Polska sztuka / Twórcy ludowi / Muzyka

  • Odsłon:

    599

Obrzędowość rodzinna na Śląsku Cieszyńskim - cz.3 Śmierć i pogrzeb

Prowadząc nasze badania na Śląsku Cieszyńskim, dowiedziałyśmy się, że powszechnie wierzyło się tutaj (a czasem nadal wierzy) w to, że nadejście śmierci przepowiadają różne zwierzęta. Informatorki kilka razy wspominały nam, że kiedy ma umrzeć starsza osoba, nad jej domem odzywa się „kuwik” (gat. sowy). „Przed śmiercióm moigo mynża sómsiedzi prawili, że tu kuwik wrzeszczoł” wspominała pani Aniela z Nydku. Innym zwierzęciem, które przeczuwa śmierć jest pies („Pies dycki wyje na śmierć”). Zwiastunem śmierci mogła też być kukułka (gdy ktoś usłyszał, że kuka tylko raz, oznaczało, że przeżyje tylko rok), kret: „Jak ci kret wyrył krecinym w zogrodzie zoroz przi chałpie, tóż to było na śmierć!” przekonywała informatorka z Jaworzynki. Powinien się też człowiek lękać o swoje życie, kiedy przyśnił mu się biały koń albo wrony.
W ogóle sny były kopalnią przepowiedni: niedobrze było, gdy przyśni się biała pierzyna, ząb, czarny dym albo brudna woda. Co ciekawe wielu ludzi twierdzi, że gdy komuś przyśni się, iż jakaś jego bliska osoba umrze, to ma to odwrotne znaczenie – wróży jej długie życie, jednak gdy śni się, że umiera, ale nie może skonać, to może zwiastować szybką śmierć.

Prócz snów zdarzają się także w realnym życiu takie sytuacje, które interpretuje się jako nadejście śmierci. Pani Aniela opowiadała nam ciekawe zdarzenie: „Jak mój ojciec byli chorzy, mieli my Wilije, a zawsze mamy jedyn świecznik, wtedy my mieli dwa, mamina świyca była eszcze furt wysoko a tatowo tak szybko gorzała. Jo to mamie prawiła, a óna sie pyto, czy zgasła, a jo, że ni. Ale tata eszcze w tym roku umrził…”
Były też inne znaki nadejścia śmierci: spadnięcie obrazu czy lustra ze ściany, hałas na strychu lub w piwnicy albo pukanie do okna.
Kiedy człowiek umierał, nie można było zachowywać się głośno, nie wolno było szarpać konającego albo wołać do niego, by nie umierał. Należało zachować spokój i ciszę, by nie przerwać konania, wierzono bowiem, że inaczej zmarły miałby utrudnione przejście do pozaziemskiego świata, bardziej cierpiałaby jego dusza i trwałoby to dłużej.

Do pogrzebu przygotowywała zmarłego najbliższa rodzina, zazwyczaj kobiety. Najpierw myły i ubierały ciało, a następnie kładziono zmarłego na chwilę na podłodze w izbie uprzednio podścieliwszy tam trochę słomy. Ważne było, by zmarły miał kontakt z ziemią, ale nasze informatorki nie potrafiły wytłumaczyć, dlaczego. Później aż do chwili przeniesienia ciała do trumny, pozostawiano zmarłego w łóżku.
Trumnę stawiano na środku izby w ten sposób, aby zmarły zwrócony był nogami do drzwi, dookoła układano kwiaty i zapalano świece. Katolikowi dawano do trumny różaniec, obrazki a dookoła ciała asparagus, którego zieleń miała symbolizować odchodzące życie.
Do domu zmarłego przychodzili przez dwa lub trzy dni sąsiedzi i rodzina na tzw. „puste noce” – jedna osoba tzw. „czitok” czy „spiywok” inicjowała pieśni i modlitwy, które za nim powtarzali pozostali żałobnicy. Panował także przesąd, że kto ze zgromadzonych bez strachu złapie zmarłego za serdeczny palec, ten już nigdy niczego się w życiu nie zlęknie.

Pogrzeby odprawiano zazwyczaj  do południa. Po ostatnim ucałowaniu zmarłego i pokropieniu ciała święconą wodą ośmiu mężczyzn (tzw. „noszacze” albo „łapiduchy”) zbijali trumnę gwoździami i wynosząc ją z domu trzy razy stukali nią o próg na znak, że zmarły żegna się z domem, z rodziną i z wsią. Niektórzy mówili przy tym: „Zostóńcie z Panym Bogiem!”
Kondukt pogrzebowy miał i nadal ma swój porządek: najpierw idą ministranci z krzyżem, potem mężczyźni, później ksiądz, trumna, najbliższa rodzina i na samym końcu kobiety (tak samo w kościele katolickim jak i ewangelickim).
Inaczej jednak wyglądał kondukt pogrzebowy w przypadku śmierci kawalera lub panny. Nawiązywał on w swej symbolice do obrzędu wesela jako pewna forma wynagrodzenia im tego, że nie doczekali ożenku czy zamążpójścia. Trumnę, która w tym przypadku była biała lub innego jasnego koloru, niosło kilku młodych chłopców. Po jej prawej stronie szło sześć dziewczyn, po lewej sześciu chłopaków, którzy mieli symbolizować pary drużbów weselnych. „Druhny” trzymały zapalone świece, dlatego idąc na taki pogrzeb mówiło się, że „idzie się komuś świecić”. Na piersiach zarówno „druhny” jak i „drużbowie” poprzypinane mieli „wóniónczki” (bukieciki ślubne). Jeszcze dawniej, w XIX w., kiedy zmarł kawaler, jedna dziewczyna niosła na poduszeczce złamaną świecę albo zielony wianuszek, co miało symbolizować przedwcześnie utracone życie.

Po nabożeństwie (w przypadku katolików po mszy św.) na cmentarzu ksiądz składał rodzinie podziękowania w imieniu zmarłego a następnie rzucał pierwszą grudkę ziemi na wpuszczoną do grobu trumnę. Po nim czynili to samo członkowie rodziny.
Obecnie po pogrzebie składa się członkom rodziny kondolencje, a oni proszą żałobników na stypę. Informatorka z Lesznej Górnej wspominała, że słyszała od swojej mamy, iż dawniej każdy uczestnik stypy dostawał od rodziny zmarłego kromkę chleba.

Najbliższych zmarłego obowiązuje żałoba, zwana „pokorą”. Trwa ona różnie – od sześciu tygodni do roku, a jej zakończenie tzw. „sjimani pokory” lub „przipóminka” zaakcentowane są modlitwą w kościele.

Wierzenia związane z obrzędowością pogrzebową są najbardziej poważnie traktowane przez ludzi. Wynika to zapewne z lęku i niepewności tego, co czeka człowieka „po tamtej stronie”. Pewno z tego względu obrzędowość dotycząca śmierci i pogrzebu w porównaniu z urodzinową i weselną, zachowała najbardziej archaiczną postać.

Anna Ludwin, 13 styczeń 2012
Fot.: Internet