Polska sztuka / Teatr

  • Opublikowano:

    2011-05-16
  • Odsłon:

    293

Tomasz Służewski - tak go pamiętamy

         Kiedy wstawaliśmy o świcie, on dopiero co położył się spać. Próby teatralne  trwały bardzo długo. Potem jeszcze spotkania ze znajomymi w knajpie. Rozmowy. Niekończące się rozmowy. Był człowiekiem nocy. Takiej jak u Bułhakowa - magicznej, twórczej, wyzwalającej energię.
23 lata temu zakochał się w koleżance ze szkoły. Stworzył dla niej teatr, który stał się jego życiem.  Nazwa nawiązuje do numeru liceum na Targówku, w którym się uczyli. Przez rok grali przy parafii Matki Bożej Różańcowej na Bródnie, potem po kilka lat w dwóch domach kultury, najpierw w Świcie, później na Zaciszu. 14 lat temu przenieśli się na Białołękę, gdzie Tomasz Służewski wygrał konkurs na dyrektora dopiero co utworzonego Gminnego Ośrodka Kultury.

Ta nasza młodość
        To było tyle lat temu - powinny zatrzeć się daty, ślady, twarze. Wielu wydarzeń, wielu spraw z tamtego okresu dzisiejsi trzydziesto, czterdziestolatkowie już nie pamiętają, ale wystarczy kilka słów, tytułów, cytatów z granych wtedy sztuk, by emocje, obrazy i dźwięki towarzyszące życiu w Teatrze 13 powróciły z namacalną wręcz wyrazistością.
Spotykając się dzisiaj i wspominając, zastanawiają nad niezwykłą intensywnością i kolorami tego czasu. Każde z nich, wtedy dwudziestolatków, marzyło o teatrze, o byciu na scenie, o wielkich teatralnych uniesieniach, sięgając marzeniami gwiazd. Ich marzenia spełniły się dzięki dwudziestoparoletniemu wtedy Tomkowi Służewskiemu. Premiery, spektakle, setki prób, tysiące wspólnie spędzonych godzin to było ich życie - chyba jedyne jakie wtedy mieli. Nic nie było ważne - tylko teatr. Jemu był dedykowany cały ich wolny czas. Próby często znajdowały bardziej swobodną kontynuację w ogródku kawiarni Literacka na Starym Mieście, toczone tam do późna rozmowy o powstających sztukach, wspólne śpiewy, spory i kłótnie, rozstania i powroty, śmiech i łzy -tak wtedy żyli.
Gorące emocje, jakie towarzyszyły tamtym czasom wracają dzisiaj w rozmowach przyjaciół, bliskich sobie osób, które, gdyby nie Tomek Służewski, pewnie nigdy by się nie spotkały i nie przeżyły aż tylu wspaniałych chwil.

Terapeuta
        Ludzi ciągnęło do niego, bo rozmowa z nim była jak narkotyk. Z każdej coś wynikało. Nie podejmował tematów błahych. Od razu - a jednocześnie bardzo naturalnie - prowadził rozmówcę w świat sztuki, wartości, emocji, uczuć, polityki, spraw fundamentalnych. Można się było z nim nie zgadzać, ale nie można zaprzeczyć, że to co mówił pobudzało do działania, zmuszało do myślenia, inspirowało. Niejedna rozmowa "lądowała" na najwyższym poziomie emocji i kończyła się niemiło. A jednak ludzie do niego wracali... 

Spowiednik
        Wiedział bardzo dużo. O uczuciach, miłościach, rozstaniach, przerwanych ciążach... Znajomi się przed nim otwierali. Posiadał niezwykle rzadką umiejętność - słuchał. Nocami w Literackiej i innych lokalach. Z biegiem lat "konfesjonałem" stał się jego dyrektorski gabinet. Na kanapie przy van Gogha siadali z czasem coraz poważniejsi ludzie - politycy, radni, aktywiści, działacze społeczni, artyści, ludzie sukcesu i ci mniej zaradni... Wiedział więcej niż którykolwiek ksiądz na Białołęce.

Alkohol
        Nie był ani alkoholikiem, ani pospolitym pijakiem, a jednak mocny trunek był nieodłącznym towarzyszem jego życia. Życia niezwykle trudnego, choć z pozoru wydawać by się mogło inaczej. Inteligencją wyrastał wysoko ponad przeciętność. Mało kto był w stanie zaspokoić jego potrzebę rozmowy, nadążyć za nim. Swego czasu udało się to Joannie, prawdopodobnie najważniejszej kobiecie w jego życiu i jedynej, która kochała go prawdziwie.

Dyrektor profesjonalista
        - Pierwszy raz spotkaliśmy się jakieś 12 lat temu przy okazji projektu warsztatów dziennikarskich dla młodzieży, które chciałem prowadzić w Gminnym Ośrodku Kultury - wspomina Krzysztof Madej. - Jako świeży absolwent studiów i narwany nauczyciel miałem dużo pomysłów na naprawę gminy i świata, ale małe wyczucie rzeczywistości. Dyrektor Służewski dość szybko sprowadził mnie na ziemię, zadając szereg praktycznych pytań: o sposób zagwarantowania stałej frekwencji na zajęciach, długookresowy plan zajęć, multimedialne ich urozmaicenie. Nie byłem na to wszystko gotowy, więc wycofałem swój pomysł. Pierwsze spotkanie z Tomaszem było dla mnie warsztatem profesjonalizmu. Wspólny język znaleźliśmy, gdy zaczęliśmy rozmawiać o potrzebie napisania "Historii Białołęki".

Otwarty na inne zdanie
        Potrafił wyciągać wnioski, także z popełnionych w swojej pracy błędów. - Kiedy w 2002 r. ukazało się pierwsze wydanie "Historii Białołęki", wśród powszechnego entuzjazmu pojawiło się kilka głosów wskazujących na luki i merytoryczne nieścisłości publikacji - wspomina Madej. - Tomasz nie obraził się, nie ignorował krytyków, lecz zainicjował działania na rzecz wydania poprawionej i uzupełnionej wersji. W pierwszej kolejności zaprosił do współpracy osoby zgłaszające krytyczne wnioski i sugestie. Podobnie było w trakcie ponad pięcioletniej działalności w radzie programowej BOK. Zdarzały się wątpliwości, różnice poglądów. Nie zawsze nasze amatorskie projekty spełniały kryteria profesjonalne, ale ostatecznie rozsądek i życzliwość dyrektora pozwalały iść naprzód - podsumowuje Krzysztof Madej.

Bezbłędnie wyczuwał pasję
        Bartłomiej Włodkowski przyszedł do Tomasza Służewskiego jakieś 10 lat temu. Dwudziestolatek, świeżo upieczony student, skromny organista z parafii w Płudach i dyrygent chóru, snuł wizję czterodniowego festiwalu kolędowego - ogólnopolskiego, a może nawet międzynarodowego. Do tego konkurs teatralny, gazeta festiwalowa, płyta CD, żywa szopka, integracja ludzi w różnym wieku i z różnych środowisk - od parafii po uczelnie. A wszystko siłami... kilkudziesięciorga dzieciaków z chóru Avetki, które niedługo potem dyrektor BOK zaczął nazywać "żołnierzami Bartka", bo byli karni i zdyscyplinowani. Nie zaśmiał się pod nosem, nie wykręcił brakiem pieniędzy. Zadawał mnóstwo pytań. Bardzo konkretnych. I z minuty na minutę coraz bardziej się uśmiechał.
Zaufał. Dzięki tamtej, karkołomnej i ryzykownej decyzji sprzed 10 lat, grupa pozytywnie zakręconej młodzieży z Włodkowskim na czele mogła zacząć rozwijać skrzydła. Tomasz Służewski z autopsji wiedział, że pasja jest podstawą sukcesu. Nie mylił się. A dowodem na to są dziś liczne działania Fundacji Ave.
"Betlejem" wyrosło na czołowy festiwal kolędowy w Polsce i to nie tylko dzięki temu, że dyrektor otworzył podwoje ośrodka kultury, ale wciąż czuwał nad jego merytoryczną zawartością, ściągał profesorów Akademii Teatralnej, pokazywał przedsięwzięcie ważnym ludziom, podpowiadał, rozumiał potrzeby i był niezmiennie wymagający. Potem były kolejne działania Włodkowskiego - Juwenalia III Wieku, Twardowski, Dobry Rock, a ostatnio Białołęcki Uniwersytet Dzieci.

Prekursor
        Tomasz Służewski z uwagą odnosił się do nowych pomysłów różnych ludzi i różnych organizacji. Zanim nadeszły oficjalne dyrektywy o konieczności wspierania przez samorząd organizacji trzeciego sektora - on już je wspierał. Kiedy jeszcze nikt w Warszawie nie myślał o programach edukacji kulturalnej dla dzielnic, on je po prostu realizował. Nie był tylko administratorem obiektu, ani tym bardziej zamkniętym w czterech ścianach twórcą. Białołęcki Ośrodek Kultury przez 14 lat jego dyrektorowania był organizatorem i animatorem wielu wydarzeń w dzielnicy, w której - gdy zaczął tu pracować - nie działo się zupełnie nic.

Poza układami
        Z biegiem lat coraz bardziej bał się o swoją przyszłość. Zdawał sobie sprawę z własnego profesjonalizmu, ale jednocześnie wiedział, że nie ma żadnego wsparcia politycznego w upartyjnionym mieście. I choć świetnie umiał rozmawiać
z miejskimi urzędnikami, radnymi, burmistrzami, to jednocześnie wiedział, że oni wszyscy są mu zupełnie obcy, nie z jego świata, nie z jego teatru... Nie chciał, by po kolejnym donosie napisanym do władz przez obrażonych o "zmuszanie do wysiłku" pracowników, na jego miejsce przyszedł ktoś z politycznego rozdania. Ten strach nasilił się w ostatnich latach, po tym, jak białołęcka władza oczekiwała od niego zatrudnienia w BOK pewnej osoby, co rzekomo miało dać wsparcie w głosowaniach rady Warszawy
w sprawach ważnych dla Białołęki.

Niespisane wspomnienia
        Wówczas czuł się jakby go ktoś "wykąpał w szambie". Ta propozycja była całkowicie poza jego sposobem myślenia. Nie zatrudnił wskazanej osoby. Chciał napisać wspomnienia. Kiedyś, w dalekiej przyszłości... Miały być takie jak "Mistrz i Małgorzata". Obnażające obłudę. Zapewne przypuszczał, że ma na to bardzo dużo czasu.
Nie stosował taryfy ulgowej ani wobec siebie, ani pracowników i partnerów różnych przedsięwzięć, ani nawet, a może przede wszystkim - wobec swoich aktorów. Wybuchał. W czasach wszechpotężnych układów i kolesiostwa bycie
z nim na "ty" z niczego nie zwalniało.

Sen
        Tomasz Służewski zmarł około piątej rano w wielkanocny poniedziałek. Tej nocy przyśnił się Beacie Wronie. Przekotłował ją po warszawskich teatrach i miejscach spotkań przyjaciół sprzed lat. Załatwiali przy okazji mnóstwo spraw, spotykali różnych ludzi. Sceneria snu była bardzo dziwna. Także niektóre teatry były dziwne. Jeden z nich miał tylko trzy ściany i dach, nie było w nim sceny, a jedynie krzesła dla widzów. - Właśnie tu Tomek oświadczył nagle, że musi już iść - mówi Beata. - Powiedział, żebym sama pozałatwiała wszystkie sprawy, których nie zdążyliśmy załatwić razem. Pytam zaskoczona: Jak to mnie zostawiasz? Tu? Samą?
- Ty sobie poradzisz, a ja już naprawdę muszę lecieć... - odpowiedział.

Modlitwa
        Spoczął na Powązkach, gdzie za jego duszę modliło się mnóstwo ludzi. Prośbę o reinkarnację otrzymał także Lama Ole Nydahl, a przyjaciele podczas praktyki phowa w warszawskim ośrodku medytacyjnym Buddyzmu Diamentowej Drogi prosili o jego odrodzenie w Czystej Krainie Buddy Nieograniczonego Światła, gdzie zapewnione są wszystkie warunki do dalszego duchowego rozwoju.

Tomasza Służewskiego wspominali: Magdalena Bauer, Monika Dąbrowska, Agnieszka i Piotr Gortatowiczowie, Jola i Krzysztof Katnerowie, Mariusz Lipski,  Piotr Lisiecki, Krzysztof Madej, Aleksandra Szeska-Plewako, Agnieszka Szydłowska, Filip Tarka, Agnieszka i Bartek Włodkowscy, Beata Wrona, Paweł Zygmunciak

Wspomnienie pochodzi z gazety  " Echo Białołęckie "  z dnia 6 maja 2011 r.
Opublikowano za zgodą  " Echo Białołęckie "