Wycieczki / Spotkania

  • Opublikowano:

    2009-08-04
  • Odsłon:

    571

Gorolski Swięto – regionalny i międzynarodowy festiwal_przyjaźni?

Moje początki świętowania
- Dzień dobry, bilety do kontroli – powiedział po czesku młody konduktor, kiedy mijaliśmy Wędrynię. Spojrzał na nasze bilety i uśmiechnął się, po czym powiedział: „Miłej zabawy życzę”. W Jabłonkowie z pociągu wysiadł tłum ludzi. Nie wiedziałyśmy, gdzie dokładnie mamy się kierować, ale cudem byłoby się zgubić. Wszyscy podążali tylko w jednym kierunku – do Lasku Miejskiego.
Tak było sześć lat temu, w 2003 roku, kiedy po raz pierwszy, wraz z koleżanką, wybrałam się na Gorolski Święto - polską imprezę na Zaolziu. Od tamtego czasu każdego roku jest podobnie. Gorol zazwyczaj wypada w pierwszy weekend sierpnia (w tym roku w drugi!) i jest „zwieńczeniem” Tygodnia Kultury Beskidzkiej odbywającego się po polskiej stronie w Wiśle, Żywcu, Szczyrku, Makowie Podhalańskim i Oświęcimiu.

Historia
Ot, jest impreza. Okazja do zabawy, obejrzenia występów, okazja do tańca, śpiewu, skosztowania regionalnych potraw i trunków. Kto by wspominał stare dzieje? W każdym innym zakątku taki festyn byłby jedynie zabawą, jednak tu, w Jabłonkowie, to na pewno coś więcej. W oczach starszych Zaolziaków można dostrzec wzruszenie, pewną... tęsknotę. Obecność na Gorolu to dla nich tradycja i poniekąd nawet obowiązek, ponieważ Gorol to niezaprzeczalnie czas sprzyjający refleksjom, wspomnieniom, podsumowaniom - czas spojrzenia na szeroki pejzaż postaci, które tworzyły to wydarzenie, które aktywnie działały na Zaolziu (np. Władysław Młynek, Władysław Niedoba). O wielu z nich możemy już dziś mówić jedynie w czasie przeszłym, lecz ciągle żywe dzieło ich życia przemawia do nas ze sceny w Lasku Miejskim.
Gorolski Święto swymi korzeniami sięga lat 1947 i 1948 - pierwszych powojennych festynów polskich, które już wtedy przyciągały rzesze publiczności. Obecną nazwę nadał tym festynom Karol Piegza, zaolziański nauczyciel i współorganizator pierwszego Gorola. Mało kto pamięta, że pierwotnym zamierzeniem Gorolskigo Święta była prezentacja folklorystycznych zespołów jedynie z okolicy Jabłonkowa. W pierwszych festiwalach spontanicznie uczestniczyły zespoły ludowe z Istebnej, Jaworzynki, Koniakowa i Wisły. Stopniowo od połowy pięćdziesiątych lat zaczęto zapraszać również zespoły z Czech, Moraw, Słowacji i Polski. Śmiało można powiedzieć, że swą rangą Gorolski Święto dawno przekroczyło granice nie tylko Jabłonkowa ale i Czeskiej Republiki, a powiązanie go z Tygodniem Kultury Beskidzkiej przyczyniło się, zwłaszcza dzięki występom zespołów zagranicznych, do uatrakcyjnienia tej imprezy. Od roku 1990 na scenie Lasku Miejskiego prezentowały swoje programy zespoły ludowe z Rumunii, Chin, Meksyku, Bułgarii, Niemiec czy Francji.

Atmosfera
Dla mnie występy na scenie to tylko tło dla tego, co dzieje się poza sceną. Tu i ówdzie zbierają się grupki muzykantów, śpiewaków, tancerzy z różnych zespołów zaolziańskich by śpiewać i grać do późnej nocy. Widać, że tutejsi ludzie tym żyją, co roku czekają na Gorolski święto rzeczywiście jak na jakąś większą uroczystość. Poza sceną repertuar jest spontaniczny i mocno przekracza granice Śląska Cieszyńskiego. Ktoś intonuje piosenkę morawską, jeszcze ktoś cygańskie rytmy. Ta spontaniczność ujmuje mnie najbardziej. Jako etnolog kształcony w Cieszynie znam większość piosenek, więc dla mnie słuchanie muzyki i śpiew przy kapeli to najlepszy sposób na spędzenie tego festiwalu.

Święto polskie czy po prostu zaolziańskie?
Polacy na Zaolziu daliby się niejednokrotnie pokrajać za swoją polskość, nie tylko przyznają się do niej, ale często nią szafują. Jednakże, większość z nich nie mówi zbyt dobrze po polsku, na co dzień posługując się gwarą (mówienie gwarą utożsamiane jest często z byciem Polakiem na Zaolziu, a przynajmniej mówienie mniej "zachwaszczoną" przez czechizmy gwarą). Kiedy ja, która rozumiem gwarę, ale się nią nie posługuję, zaczynam mówić po polsku, już traktowana jestem trochę inaczej, czasem zaczynają się różne żarty, rozmowa po angielsku itp. A przecież na co dzień podkreślają, że są Polakami.
„Jabłonkowskie Gorolski Święto to symbol braterstwa i pojednania, synonim wytrwałości, poświęcenia i hartu” - możemy przeczytać na stronie internetowej Gorolskigo Święta. Czy się z tym zgodzić? Myślę, że teraz i tak jest lepiej. Nie ma wśród ludzi takiej niechęci, jaka była jeszcze nawet te 20 lat temu. Jeśli jednak się pojawia, to nie tylko (jak dawniej) do Czechów, ale i do Polaków z Polski. Odczuwalna jest moim zdaniem zasada: jeśli jesteś stąd, jesteś „lepszy”. Jeśli nie mówisz „po naszymu” - nie jesteś „nasz”. Kiedyś mnie to bardziej dotykało, teraz podchodzę do takiego traktowania badawczo. Długo idealizowałam Zaolzie, jego martyrologię i samo Gorolski święto, zanim zrozumiałam, że obok niezaprzeczalnych zalet, ma także wady. Lata odłączenia Zaolzia od Polski zrobiły swoje. Wraz z koleżanką, pochodzącą z Polski, ale mieszkającą po czeskiej stronie, zwykłyśmy mawiać, że Zaolzie to taki „przedsionek”. Jeszcze nie Czechy, ale już także nie Polska.
Zaolziacy dopatrują się w Gorolskim Święcie imprezy polskiej, nie zdając sobie sprawy z tego, że dla przeciętnego Polaka z Polski ta impreza jest po prostu festiwalem folklorystycznym i nie ma w niej niczego szczególnego, co mogłoby potwierdzać czyjąś tożsamość narodową. Co roku we wrześniu, niedaleko Jabłonkowa, w Łomnej Dolnej odbywa się podobny festiwal organizowany przez Czechów: Slezské Dny. Potencjalny turysta z Polski (oraz z głębi Czech) nie dostrzegłby większej różnicy między tymi dwoma imprezami: i tu i tu są zespoły regionalne, tańce, zabawa, właściwie ta sama publika... Nikt z bawiących się przyjezdnych nie wnika kto jest organizatorem: Czesi czy Polski Związek Kulturalno Oświatowy.
Oczywiście wszystko się zmienia, choć wymaga to czasu. Zniesienie przejść granicznych nie zlikwiduje granic i podziałów, które powstały w ludzkich głowach, ale idzie ku lepszemu. Na Gorola przyjeżdżają osoby z różnych stron Europy i świata, słychać nie tylko gwarę, czeski czy polski, ale także te bardziej „obce” języki. Kiedyś jeden z grających na skrzypcach mężczyzn powiedział coś do mnie w gwarze podhalańskiej. Spytałam czy jest z Zakopanego, a on na to, że przyleciał na Gorola z Francji. Mówi gwarą, ponieważ jego mama pochodziła z Podhala i uczyła go gwary, teraz czuje sentyment do góralszczyzny, więc stara się być na Gorolu co rok.

Podsumowanie
Kiedy analizuję Gorolski Święto, budzi się we mnie wiele refleksji. Z jednej strony zniecierpliwienie na brak otwartości naszych rodaków z Zaolzia, ale także podziw dla organizatorów tego naprawdę dużego festiwalu. I największe uznanie dla miejscowych, którzy przychodzą się tam bawić – uznanie za to, że i tradycja, i współczesność jest w nich żywa. Muszą sobie przecież radzić zarówno z jednym, jak i z drugim.
Czasem mam nadzieję, że kiedyś na Gorolskim Święcie każdy poczuje się jak u siebie, niezależnie czy będzie Czechem, Polakiem, Francuzem czy Wietnamczykiem. Z drugiej zaś strony wiem, że wtedy Gorol straci pewną właściwą mu teraz specyfikę. W każdym razie gorąco zachęcam do wzięcia udziału w tej imprezie. Do takiego udziału, który nie będzie polegał jedynie na biernym oglądaniu (przecież ciekawych) występów, ale przede wszystkim na czynnym włączenie się w świętowanie, przysłuchaniu się rozmowom, śpiewaniu, graniu, po prostu na pełnym uczestniczeniu.
„Čo bolí, to prebolí” – pod koniec któregoś Gorola podszedł do mnie podchmielony typek i śpiewając tę słowacką piosenkę wręczył mi plastikową różę „ustrzeloną” na festiwalowej strzelnicy. Cóż,to właśnie Gorolski Święto...

Program Gorolskigo Święta 2009 oraz inne informacje o festiwalu:
http://www.gorolskiswieto.cz/index.html

Anna Ludwin 03.08.2009