludzi przewija się stąd do dotąd… Pośpiech, rwetes i nieustannie odzywający się skrzypiący głos z megafonu – „ .. pociąg osobowy relacji Łódź Kaliska  … wjeżdża na to tor przy peronie trzecim. . .”. Kilku mężczyzn w różnym wieku przechadza się z jednej strony na drugą , wypatrując ofiary wśród pojawiających się osób. Wreszcie jeden z nich zatrzymuje się przy piętnastoletnim, biednie ubranym, chłopaku. Szepcze mu coś do ucha. Po chwili wychodzą i siadają do nowego opla…

Podsumowanie.
To jedynie kilka, z powtarzających się, obrazów polskiej rzeczywistości,  toczących się w rytmie powtarzającej się, o różnych obliczach, nędzy. Minimalny koszyk dóbr, często pusty, czyli nędza, powoduje określone postawy. Prowadzi do wyniszczenia fizycznego jak i duchowego. Staje się zagrożeniem dla życia i niesie za sobą niebezpieczeństwa.. Lecz „ubóstwo absolutne” to jeszcze nie krańcowa bieda. W międzynarodowych statystykach termin  ten oznacza krańcową biedę , widoczną w Azji Południowej i w Aryce. Bieda, jako pojęcie ekonomiczne i socjologiczne, to braki w zakresie odżywiania, ubrania, mieszkania, potrzeb kulturalnych i społecznych.

Rozważanie…
Czy prawdą jest, że kiedy rodzi się Mistrz, to trawy stają się bardziej zielone a woda w rzece bardziej czysta?  Co dzieje się , gdy rodzi się nędzarz?
Pewnie wody rzeki stają się zamulone, a trawy  tracą swą zieleń  i schną… Każdy czas jest dla człowieka jego czasem. I tak, biedak żyje swoim czasem, bogaty swoim. Kiedy zatrzymujemy się między nędzą a bogactwem, wkrada się w nas niepokój i rozpoczyna się walka między dobrem a złem, ponieważ powstaje w nas pozytywna i negatywna myśl. Oddalamy się wtedy od tego, co w nas jest i wpadamy w koleinę niepewności, która podpowiada różne rozwiązania. Nie jesteśmy pewni, które z nich mogą w ostateczności, okazać się skuteczne. Nasza reakcja na los bliźniego charakteryzuje nas samych. Obojętność w obliczu cudzego nieszczęścia jest zabójcza i wymierza ciosy w naszym kierunku. Im więcej dajemy z siebie dobroci, tym więcej z niej do nas wraca. To jest tak, jakby ktoś spłacał dawno zapomniane rachunki. Najczęściej jest tak, że ludzie dzielą otaczający świat na części, w ten sposób odejmują sobie widzenie całości zjawisk. Żyjemy pełnią życia,  jeśli jesteśmy świadomi tego, co w nas i wokół nas dzieje się . Żyjąc bez  świadomości przyczyn cierpienia i reakcji na nie, odbieramy sobie to, co powoduje, że stajemy się humanitarni. Zrozumieć drugiego człowieka i warunki, w jakich się znajduje, nie jest łatwe, a pomaganie mu jest jeszcze trudniejsze. Dlatego powinniśmy pomagać,  według biblijnego zawołania
Jezusa, który stał się dla nas ubogim i chciał, byśmy zrozumieli, że niczyją winą jest to, że ktoś jest ubogi i który tak nakazywał –
„ Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni lewa…” A my? Dzielimy wszystko na części
i mówimy – „ … biedny? …bo sam sobie zawinił przez lenistwo i zaniedbanie…”, czyli dzielimy włos na czworo, zapominając o całości. Zatem nie bójmy się wspaniałomyślności
w okazywaniu pomocy potrzebującym i wyciągajmy ręce do każdego człowieka, który tego potrzebuje. Zauważajmy cierpienie i nie bójmy się wychodzić mu naprzeciw.

Krystyna Jadamska – Rozkrut   2010.08.22