Ciało żonyAugustyn Baran

Ciało żonyAugustyn Baran

Wrzesień chylił się ku zachodowi jesieni. Nadal jednak był słoneczny i ciepły rozleniwiającym ciepłem, łagodnością klimatu, który obezwładnia człowieka i każdą kobietę.
Pewno z tego powodu Ewelina spóźniła się na ostatni południowy autobus, i stała teraz na przystanku. Na wyjazd do podobnie zapadłej wiochy w Bieszczadach, gdzie mąż znalazł pracę przy budowie bogatej willi, było już za późno.
Zapięła starannie po długim daremnym biegu bluzkę na wzniosłym biuście, przyciągającym wzrok nawet leniwych mężczyzn, a teraz pobliskiej grupki chłopów, zajętych piciem piwa, które dopiero o tej porze zaczyna smakować, osiągając pełnię smaku wieczorem, gdy nad wsią zaświeci satelita komunikacyjny.
– Tylu ich – i każdy taki wspaniały. – Być może pomyślała, a może nie myślała nic, to jej się zawsze najlepiej udawało. Więc wszyscy w jej maleńkiej wsi uważali ją za bezmyślną, może tylko beztroską, o czym świadczyło jej panieńskie dziecko, urodzone bez satysfakcji uczuciowej i finansowej.
– Nigdzie już nie pojedziesz, odjechał ostatni – zagadał jeden z nich, odstawiając pustą smutną butelkę. Przyjaźnie i ze szczerym żalem zagadał. Każdemu żal samotnej, obcej kobiety na bezludnym przystanku, w ciepłe południe września. Ciepłym choć pustym przez całe popołudnie, wieczór i noc, aż do poranka następnego dnia.
Mogła już być przy mężu, tak dawno nie była. Widziała siebie w jego twardych łapach, rozbierających ją jak cebulę, do pachnącej podróżą nagości.
– Chodź, napijesz się z nami – na szczęście znowu zagadali.
– Dobre piwo przywieźli bracia burżuje.
I byliby podeszli do niej z zapienioną szyjką świeżo otwartej butelki, ale ona podeszła do nich, więc mogli siedzieć jak siedzieli.
Oczywiście, z wahaniem podeszła. Tak zawsze podchodzi kobieta, jeśli jest nieśmiała, czyli dobra na wszystko.
Więc, a było ich siedmiu, chociaż tylko sześciu wspaniałych, popatrzyła na nich – dreszcz przedwczesnej rozkoszy już przez nią przeszedł.
Biegła przecież, zanim się spóźniła – teraz wypiła piwo kilkoma haustami. Kiedy podali jej drugie i gdy odstawiła obok pustą butelkę – świat zawirował z nią i zaraz wokół niej bajecznie, tak jak powinien zawirować. I uśmiechnęła się do tego polepszonego niespodziewanie świata, pełnego dobrych chłopów, którzy mieli forsę. Wiadomo – bezrobotni zawsze mają najwięcej, bo muszą mieć, żeby żyć.
Dlatego wkrótce zadecydowali po męsku: – taki piękny las jest niedaleko.
Zabrali ją do lasu, w którym wrzesień jest jeszcze piękniejszy. I każdy chłop także. Nie ma brzydkich mężczyzn w jesiennym lesie. A wódkę też mieli najwspanialszą – „żyda”, co chłopa z nóg wali, a najmądrzejszej nawet babie – rozum odbiera.
Wszyscy zajęli się Eweliną, zawsze któryś z nią był, ale tak naprawdę – zapamiętała tylko gębę teściowej, zawsze rozdartą, teraz także. Ktoś powiadomił teściową, więc przyszła, chociaż po wszystkim, ale wcześniej niż należało. Mogła Ewelinka jeszcze chwilę poleżeć, jak im wszystkim spokojnie leżała.
– Szmata… Zdzira… O, Boże! Mój syn pohańbiony – mówiła patrząc nie na nią, lecz na pięknie przystrojoną w podróżne ciuszki Eweliny, choinkę.
Mąż przyjechał następnego dnia wieczorem i wszystko w ten późny wieczór stało się jasne:
– Ona jest niewinna – to był gwałt.
Siedmiu za jednym zamachem, jak w baśni. Chociaż słownie – tylko sześciu, bo jeden był nieśmiały.
– Zemdlała, czy się upiła? – spytał lekarz. – Nie widać śladów gwałtu, nawet przymuszenia.
– Gwałt! – wrzasnął mąż do zdziwionych i całkowicie dzisiaj bezrobotnych. – To może was drogo kosztować…
– Załatwimy, wszystko załatwimy – wyciągali dobre ręce do zgody. Błagalnie.
– Po bańce każdy – wystarczy wam, wystarczy jej – powiedział nieobliczalnie mąż. – Pieniądz zmyje hańbę domową – dodał.
Wrócił i popatrzył na żonę. Spała. Pełna poczucia niezawinionej winy i pięknej nagości pod zadartą kołdrą.
– Ciało mojej żony, tak tanio je sprzedałem – pożałował.
Przynieśli pieniądze na podwórze. Obsiedli żerdzie i stara cembrowinę studni, od lat pełniącej rolę szamba.
– Mało! – podniósł się mąż niewinnie zgwałconej żony. – Dwie bańki od pały. Moja żona jest piękna.
Wywrócili wszystkie kieszenie, uzbierali resztę.
– Zarobiłaś! – powiedział uradowany. – Na niczym. I rozrzucił nad nią banknoty. Spadały jak jesienne liście. Wtedy w lesie.

Augustyn Baran 2002.10.24