Lancelot z PGR-u czyli asturiańska legenda ukryta w unikatowych polichromiach

Lancelot z PGR-u czyli asturiańska legenda ukryta w unikatowych polichromiach

1.5.Siedlęcin,Wrocław/Warszawa (PAP) – Wieża rycerska w Siędlęcinie (pod Jelenią Górą, dolnośląskie) to przykład zabytku, który przez lata tkwił w zapomnieniu jako obiekt PGR i mało kto pamiętał, jakie unikatowe na skalę europejską skarby kryją się w jego wnętrzu.

Gotycka wieża książęca wybudowana w XIV wieku skrywa średniowieczne freski przedstawiające historię Lancelota z Jeziora. Są to – według badaczy – jedyne świeckie polichromie opisujące fragmenty legendy arturiańskiej tak daleko wysunięte na wschód Europy.

W malowidłach zawarta jest opowieść o początku kariery Lancelota i jego drodze do rangi najlepszego rycerza świata. Mówią też o jego grzesznej miłości do królowej Ginewry, o początkach i smutnym końcu tego romansu.

„Kiedyś to wszystko było zamknięte, niedostępne, gdy działał PGR” – powiedziała PAP kierowniczka obiektu, Agnieszka Ludkiewicz. „PRL przejął po Niemcach gotowy folwark, obiekt powoli popadał w ruinę. Dwór funkcjonował jako obiekt mieszkalny, natomiast wieża albo stała pusta, albo pełniła funkcję spichlerza. Na parterze ponadto urządzono skład węgla” – opowiadała.

Jeszcze do niedawna przypuszczano, że przedstawiona na malowidłach historia dotyczy fundacji klasztoru cystersów w Krzeszowie przez Piastów Świdnicko-Jaworskich lub św. Krzysztofa. Niektórzy próbowali wiązać obrazy z cyklem o Królu Arturze, ale nie potrafili ich dokładnie odczytać i sugerowali, że malowidła mówią o Iwainie, Galahadzie lub innych rycerzach Okrągłego Stołu.

Dopiero w 1986 dr Jacek Witkowski z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego przyglądając się freskom z zupełnie innej perspektywy wysunął hipotezę, że mówią one o Lancelocie z Jeziora.

„Po raz kolejny czytając sobie romans o Lancelocie stwierdziłem, że ja to już wszystko widziałem namalowane w Siedlęcinie. Pojechałem tam, sprawdziłem jeszcze raz, no i okazało się, że to wszystko się układa w bardzo zwartą, logiczną opowieść” – wyjawił w rozmowie z PAP.

„Być może wcześniej nie umiano odczytać tych malowideł, bo wszyscy upierali się, że opowieść musi biec od góry do dołu. A tymczasem biegnie ona na odwrót, co w średniowieczu nie miało większego znaczenia, gdyż historia albo się nawarstwiała tak jak tort, od dołu do góry, albo schodziła od góry do dołu” – tłumaczył naukowiec.

Witkowski podkreślił, że siedlęcińskie malowidła są jednym z nielicznych zachowanych na świecie zabytków ilustrujących legendy arturiańskie czy w ogóle romanse średniowieczne.

„Tego jest bardzo mało. (…) Wiadomo, że w średniowieczu były na zamkach francuskich malowidła ścienne albo tapiserie z historiami Lancelota, ale żadne nie zachowały się do naszych czasów. Żaden taki zabytek nie przetrwał” – podkreślił.

„Do niedawna Siedlęcin był jedynym na świecie zachowanym przykładem ilustracji opowieści o Lancelocie. Nie tak dawno odkryto malowidła o tej tematyce we Włoszech. W Alessandrii (na północy Włoch) są freski, które były w wieży mieszkalnej należącej do jednego z dworzan rodu Sforzów, władców Mediolanu. Z tym, że są to malowidła o jakieś pół wieku od Siedlęcina późniejsze. Te malowidła pochodzą z końca wieku XIV, opowiadają historię Lancelota, ale – po pierwsze – są zachowane niekompletnie, tam przetrwało tylko kilkanaście scen, które nie zawsze łączą się w całą opowieść. Poza tym brakuje zakończenia” – kontynuował historyk sztuki.

„Po odkryciu malowidła alessandryjskie zostały zdjęte ze ściany i jako transfery przeniesiono je do miejscowego muzeum. W przeciwieństwie do siedlęcińskich, nie są w miejscu oryginalnym” – zaznaczył Witkowski.

Jego zdaniem, wieża w Siedlęcinie to unikat w Europie Środkowo-wschodniej. „Tu rzeczywiście takich rzeczy jest niewiele. W Polsce prawdopodobnie jest to jedyny tego typu zabytek, który miałby oryginalne ściany, oryginalne stropy z początków XIV wieku, datowane dendrochronologicznie” – zaznaczył.

Polichromie były malowane techniką fresku suchego, na mokro wykańczano jedynie drobne fragmenty.

Witkowski ma też hipotezę dotyczącą pochodzenia artysty.

„Na pewno artysta, który malował freski siedlęcińskie, nie był Ślązakiem. Był to artysta wykształcony na wzorach malarstwa zachodnioeuropejskiego, na pewno lepszy od malarzy, którzy działali w tej części Europy, i nowocześniejszy. Inspirował się sztuką francuską, ale raczej nie był Francuzem i z autopsji francuskiego malarstwa nie znał, lecz znał to malarstwo o rodowodzie francuskim, które rozwijało się na pograniczu szwajcarsko-niemiecko-sabaudzkim i najprawdopodobniej pochodził z terenów dzisiejszej północnej Szwajcarii, gdzieś z okolic Zurych-Chur-Konstancja-Winterthur” – mówił PAP Witkowski.

„Freski siedlęcińskie, nawet jeśli przyjmiemy, że jest to artysta pochodzący właśnie z tamtych rejonów – kontynuował historyk – i tak uderzają niezwykłą barwnością i wysmakowanym kolorytem. Wszystkie malowidła ścienne u nas są o wiele bardziej wyblakłe i też dobór barw był skromniejszy. A tu inspiracją dla naszego malarza najprawdopodobniej były jakieś iluminowane rękopisy. Być może on albo książę mieli jakiś bogato ilustrowany, wykonany na Zachodzie rękopis z historią Lancelota, który mu posłużył za wzór. Wpływy malarstwa miniaturowego są tu wyraźnie widoczne” – ocenia naukowiec.

Agnieszka Ludkiewicz wspominała, jak w czasach PRL do wieży przyjeżdżały wycieczki m.in. PTTK i otrzymywały klucze oraz świeczki, aby obejrzeć wieżę. Wchodziło się wówczas na krótko na piętro z freskami i zaraz wracało.

Do historii przeszła jedna z mieszkanek pegeerowskiego budynku, która sprawowała pieczę nad kluczem do bramy wieży. Według opowieści, pilnowała go jak lwica swoich małych. Z czasem stało się tradycją, że mieszkańcy dworu zajmowali się obsługą ruchu turystycznego.

W 1998 roku wieża siedlęcińska o mało nie spłonęła. Gdy ówczesna właścicielka, która nabyła zabytek od Agencji Mienia Rolniczego, chcąc reanimować obiekt zorganizowała turniej rycerski, goście zaprószyli ogień i na górnych piętrach wybuchł pożar. Częściowo zarwał się strop, a powstała wówczas dziura w dachu tkwiła tam przez 10 lat.

W 2001 roku wieżę rycerską przejęła zajmująca się ochroną zabytków Fundacja Zamek Chudów, która w 2006 roku zorganizowała prace konserwatorskie przy freskach. Projekt uzyskał wsparcie finansowe ministerstwa kultury.

Fundacja też powoli przywraca świetność pozostałym obiektom. W 2003 roku przejęła zrujnowany folwark, a rok później – barokowy dwór.

Od 2008 roku przy wieży w ramach praktyk studenckich trwają wykopaliska archeologiczne prowadzone wspólnie przez Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Wrocławski. W ubiegłym roku przebadano część piwnic. W tym roku będzie przeszukiwana fosa.

Badania dendrochronologiczne wykazały, że najstarsze belki stropowe wieży pochodzą z 1313 roku – wtedy najprawdopodobniej na zlecenie księcia jaworskiego Henryka I rozpoczęto budowę. Pierwotnie miała ona cztery kondygnacje, z czego dwie dolne przeznaczone były na pomieszczenia gospodarcze, a trzecią i czwartą zajmowali właściciele. Polichromie na drugim piętrze namalowano około roku 1345.

W 1368 roku wdowa po Bolku II, księżna Agnieszka sprzedała wieżę swemu dworzaninowi z rodu von Redern. Od 1732 do 1945 roku budowla znajdowała się w rękach śląskiego rodu Schaffgotschów.

Michał Zabłocki (PAP)