Mówiąc o lalkach, milcząc o człowieku

Mówiąc o lalkach, milcząc o człowieku

„Jak cicho jest spotkać mima
Jak dobrze, że pan nie mnoży słów
Odbyła się taka piękna pantomima wyjęta ze snów dzieciństwa (…)”

W niewielkim lokalu przy ulicy Karkonowskiej 5 w Karpaczu czuć ducha Henryka Tomaszewskiego, zmarłego przed ośmioma laty wybitnego mima, twórcy znanego na całym świecie Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Spacerować wraz z nim możemy po uliczkach, wokół których wyrastają kamieniczki. A w nich toczy się prawdziwe życie. W naszej wyobraźni. To Muzeum Zabawek, które stworzone zostało w 1994 roku na bazie kolekcji tego wybitnego pantomimisty i konesera zabawek.

Świat dziecięcych zabaw wykreowany został przez lalki, klocki, domki, mebelki, ubranka i przeróżne akcesoria wytwarzane przez ostatnie 200 lat na całym świecie. Są tu porcelanowe lalki europejskiej i bajecznie kolorowe, szmaciane japońskie, jest też amerykańska Barbie. Są figurki w strojach ludowych i tradycyjnych żydowskich, są te przedstawiające historyczne postaci. Wykonane z drewna, glinki ceramicznej, porcelany, wosku, mas plastycznych, a nawet liści kukurydzy. A ponieważ kiedyś dzieci szanowały zabawki, wszystkie z nich są w znakomitym stanie. „Lalki z mojej kolekcji mają po kilkadziesiąt lat. Przeszły dwie wojny światowe, a większość, proszę zauważyć, jest z porcelany. I wciąż jeszcze wyglądają całkiem nieźle” – zwraca uwagę Tomaszewski.

Pasja kolekcjonowania lalek przypadku twórcy pantomimy wydaje się czymś zupełnie naturalnym. Aktorzy Tomaszewskiego tak jak lalki „nie mnożą słów”. „Ciekawi mnie pana przywiązanie do lalki. Lalka nie mów, pajacyk nie mówi. Czy to zaczęło się w dzieciństwie, co potem – już jako świadomemu twórcy – kazało Panu zacząć kreować pantomimę a nie teatr? Zabawki nie mówią… Aktorzy gadają, mają swoje uwagi. Pan zaczął robić z aktorów lalki” – zauważył w prywatnej rozmowie Tadeusz Różewicz, który często odwiedzał Tomaszewskiego w jego muzeum, szczerze zainteresowany imponującą kolekcją. Tomaszewski zaś często podkreślał związek dziecięcych zabaw z teatrem: „To, że zacząłem zbierać lalki, nie stało się z powodu Teatru Pantomimy, ale jest to jednak miniatura człowieka, wprawdzie bez duszy, ale fantazja – zwłaszcza dziecka – jego ogromna wyobraźnia i wrażliwość sprawiają, że ta lalka jest małym, mikroskopijnym człowieczkiem, w którego ‘wlewa’ miłość, którą otrzymuje od rodziców. I to ma coś wspólnego z teatrem. Fantazja, iluzja ‘prawdziwego życia’ – choć zdaję sobie sprawę, że jest to tylko martwy przedmiot. A zatem tak jak w teatrze dajemy się ponieść wzruszeniom, które przekazuje aktor, pamiętając, że jesteśmy w świecie ‘na niby’” – mówił w wywiadzie telewizyjnym nagranym podczas otwarcia Muzeum.

Oczywistym więc stało się, że stworzenie tej „iluzji prawdziwego życia” podobnej do tej, jaka co wieczór rodzi się w teatrze, należy powierzyć scenografowi teatralnemu. I to właśnie współpracujący z Tomaszewskim przy spektaklach Wrocławskiego Teatru Pantomimy, Kazimierz Wiśniak stworzył całą aranżację Muzeum Zabawek. To właśnie dzięki niemu do dziś można tu „spotkać mima, który nie mnoży słów”, ukrytego w jego zabawkach.

„(…) Starych artystów dwóch – aktor i poeta –

spotkało się pod koniec wieku
i mówią o zabawkach
milczą o Człowieku (…)”

Częstym gościem w Muzeum Zabawek bywał Tadeusz Różewicz. Po raz pierwszy odwiedził je 2 stycznia 1995 roku. W prywatnej rozmowie zanotowanej przez Marię Dębicz, Tomaszewski zwierzał się poecie z tego, jak to się wszystko zaczęło (a trzeba dodać, że jak na mima miał wyjątkową zdolność do snucia opowieści): „Pamiętam, szliśmy kiedyś w Poznaniu ulicą i zobaczyliśmy mały sklepik do którego schodzi się po schodkach. Na wystawie stała porcelanowa główka lalki. ‘Wejdźmy ‘ –mówi Kazio [Kazimierz Wiśniak – przyp. P.S]. Przy drzwiach dzwonek, który robił ‘blim, blim’. Kazio mnie podpuszcza: ‘Kup sobie’. ‘A po cholerę’ – pytam. ‘A tak sobie’. I za jakieś małe pieniądze kupiłem. A potem w beznadziejnym pokoju hotelowym, który dał mi do dyspozycji Teatr Polski [w którym w roku 1967 Tomaszewski reżyserował tam sztukę „Marat/Sade” – przyp. P.S.] postawiłem tę główkę i coś się zmieniło, coś ożyło w pokoju. Ten szary, brzydki pokój, w którym nie było nic osobistego nagle ożył. I zobaczyłem, że jest w nim jakiś czar”. Tomaszewski nie mógł się oprzeć temu czarowi i od tego momentu ze wszystkich podróży, a ze swoim teatrem jeździł często i daleko, przywoził wspaniałe lalki. „To już było kolekcjonerstwo, a właściwie ‘fioł’” – podsumował. Zdarzało się bowiem, że targując się o jedną lalkę zapominał o całym bożym świecie, tak jak to było w dużym antykwariacie w Bari. Tomaszewski wówczas o mało nie spóźnił się na prom, ale odpłynął z nową zdobyczą.

Początkowo lalki ustawiał w domu na półkach. W 1968 roku kupił dom w Karpaczu, za którym tęsknił, gdy wyjeżdżał do pracy we Wrocławiu. To tam właśnie zostawiał swoje eksponaty. Ale zabawek przybywało, a miejsca ubywało. Musiał więc chować je do pudeł, które leżały w teatralnych magazynach. I wtedy narodził się pomysł stworzenia stałej ekspozycji. Oczywistym był fakt, że powierzy ją swojemu ukochanemu Karpaczowi (to tutaj w przepięknej drewnianej Świątyni Wang w 2001 roku spoczęły jego prochy). „Cieszę się, że jest tu to muzeum, może i dlatego, że nigdy nie tracę tak zupełnie kontaktu z tymi przedmiotami, będę mógł wpadać, obserwować jak się rozwija i że niezupełnie oddałem” – mówił podczas otwarcia placówki. Po chwili jednak dodawał: „Mam satysfakcję dzielenia się tym, co nazbierałem. Nie można przecież trzymać tego gdzieś w pudłach pochowanego zazdrośnie tylko dla siebie, choć wiem, że w tych przedmiotach jest kawałek mojego życia”.

„(…) Dwie siwe głowy dwie zabawki
znalazły dla siebie cudowny kąt
na progu wielkiego cienia

-ja miałem
Celuloidowego murzynka – od Taty –

Spał w pudełku po gilzach „Solali”

– a ja drewnianego pajaca
Który poruszał się za sprawą sznurka
-to od Mamy –
Pan Henryk powiedział słowo „mama”

i otworzyła się niebieska brama
potem
zamknęła się (…)”

Tomaszewski, gdy tylko pozwalał mu na to czas chętnie oprowadzał gości po swoim Muzeum i opowiadał o poszczególnych eksponatach. „To jest mieszkanie w stylu art deco. Salon z fortepianem, dwa foteliki ciężko zdobyte, bo to poznaniak sprzedawał. W łazience piec na węgiel, w kuchni stół z wysuwanymi miskami do zmywania naczyń. A tu pokoik lalek z choinką, pod choinką szopka. Kanapa Koniga z 1912 roku. Lalki z porcelanowymi głowami, tułów z giętej masy. Peruka z prawdziwych włosów. To lalki firmy Simon i Halbig z 1902 roku, ta w wózeczku też markowa, to współczesna kopia Simona i Halbiga” – tłumaczył Różewiczowi zatrzymując się przed jedną z gablotek. Na lalkach znał się jak nikt, mógł opowiadać o nich godzinami. Czy miał swoją ulubioną? Chyba nie, choć niektóre faworyzował. „To są moje ulubione laleczki, te przy ognisku” – mówił innym razem wskazując na grupę japońskich lalek. I z rozrzewnieniem wspominał swoje zabawki z dzieciństwa.

Jego ojciec był nauczycielem w Poznaniu i złotą rączką. A że kiedyś był zwyczaj, że rodzice sami robili dla dzieci zabawki talent do strugania drewna niesłychanie się mu przydał. „Pierwsze, co pamiętam, bośmy poznaniaki, że najważniejszy był ‘zoolog’. Nie zoo, ale ‘zoolog’. Zawsze się szło do ogrodu zoologa, a nie ogrodu zoologicznego” – opowiadał. A więc jedną z pierwszych zabawek, jaką dostał od ojca był właśnie owy ‘zoolog’ w całości wystrugany z drewna. Z rozrzewnieniem wspominał także pluszowego misia. To była pierwsza zabawka, jaką naprawdę kochał. Też od ojca. „Ojciec wygrał go podczas jakiegoś turnieju, rzucił piłką w cylinder, który spadł i dostał misia. Ten był pierwszy – ukochany” – wspominał wielki mim.

Gdy tylko mały Tomaszek nieco urósł sam robił swoje zabawki. Wycinał je z papieru. Wtedy właśnie narodziła się jego miłość do teatru. Gdy rodzice prowadzali go na różne amatorskie bajki, tuż po powrocie do domu wycinał z papieru kurtyny i budki suflera, bo „bez kurtyny i budki suflera nie mogło być teatru. To było najważniejsze”. Papierowe postaci przyklejał do patyków, a patykami poruszał tworząc prawdziwy, choć papierowy teatr. Najbardziej lubi się bawić w… księdza. „Zachwycały mnie ‘choreografie’ kościelne, przede wszystkim procesje Bożego Ciała. Niezwykłe przeżycie, potem to odtwarzałem” – tłumaczył.

I choć pamięć o dawnych zabawkach wciąż w Tomaszewskim była żywa, nie odrzucał współczesnych lalek. Barbie się wręcz zachwycał: „To fenomen. Proszę sobie wyobrazić, że teraz na świecie parę milionów dziewczynek bawi się taką samą lalką, tego nigdy nie było. Ona zrobiła taką karierę, jak żadna inna zabawka na świecie ani w historii”. I dlatego w jego kolekcji znajdziemy także tą najpopularniejszą lalkę świata, która w tym roku świętowała swoje 50. urodziny. Ubraną w kreacje od największych projektantów, Diora czy Niny Ricci. Ponoć Różewicz, gdy je zobaczył stwierdził: „Panie Henryku te lalki są niesłychanie seksowne”, a Tomaszewski tylko zachichotał.

„(…) Staliśmy na śniegu
Dwaj uśmiechnięci chłopcy
Zatrzymani w biegu –
W biegu do czego?
Może do radości a może…
Do Boga który nie gra w kości.”

Swoją pasją zaraził innych. W Muzeum Zabawek w Karpaczu bywał nie tylko Różewicz, który, pod wpływem swojej pierwszej wizyty (tej 2 stycznia 1995 roku) napisał przepiękny, cytowany tu wiersz, „W gościnie u Henryka Tomaszewskiego w Muzeum Zabawek”. Wiersz znalazł się w tomiku poezji pt.: „Zawsze fragment”. Jego rękopis, oprawiony, trafił do Henryka Tomaszewskiego, który powiesił go na ścianie swojego domu.

Pasję kolekcjonowania malutkich serwisów do kawy, porcelanowych laleczek i samochodzików odziedziczył po Tomaszewskim jego aktor i przyjaciel – Stefan Kayser i to on opiekuje się kolekcją. Wzbogacił ją o kolejne lalki Barbie i miniatury dworców kolejowych, którymi bawili się chłopcy przed stu laty. To on dba o to, żeby kolekcja była pokazywana nie tylko w Karpaczu, bo naprawdę jest imponująca. To za jego namową Tomaszewski po raz pierwszy pokazał swoje zbiory w latach 80. na wystawie w Jeleniej Górze. „Wszystko odbywało się pod dyktando Tomaszewskiego, on wszystkie lalki i miniaturowe meble ustawiał tak, jak reżyseruje się spektakl teatralny. Wcześniej trzymaliśmy swoje skarby w kartonach. W Jeleniej Górze można je było wreszcie zobaczyć w pełnej krasie” – wspomina Kayser.

Zaledwie część tej imponującej kolekcji możemy oglądać w Karpaczu. Ale warto się tam wybrać nie zależnie od tego, czy ma się lat 10 czy 50., żeby poobcować nie tylko z magicznym, teatralnym światem dziecięcych zabaw, ale także z człowiekiem, który kolekcjonował je z równą pasją z jaką tworzył swój wspaniały teatr. „Zwiedzający nie wie o tym, ale ja mam świadomość, że tę zabawkę kupiłem tam, a nie gdzie indziej, targowałem się, cieszyłem, przynosiłem do hotelu, chowałem do tapczanu, zauważałem jakieś ubytki o martwiłem się, że mnie oszukano. I te historie pozostaną – są tylko moje. Ale cieszę się, że również inni będą mieć przyjemność, radość oglądania, może przywołają wspomnienia z dzieciństwa. Chciałbym, żeby to muzeum cieszyło.”

Paulina Sygnatowicz, 1.07.2009

źródła:
Dębicz Maria, Historia jednego wiersza, „Gazeta Wyborcza 2002, 24-26 grudnia.
Kaszewski Cezary, Te lalki są seksowne, „Słowo Polskie Gazeta Wrocławska” 2004, 8 grudnia.
Sitek Elżbiera, Magiczny świat zabawek, „Notatnik Teatralny” 2004, nr 30-31/2003/2004.

W tekście wykorzystany został wiersz Tadeusza Różewicza, „W gościnie u Henryka Tomaszewskiego w Muzeum Zabawek” drukowany w tomie „Zawsze fragment. Recyling”, Wydawnictwo Dolnośląskie 2001.