Polska sztuka / Teatr

  • Opublikowano:

    2009-10-14
  • Odsłon:

    1037

Grzegorz Jarzyna: portret artysty dojrzewającego

Jakie pytanie najczęściej sobie zadajesz?
- Takie, jakie Sydney Price postawił sobie w "Bziku Tropikalnym": czy jestem artystą?
Co to znaczy "być artystą"?
- To znaczy odkrywać i nazywać nowe rejony. Naświetlać zjawiska kulturowe, uczyć patrzeć inaczej niż ogół.


Grzegorz Jarzyna to jeden z najważniejszych, najbardziej rozpoznawalnych na świecie współczesnych polskich reżyserów. Niewątpliwie jest nie tylko rzemieślnikiem, ale także artystą. „Artystą dojrzałym”, jak zawyrokowali krytycy po jego ostatnim spektaklu „T.E.O.R.E.M.A.T”. Droga do tej artystycznej dojrzałości była jednak długa i nie zawsze usłana różami.

Chłopak ze Śląska

Grzegorz Jarzyna to chłopak ze Śląska. Urodził się 4 lutego 1968 roku w Chorzowie jako syn górnika. Wspomina, że szkoła uczyła, że bycie Ślązakiem to wstyd, że śląskiej kultury nie ma. „Dziwiliśmy się: jak to nie ma? Przecież my jesteśmy, mamy swój język - wspomina Jarzyna - Nauczyciele odpowiadali: to nie gwara, tylko niemieckie brudy na czystym języku polskim. Ślązacy - niby Polacy, ale gorsi, "przybrudzeni"”. Jarzyna nie chciał być Ślązakiem. Uciekał na Podhale, do Zakopanego. Wracał na Śląsk i okazywało się, że mówił inaczej niż jego koledzy. Nazywali go „gorol”. W górach zaś mówili na niego „hanys”.

Babka była Niemką, chciała wnukowi załatwić niemieckiej obywatelsko. Ojciec się nie zgadzał, czuł się Ślązakiem i marzył o karierze dla swojego syna w Polsce. Jarzyna wspomina, że zawsze, gdy przejeżdżali zasłużonym „maluchem” przez Karków, ojciec pokazywał na Akademię Górniczo-Hutniczą i mówił: „tu będziesz synu studiował”. Tymczasem Grzegorz miał inny pomysł na życie. Chciał zajmować się teatrem. Ojciec nie protestował, zwłaszcza, że w liceum, w klasie o profilu biologiczno-chemicznym, syn nie był prymusem. Patrzę na jego świadectwo z klasy trzeciej. Ocena z zachowania – poprawna, czwórka tylko z języka polskiego i chemii, reszta same dostateczne… Bo już wtedy Grzegorza fascynował teatr.

Pamięta ten moment dokładnie, moment, kiedy zakochał się w teatrze. Było to w drugiej klasie liceum, a spektakl, który wówczas obejrzał to „Wyszedł z domu” Tadeusza Różewicza. Ale jeszcze większe wrażenie zrobiła na nim „Pornografia” Andrzeja Pawłowskiego przywieziona do Sosnowca przez warszawski Teatr Ateneum. „W scenie końcowej gasło światło, aktor się wieszał i mówił: ‘A teraz się bawcie’, a ludzie zaczęli klaskać – wspomina – Obraziłem się na nich i ostentacyjnie wyszedłem z teatru. Na lekcji języka polskiego wygłosiłem mowę o tym, że nie można się tak zachowywać. Wtedy łatwiej mnie było nabrać i mną sterować”.
Swój pierwszy spektakl wyreżyserował także w liceum – była to… akademia na Dzień Matki. Przedstawienie składało się z wierszy Edwarda Stachury, fragmentów „Ewangelii” i własnych tekstów Jarzyny. Nie obyło się bez skandalu. „Szkołę nawiedzili członkowie partii ze Świętochłowic i powiedzieli, że nie mają zastrzeżeń, ale to nie musi być grane” – opowiada Jarzyna. Tymczasem wystawienie sztuki w salce katechetycznej zaproponowała młodym twórcom parafia. Kościół oskarżono o podbieranie szkole inicjatyw. Historia tego przedstawienia skończyła się na występie w Krakowie na zaproszenie duszpasterstwa studenckiego Arka przy Akademii Rolniczej.

O tym, że będzie reżyserem Jarzyna zdecydował jeszcze przed maturą. Pojechał do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, aby złożyć papiery, choć wtedy na wydział reżyserii przyjmowano ludzi dojrzałych, z przynajmniej jednym humanistycznym dyplomem na koncie. Tak Jarzyna wspomina ten moment:
„Wchodzę na Warszawską do sekretariatu. Udaję, że wszystko wiem, a nie wiem nic. Zaczynam składać papiery. W pewnym momencie pani w sekretariacie pyta:
- A dyplom?
- Który dyplom? Mam sportowe i z olimpiady filozoficznej.
Pani powtórzyła:
- Dyplom szkoły wyższej.
Odpowiedziałem:
- Zdobędę go w tej szkole.
Ona jednak z uśmiechem rzuciła:
- Musi pan mieć skończone studia.
Wycofałem papiery i postanowiłem pójść na filozofię.


Indie zamiast wesela
Jarzyna studiował więc filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim i podróżował po świecie. Pieniądze dostał od mamy, która jemu i jego bratu wpłaciła na konto po tysiąc dolarów. Miało być na wesele. Chłopcy jednak szybko zainwestowali w bilet lotniczy do Azji. „Wyruszyliśmy do Indii, Nepalu i Tybetu. Potem już każdego roku wyjeżdżałem do Azji. Kalkulacja była prosta: miesiąc pracy w Niemczech lub Austrii i dwa miesiące podróży – opowiada Jarzyna – Na czwartym roku z grupką przyjaciół wyruszyliśmy na wyprawę do Australii i Papui”. Przyszły reżyser koniecznie chciał ruszyć śladami swojego guru… Jerzego Grotowskiego, aby zagłębić się w tak pociągający go mistycyzm, żeby chłonąć teatr i atmosferę wschodu. Zapuścił więc długie włosy, nosił siermiężną koszulę i sandały, aby wyglądem przypominać późnego Grotowskiego. Po roku takiego podróżowania wylądował bez pieniędzy na Islandii, w fabryce przetwórstwa ryb. Codziennie przez osiem godzin kroił śledzie i dorsze i… został smakoszem ryb. Czytał Richarda Schechnera i Bronisława Malinowskiego. Powoli rozstawał się z myślą o filozofii, choć uzyskał absolutorium, i przygotowywał adaptację „Doktora Faustusa” Tomasza Manna, by przedstawić ją egzaminacyjnej komisji na reżyserii. Dyplom z filozofii miał donieść później. Później zaś okazało się, że przestał on być wymagany.

„Nie wiesz kim jesteś”

Egzaminy na wydział reżyserii wspomina jako koszmar. „W Krakowie panuje specyficzna atmosfera. Wszyscy profesorzy (…) uczestniczą w czymś, co można nazwać zabiegiem laboratoryjnym ze zdającym w roli preparatu. Sprawiają, że już się nie wie, gdzie prawo, a gdzie lewo, gdzie Bóg a gdzie diabeł. Wszystkie kierunki się mieszają. Nie wiesz nawet kim jesteś” – mówi Jarzyna. Późniejszy reżyser wyszedł z tego chaosu obronną ręką przede wszystkim dzięki wstawiennictwu Krystiana Lupy, na studia dostał się spod kreski. Dziś uważa go za genialnego pedagoga, ale szkoły nie wspomina najlepiej. „To wspaniała instytucja, choć nienawidziłem jej szczerze” – przyznaje. Pod koniec studiów asystował Krystianowi Lupie podczas realizacji „Lunatyków” Hermana Brocha w Starym Teatrze w Krakowie. Był to jednocześnie jego szkolny debiut. Przygoda z PWST dobiegała końca, Jarzyna wypłynął na szerokie, teatralne wody.

Zadebiutował w Warszawie w 1997 roku, w Teatrze Rozmaitości, „Bzikiem tropikalnym” na podstawie „Mister Price’a” i „Nowego wyzwolenia” Stanisława Ignacego Witkiewicza. Podpisał się pseudonimem: Grzegorz Horst d'Albertis. Będzie tak robić jeszcze bardzo długo wymyślając sobie za każdym razem inną tożsamość, adekwatną raczej do treści sztuki niż do tego kim jest on sam. „Wtedy nie byłem jeszcze gotowy. Moja droga to poszukiwanie” – przyznaje. Tymczasem „Bzik tropikalny” okazał się absolutnym hitem. Hitem na miarę kinowych produkcji, telewizyjnych show czy tras koncertowych wielkich gwiazd. Krytyka się zachwycała, publiczność ustawiała w kolekcje do kas. Lupa powiedział: „Dawno mnie nie zafascynowało tak żadne przedstawienie”, krytyk Rafał Węgrzyniak dodawał: „Jedynym elementem budzącym mój opór w tym dziele jest dwuznaczny stosunek do narkotyków”.

Sukces za sukcesem

Tymczasem Jarzyna wrócił do Krakowa, aby jako Horst Leszczuk w Starym Teatrze wystawić „Iwonę księżniczkę Burgunda”. W roli głównej obsadził Magdalenę Cielecką, której zafundował prywatnego trenera od... energii. Poznał podczas warsztatów w Korei. „Uczył mnie osiągać taki stan skupienia, z którego nic nie mogłoby mnie wyrwać. Pewnego specyficznego rodzaju ruchu, języka ciała, oddechu, sposobu reagowania, nawet patrzenia, a wszystko po to, żeby już na pierwszy rzut oka świat zewnętrzny widział we mnie kogoś odmiennego, nie stąd” – opowiada aktorka. Metoda rodem z Grotowskiego najwyraźniej poskutkowała, spektakl bowiem okazał się znowu sukcesem.

Ciągnęło go do Warszawy, a może to Warszawa ciągnęła go do siebie… W każdym bądź razie w 1998 roku w Teatrze Dramatycznym wyreżyserował spektakl opowiadający o zagubieniu człowieka w konsumpcyjnym społeczeństwie, w którym zanikają międzyludzkie więzi – „Niezidentyfikowane szczątki ludzkie, czyli prawdziwa natura miłości” Brada Frasera. Dramat stanowić mógł zapowiedź późniejszej fali sztuk brutalistów w polskim teatrze. Wrócił też do Rozmaitości, aby w wieku trzydziestu lat zostać jednym z najmłodszych dyrektorów w Polsce i pokazać swoją wersję „Ślubów panieńskich” Fredry, komedię, o której powiedział kiedyś, że „to najbardziej debilne z tego, co może być w teatrze”. Tymczasem jego „Magnetyzm serca” podpisany nazwiskiem Sylvi Torsh okazał się spektaklem „niepokojącym i niepokornym”, w którym był „kawał żywego, soczystego, kostiumowego teatru”, jak pisał krytyk Janusz R. Kowalczyk.

Mniejszymi sukcesami, choć również głośno i długo komentowanymi przez krytyków, okazały się kolejne spektakle: „Doktor Faustus” w Teatrze Polskim we Wrocławiu z główną rolą Jana Frycza (1999 rok) i „Książę Myszkin” w Rozmaitościach (na podstawie „Idioty” Dostojewskiego w 2000 roku).

Brutalny teatr

W 2001 roku Jarzyna powrócił do pracy na tekstami współczesnymi. Na warsztat wziął „Uroczystość” Thomasa Vinterberga i Mogensa Rukova. Za podstawę do napisania scenariusza posłużył mu film „Festen” zrealizowany w 1998 roku przez „Dogmę”. Ten starannie przemyślany inscenizacyjnie spektakl, z wielkimi rolami Jana Peszka, Ewy Dałkowskiej, Danuty Stenki i Andrzeja Chyry był odejściem od taniego efekciarstwa, a stał się starannie przemyślaną wiwisekcją człowieka i masek jakie przyjmuje. Podobnie było z kolejnym spektaklem - „4.48 Psychosis” Sarah Kane. Ta wstrząsająca opowieść o dziewczynie, która popełnia samobójstwo z Magdaleną Cielecką w roli głównej zrealizowana została w sposób niesłychanie ascetyczny, kładący nacisk na poetyckie walory tekstu.

Kane, czołowo brutalista, wywoła sporo zamieszania w warszawski środowisku teatralnym, przysparzając kierowanym przez Jarzynę Rozmaitościom sporo kłopotów. Warszawscy radni protestowali przeciwko innemu spektaklowi na podstawie jej tekstu – „Oczyszczonym” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (przez lata Warlikowski i Jarzyna uznawani byli za nierozerwalny tandem). Cięgi za brutalny i obrazoburczy (zdaniem radnych) spektakl zbierał dyrektor Jarzyna. Ale i z tego wyszedł obronną ręką, zwyciężyła sztuka, całe zamieszanie z czasem ucichło przynosząc Jarzynie medialną sławę.

Ikona mediów

Jarzyna od mediów nigdy zresztą nie stronił. Doskonale zdawał sobie sprawę, że bez ich pomocy, jego teatr funkcjonować nie będzie. Ikoną mediów stał się już po premierze „Bzika tropikalnego”. Szybko trafił na łamy kolorowych magazynów za sprawą związku z Magdaleną Cielecką. Brukowa prasa wdzierała się w jego życie, choć on sam podkreślał, że nie ma w domu telewizora i nie czyta takich gazet. „Pewna dziennikarka bezprawnie sfotografowała mój pokój w domu rodziców. Wynająłem wtedy prawnika, rozpoczęliśmy rozmowy z gazetą i udało się wstrzymać publikacje” – opowiada i przyznaje – „Jako reżyser mógłbym sobie pozwolić na całkowitą niezależność od mediów, ale jako dyrektor artystyczny Rozmaitości – raczej nie”. Ostatnio Jarzyny w mediach jest coraz mniej, jeżeli się pojawia to tylko w kontekście wyreżyserowanych właśnie spektakli. Artystyczna dojrzałość? Czy może to media straciły zainteresowanie tak modnym swego czasu reżyserem?

Warszawa, mój teren

W stronę popkultury, którą tak chętnie wykorzystywał w swoich pierwszych spektaklach, Jarzyna zwrócił się znowu po premierze „4.48 Psychosis”. „(…)poczułem, że muszę zrobić komedię i zdystansować się do rzeczywistości. Tak powstało ‘Zaryzykuj wszystko’", wtedy poczułem smak artystycznej wolności” – przyznał w wywiadzie dla popkulturalnego pisma „Machina”. „Zaryzykuj wszystko” grane w dawnym barze obok poczekalni na Dworu Centralnym było pierwszym spektaklem w ramach projektu „Teren Warszawa”.

Warszawa okazała się dla Jarzyny miastem inspirującym i fascynującym, a jednocześnie wysysającym krew jak wampir. „Nie wyobrażam sobie, abym gdzie indziej w Polsce mógł zrealizować ‘Niezidentyfikowane szczątki’, ‘Magnetyzm serca’ czy ‘Uroczystość’ – przyznał po premierze „Uroczystości” - W Warszawie działają agresywne prawa rynku i ten ostry marketing daje mi szansę. Muszę walczyć o swoją niszę. Tutaj za wszystko płaci się wysoką cenę. Pracujemy w dyskomfortowych warunkach, które paradoksalnie mobilizują”. Ciasna scena przy Marszałkowskiej skłoniła Jarzynę do wyjścia w miasto. Spektakle produkowane przez Rozmaitości grane były w biurowcach, starych halach i na Dworcu Centralnym. Jarzyna zmienił nazwę swojego teatru na TR Warszawa (taka funkcjonuje do dziś) i ogłosił Car Project, konkurs na sztukę, która będzie się rozgrywać w pędzącym przez miasto samochodzie. Plan nie wypalił, a cały projekt wyjścia w miasto okazał się nie do końca udanym. Jego zdobyczą okazali się jednak młodzi aktorzy, których Jarzyna ściągnął do swojego teatru na stałe (m.in. Roma Gąsiorowska, Jan Drawnel, Katarzyna Warnke).

„Poznałem siebie jako reżysera”

W 2005 roku Jarzyna zrealizował spektakl „2007: Macbeth”, wielkie widowisko rozgrywające się na Bliskim Wschodzie, które później trafiło do teatru telewizji, a które do udanych nie należało. Po tym doświadczeniu uciekł w operę. W Teatrze Wielkim w Poznaniu wyreżyserował „Cosi Fan Tute” Mozarta (2005), a związki opery z dramatem zgłębiał w „Giovannim” na podstawie „Don Giovanniego” Mozarta i „Don Juana” Moliera. Premiera odbyła się na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie w 2006 roku. Te spektakle podpisywał już własnym nazwiskiem. „"Zaryzykuj wszystko", "Macbeth: 2007" czy "Giovanni" były robione z pełnym poczuciem świadomości użytych środków. Na tym etapie poznałem siebie jako reżysera” – przyznaje. Droga do tego poznania wiodła także przez zagraniczne sceny. Jarzyna reżyserował w berlińskiej Schaubühne (w 2003 roku, „Dżungla miast” Bertolda Brechta), w wiedeńskim Burgtheater (w 2006, „Medea: 2006” i 2007 świetny „Lew w zimie” Jamesa Goldmana).

Grzegorz Jarzyna Anno domini 2009 to już dojrzały artysta. Tak w każdym razie orzekli krytycy po premierze „T.E.O.R.E.M.A.T.U”, sztuki jaką stworzył na podstawie twórczości Passoliniego. Nie jest to może spektakl idealny, ale na pewno poważniejszy, próbujący zmierzyć się z pytaniem o ludzką kondycję, spokojniejszy w środkach wyrazu od dawnych, popkulturowych produkcji. Czy Grzegorz Jarzyna dorósł na dobre – to się dopiero okaże. Gdyby się tak stało, była by to wielka strata dla teatru, bowiem wciąż poszukujący artysta bywa ciekawszy od rzetelnie pracującego rzemieślnika.

Paulina Sygnatowicz, 24.09. 2009

Źródła:
Klich Aleksandra, „Jak Grzegorz Jarzyna nie został górnikiem”, „Gazeta Wyborcza” Gazeta Wyborcza nr 295, 18.12.2008.
Kowalski Michał Kobra, „Grzegorz Jarzyna. Czy jestem artystą?”, „Machina” 2006, nr 9/12.
Mieszkowski Krzysztof,„Marzyciel. Rozmowa z Grzegorzem Jarzyną” [w:] „Notatnik teatralny” 24-25/2002.
Radzwion Marek, „Nie chodzę z siatką na motyle. Rozmowa z Magdaleną Cielecką” [w:] „Notatnik teatralny” 24-25/2002.
Serwa Marta, „Recenzenci o Jarzynie” [w:] „Notatnik teatralny” 24-25/2002.