Nieistniejące miasta – Borne Sulinowo

Nieistniejące miasta – Borne Sulinowo

Borne Sulinowo to chyba najmłodsze miasto w Polsce. Prawa miejskie otrzymało w 1993 roku. Wcześniej, chociaż istniało, nie można go było znaleźć na żadnej mapie

Miasta-widma istnieją w opowieściach. Kultura ludowa szczególnie upodobała sobie historie o nieistniejących grodach i znikających pod wodą ogromnych skupiskach ludzkich. Miasta-widma istnieją w opowieściach. Kultura ludowa szczególnie upodobała sobie historie o nieistniejących grodach i znikających pod wodą ogromnych skupiskach ludzkich.
Nie trzeba jednak wierzyć w ludowe opowieści, żeby na własne oczy zobaczyć miasto-widmo. Nie trzeba też daleko jechać – wystarczy udać się w Zachodniopomorskie. Tam obok siebie leżą dwa zapomniane przez Boga miasteczka – Kłomino i Borne Sulinowo.

Tajne miasto

Kilka godzin idziemy wąską alfaltówką. Słońce schodzi coraz niżej, chowając się za drzewami. Wokół cienkie sosny rosnące wysoko na mchu. Szum lasu przerywany jest rzadko przez hałas samochodowego silnika. Mało kto tu jeździ. Bo niby po co jechać do nieistniejącego miasta?
Borne Sulinowo nie ma przedmieść. Sosny za zakrętem błyskawicznie zmieniają się w niskie czteropiętrowe bloczki mieszkalne wybudowane dla obywateli radzieckich.

Dominują charakterystyczne budynki koszarowe wybudowane pomiędzy drzewami. Otoczone są przez niskie bloczki. Dziś jest tu tak cicho, jak chyba nigdy jeszcze nie było.
W centrum miasta stoi niepozornie wyglądający rosyjski sklep. A za nim jeszcze bardziej niepozorna rosyjska restauracja. Ślad po tych, którzy wyjechali po upadku Imperium.
Pod miastem istnieje cała tajna sieć komunikacyjna: korytarze łączące różne jego części, kolej wąskotorowa, magazyn i mały zakład produkcyjny. Tak wykazały badania, chociaż nikomu nie udało się dokopać do podziemnego Bornego Sulinowa.

Szlaban na końcu świata

Patrzymy na mapę z początku lat dziewięćdziesiątych – nie ma na niej Bornego Sulinowa. Przez kilkadziesiąt lat (od 1945 roku) miasto było tajną radziecką bazą wojskową, skrzętnie ukrywaną przed obcymi wywiadami i przed obywatelami kraju, na którego terenie się znajdowało. Od 1945 roku do początku lat dziewięćdziesiątych większość jego mieszkańców chodziła w mundurach. Na ulicach częściej można było usłyszeć język rosyjski niż polski.
Borne Sulinowo nie zostało jednak zbudowane przez Rosjan, ale przez… Niemców dla potrzeb Wermachtu. Przed wojną miasto nazywało się Gross Born. Stanowiło bazę wojskową otwartą oficjalnie przez Adolfa Hitlera. Między innymi tam obmyślano plany napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku.
W pobliżu (w odległości dwunastu kilometrów) Niemcy zbudowali też inną bazę wojskową – Westwalenhof. Dziś jest to Kłomino. Inne miasto-widmo.
Dopiero w 1945 roku obie bazy wojskowe zdobyła Armia Czerwona. Rozpoczęła się nowa era dla Bornego Sulinowa i Kłomina.
W okolicach pobliskich wsi – Krągów i Starowic – postawiono szlabany, przy których dniem i nocą dyżurowali czerwonoarmiści w wielkich wojskowych czapkach. Świat się tu kończył dla zwykłego obywatela. Tego, co za szlabanem, można się było tylko domyślać.
Osiemnaście tysięcy hektarów to teren obu miast-widm i poligonów je otaczających.
Po wyjeździe wojsk radzieckich do Bornego Sulinowa przyjechali Polacy z całego kraju. Spora z nich część to górnicy, którzy kupili tu mieszkania za otrzymane odprawy. Dziś mieszka tu cztery tysiące mieszkańców.
Przyjechał też jeden Rosjanin, Sasza. Pracował kiedyś w Bornem Solinowie jako fotograf. Dziś prowadzi tu sklep i rosyjską restaurację. Pijemy tam prawdziwe rosyjskie piwo i czaj z samowara. Jemy kawior i pielemieni.
Do Saszy przyjeżdżają dziś turyści, którzy chcą wiedzieć, jak wyglądało życie w mieście kilkadziesiąt lat temu. Sasza pokazuje nam album ze swoimi zdjęciami. Na nich dumni radzieccy żołnierze, parady wojskowe. Wszyscy ludzie przez niego sfotografowani wyglądają na bardzo szczęśliwych.

Zatrute jagody

Podobno stacjonujące w Polsce wojska radzieckie nie posiadały rakiet z głowicami atomowymi. Tylko podobno, bo w okolicznych lasach znajdują się wielkie silosy rakietowe. Nikt nie ma wątpliwości, do czego służyły. Są tak potężne, że słowa w nich wypowiedziane niosą się na cały las. Porosła je trawa. W kilku miejscach odpada tynk.
Kiedy chodzi się po lesie w okolicach Bornego Sulinowa, co krok pod miękkim mchem daje się wyczuć jakiś beton. Ziemia kryje tu sieć tajnych korytarzy i bunkrów.
Okolice Bornego Sulinowa i Kłomina to jeden ogromny poligon wojskowy. Strach tu zbierać grzyby czy jagody, bo nie wiadomo, z jakimi substancjami chemicznymi miały do czynienia przez ostatni wiek.
Mieszkaniec jednej z okolicznych wsi mimo wszystko wybiera się na grzybobranie:
– U nas od tego jeszcze nikt nie umarł. A zbierając grzyby przynajmniej sobie człowiek pochodzi po lesie, do którego nie było dostępu przez pół wieku. Chodziły takie plotki, że grzyby u nas świecą na zielono. Ja nigdy czegoś takiego nie widziałem. A plotki przynajmniej odstraszyły wielu grzybiarzy, więc jest więcej dla mnie.
Pytam go, czy domyślał się, co działo się tu do początku lat dziewięćdziesiątych:
– Całej prawdy nikt nie znał. Ale po rusku mówili wszędzie, wiadomo było, że coś się tam dzieje. W środku lasu stał szlaban, więc jasne było, że jakieś tajemnice tam odchodzą. Najczęściej handlowano z Rosjanami benzyną. Oni mieli jej w bród i sprzedawali bardzo tanio, a u nas wiecznie był deficyt.

Kłomino

Borne Sulinowo prężnie się rozwija. Latem odwiedza je mnóstwo turystów. Jedzą obiady w rosyjskiej restauracji i szukają ostatnich śladów obecności czerwonoarmistów. Podziwiają przedwojenne niemieckie wille i wdychają leśne powietrze.
Inaczej jest z sąsiednim miastem. Kłomino jest w opłakanym stanie. Pozostały tam tylko szkielety budynków. Kilkupiętrowe bloki nie mają szyb w oknach. Mieszkania nie mają drzwi. Znikły wanny, rury i kaloryfery. Rosjanie zabrali, co mogli, a resztę rozszabrowali lokalni mieszkańcy.
Dziś można tu tylko zagrać w paitballa.
Wchodzimy do różnych mieszkań, szukając chociaż małych śladów życia. W salonie jednego z nich na ścianach odkrywamy strzępki gazety „Prawda”. Ktoś zerwał tapetę, pod którą była warstwa gazet. W pokoju dziecięcym ogromny uśmiechnięty miś namalowany na ścianie. Trochę wyblakły, bo przecież ma kilkadziesiąt lat. W mieszkaniu jest dziura w dachu, więc czasem pada na niego deszcz.

Na klatkach schodowych wyrosły drzewa, a dachy pokryte są mchem.
W centrum miasta stoi budynek dawnego kina. Na ścianach widać jeszcze wyblakłą farbę. Nad wejściem napis w języku rosyjskim. Nie ma już dachu.
Tylko na skraju miasta mieszkają dwie rodziny leśniczych. Pukamy, ale nikt nie otwiera.
Od kilku lat Kłomino jest systematycznie wyburzane. Wkrótce zniknie miasto-widmo i jego legendy.

IM 31.07.2009