Polska sztuka / Film

  • Opublikowano:

    2008-08-30
  • Odsłon:

    332

Moralny niepokój Krzysztofa Zanussiego

Lata 60. to okres, w którym, choć powstają ważne filmy, nie są już zakotwiczone w konkretnym nurcie. Szkoła polska jest już pieśnią przeszłości i nie można dla twórczości młodych reżyserów znaleźć wspólnego mianownika. Aż wreszcie pod koniec lat 70., coś zaczęło się zmieniać. Dojrzewał nowy nurt, nazwany szybko kinem moralnego niepokoju. Krzystof Zanussi należy do najważniejszych twórców tego kontrowersyjnego jednak nurtu, mającego tyluż entuzjastów co i krytyków. Po fabularnym, pełnometrażowym debiucie tego reżysera w 1969 roku, pisano, że narodziła się długo oczekiwana indywidualność w kinie.
Tym debiutem, przyjętym przez krytyków z ulgą i i entuzjazmem, była Struktura kryształu. Już w tym pierwszym filmie, nie wolnym od — co przyznawał po premierze sam reżyser — niedociągnięć i błędów, Zanussi zasygnalizował zainteresowanie tymi aspektami rzeczywistości, które pozostaną w centrum jego optyki już we wszystkich późniejszych filmach, również tych, tworzonych po roku 1989. Skupia się więc na inteligentach, na ich wyborach i postawach, które boleśnie konfrontuje; na wartościach, którym każe ze sobą konkurować.
W Strukturze kryształu głównym bohaterem jest Jan (debiutujacy amator, Jan Mysłowicz), niegdyś obiecujący naukowiec, dzisiaj meteorolog, który zaszył się z żoną na wsi, z dala od miasta i uczelnianej korporacji. Odwiedza go Marek (Andrzej Żarnecki) — dawny kolega, zajęty swą naukową karierą. Jest jeszcze Anna, żona Jana (Barbara Wrzesińska), wiejska nauczycielka, kobieta silna i pełna temperamentu. Zanussi konfrontuje dwa wybory, dwie ścieżki życiowe — Jana, z jego dużym, pełnym książek domem, gospodarstwem wiejskim z końmi i pracą meteorologa — i Marka, współczesnego Fausta, poety i naukowca. Żadnej z nich Zanussi ani nie wychwala, ani nie potępia. Nie stawia pytań, komu przyznać rację. On ukazuje tylko pewne postawy, silnie zresztą stypizowane (co często jest zarzutem pod adresem kina moralnego niepoju).
W 1972 roku Zanussi zaprezentował publiczności i krytykom Iluminację. Pierwsza scena ukazuje nagiego człowieka, którego się mierzy, waży i bada; a z off-u prof. Tatarkiewicz wyjaśnia, co oznacza słowo ilumiancja. Następnie główny bohater, Franciszek (Stanisław Latałło) wyjaśnia przed kamerą, że chce studiować fizykę, by zbliżyć się do prawdy. Film, o nie do końca lineranej konstrukcji, rejestruje następnie życie Franciszka — początkowe sukcesy na wydziale, wykłady, eksperymenty, potem ślub z ukochaną dziewczyną. Życie rodzinne wymaga poświęceń i pieniędzy, Franciszek musi rzucić studia, zwłaszcza, że pojawia się dziecko. W ostatniej scenie, Franciszek dowiaduje się, że cierpi na poważną chorobę serca. Jego życiowa epopeja — to epopeja everymana, typowa, zwykła, podobna do tysiąca takich biografii.
Ale Franciszek — poszukuje prawdy. Iluminacji. Św. Augustyn wprowadził to pojęcie, by opisać moment oświecenia przez Boga, chwilę poznania prawdy. I prawdy właśnie szuka główny bohater. Zanussi jednak zdaje się stwierdzać ostatecznie, że by do prawdy dotrzeć, nie wystarczy intelekt. Potrzbne są życiowe doświadczenia i cierpienia.
Paradokumentlana forma upodabnia film do reportażu; dzięki technice ukrytej kamery, Zanussi osiągnął niesmaowite wrażenie wiarygodności. Duża w tym zasługa operatora, Janusza Kłosińskiego. Prawdopodobieństwo psychologiczne umożliwiło też zaangażowanie nieprofesjonalnych aktorów — Latałło jest z zawodu operatorem, a Edward Żebrowski reżyserem. Film, jak pisał po premierze Aleksander Jackiewicz, należy do tych rzadkich momentów w historii kina, kiedy ono samo wydaje się doznawać łaski „ilumiancji”.
W Bilansie kwartalnym Zanussi skupił się, odmiennie niż w poprzendich filmach, na postaci kobiecej. Marta (Maja Komorowska) i Janek (Piotr Fronczewski) wiodą nudne, pełne rutyny życie, zapłenione pracą, oboiwązkami domowymi i opieką nad dzieckiem. Nie ma w nim namiętności i ani czułości. Jest apatia i zniechęcenie. Pewnego dnia Marta spotyka dawnego znajomego, Jacka (Marek Piwowski), pełengo energii i wesołego. W krótkim czasie nawiązuje z nim romans i ostatecznie decyduje się opuścić męża. Gdy jednak Jacek nie przybywa na umówione spotkanie nad morzem, Marta, ogarnięta wyrztami sumienia, wraca do domu. Moralitet Zanussiego, skoncentrowany na etycznym wyborze kobiety, jest jednocześnie obrazem obyczajowym, głęboko zanurzonym w rzeczywistości. Poza sprawną reżyserią, należy zwrócić uwagę na zdjecia, autorstwa pracującego dziś w Hollywood, Sławomira Idziaka oraz na muzykę Wojciecha Kilara.
Najwybitniejszym, lub jednym z najwybitniejszych filmów Zanssiego są Barwy ochronne z 1976 roku. Znowu, tak jak w Strukturze kryształu, Zanussi konfrontuje dwie postawy, jednak tym razem, zdecydowanie opowiada się po jednej ze stron. Starcie dwóch charakterów — twardego cynicznego karierowicza Jakuba (Zbigniew Zapasiewicz) i naiwnego, idealistycznego Jarosława (Piotr Garlicki) przedstwione zostały na tle obrazu korporacji uniwersyteckiej, przeżartej koteryjnymi rozgrywkami, pełnej amoralności i bezwzględności, kłamstw i lizusostwa, w której jednostki bardziej na zło odporne, jak Jarosław, nie mogą się odnaleźć. Pojawiały się głosy, że owo środowisko uniwersyteckie jest metaforą polskiego społeczeństwa; ponura byłaby to metafora, ale kto wie, w jakim stopniu słuszna? Znamienne jest, że w końowej scenie walki Jakuba z Jarosławem, wygrywa ten ostatni. Cynizm i bezwzględność Jakuba to maski, barwy ochronne, za którymi kryje on strach i pustkę. Film jest wybitny aktorsko, ekipa techniczna ponownie gości Kłosińskiego i Kilara, co stanowi rękojmię jakości.
Kino moralnego niepokoju krytkowano niekiedy za typizownie, za redukcję psychologicznych portretów bohaterów. Niektórzy krytycy twierdzą, że za cenę stworzenia moralitetu, traci się z oczu poziom artystyczny filmu, godząc się na banalne lub zbyt grubą kreską szkicowane rozwiązania fabularne. Nawet jeśli jest to prawdą, przynajmniej w części, to akurat twórczość Zanussiego broni się od większości zarzutów. Z pewnością jego filmy są wymagające, trudne, bardzo intelektualne (przeciwnicy powiedzieliby, że przeintelekualizowane), ale to formalne wyrafinowanie pozwala stracić z oczu niekiedy zbyt nachalną etyczną retorykę.
Zanussi również i dzisiaj realizuje filmy. Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową z 2000 roku miała za punkt wyjścia ciekawy pomysł, gorzej poszło z realizacją. Persona non grata była ambitna w zamyśle, niestety ekipie tak podobał się Urugwaj, gdzie powstawały zdjęcia, że jej członkowie zapomnieli, że robią film. Ostatnie zapowiedzi Zanussiego zaanagażowania do następnego filmu Dody Rabczewskiej, mogą już tylko wzbudzić wielki moralny niepokój. Pozostaje wrócić do tych starych, niedoskonałych moralitetów wprost z gierkowskiej dekady.
Filmpolski.pl – z dnia 9 lipca 2008
Filmweb.pl — z dnia 9 lipca 2008
Aleksander Jackiewicz, Moja filmoteka. Kino polskie, Warszawa, 1983
Krzysztof Zanussi