Pracownia / Witraż

  • Opublikowano:

    2008-09-26
  • Odsłon:

    307

W Złotej Chacie

Znużeni stalą i chromem nowoczesnych biur coraz częściej umieszczamy w mieszkaniach przedmioty z tradycyjnych materiałów - drewna, wikliny. Ciepło wnętrz zapewniają detale. Chociażby lampy witrażowe i barwne wywieszki na oknach. W naszej okolicy działa kilka firm, które produkują cacka z kolorowego szkła. Dzisiaj odwiedziliśmy Złotą Chatę w Otwocku Jakość “wypieku” gorącego szkła z uwagą ocenia pani Lidia Chacińska.

Firma działa zaledwie od kilku lat, ale jak zapewniają mnie jej właściciele - Lidia Chacińska i Tomasz Wawrzak - znana jest klienteli nie tylko w kraju lecz także za Atlantykiem. W pracowni panuje artystyczny nieład: w szufladkach skrawki kolorowego szkła wszelkich odcieni, formy rzeźbiarskie, kalki, katalogi, rysunki. Głównym „meblem” jest duży piec do „wypiekania” szkła i oczywiście komputery do projektowania wzorów.
- Jesteście w stanie urządzić mi kaplicę gotycką w mojej rezydencji?
- Żaden problem. Zrobimy witraże jak w kościele Mariackim. Prosimy tylko o zaliczkę... - Może trochę później. Mam chyba szczęście, udało mi się od razu znaleźć waszą firmę w książce telefonicznej, nawet pod właściwym hasłem wit-raże. A jak taką działalność klasyfikuje GUS? Trudno na to wpaść, ale jako „produkcję szkła technicznego”. - Od czego więc zaczęliście jako „producenci szkła technicznego”? - Robiliśmy witraże, małe ozdoby na okna zwane zawieszkami albo bibelotami witrażowymi. No i różne lampy, witraże do mebli, zegary witrażowe i gadżety reklamowe. Rozpoczęliśmy jednak od większych form - witraży sakralnych. Nie było tego dużo. Z czasem coraz większy nacisk i uwagę skierowaliśmy na produkcję, nazwijmy to, cywilną.
- Czyli od razu skok na głęboką wodę. Gdzie można obejrzeć wasze produkcje?
- W kościołach zajmowaliśmy się renowacją istniejących już witraży - np. w drzwiach wejściowych kościoła pw. Wincentego a ’Paulo w Otwocku. Wykonaliśmy nowe witraże w lewej nawie kościoła na Kresach. Można też obejrzeć naszą witrażową kopię Ducha Świętego z Watykanu w kościele garnizonowym w Międzyrzeczu Wielkopolskim.
- Czy nadal macie duże zlecenia z kościołów? - Bardzo rzadko. Na naszym terenie działa kilka bardzo renomowanych firm witrażowych. Jesteśmy w tej branży nowi, trudno dostać wielkie zlecenia. Postanowiliśmy więc zająć się zupełnie czymś innym. Próbujemy wykorzystać niszę rynkową na produkcję „gorącego szkła”.

Tylko pozornie proste
- Zanim do tego przejdziemy zdradźcie jednak kilka tajemnic na temat witraży. Przeciętny człowiek raczej ma słabe pojęcie jak one powstają. Czy to jest bardzo trudne?
- Nie ma tu nic tajemniczego. Najpierw rysuje się projekt na komputerze, następny etap to tzw. wizualizacja. Pod czarno biały projekt na ekranie podstawia się kolory szkieł żeby pokazać zamawiającemu jak będzie wyglądał produkt finalny. Często posługujemy się pocztą elektroniczną do ustalania detali z klientami. I przystępujemy do zakupu materiałów. 90 % szkła pochodzi z USA. - Czy to jest jakieś specjalne szkło? - Tak. Jego unikalność polega na specjalnej kolorystyce, fakturze, powierzchni, składzie barw w tafli. Ma także pęcherzyki powietrza. W Polsce jest wprawdzie huta szkła w Jaśle, która robi szkła witrażowe transparentne, to znaczy o czystym kolorze i przejrzystości. Takich szkieł używa się jednak tylko w kościołach. Szkła sprowadzanego ze Stanów używamy do produkcji przedmiotów. Wybór kolorów jest ogromny. - Mając już takie kolorowe szkło trzeba je jakoś połączyć...
- Po pokrajaniu szkła na żądane kształty są do wyboru dwie technologie łączenia. Tradycyjna, na listwy ołowiane o kształcie litery H. Tu połączenia są szerokie i trudno w nich oddać precyzyjnie rysunek. Tak właśnie tworzymy witraże i duże powierzchnie. Drugą technologią jest metoda folii miedzianej, która daje cienkie kreski i opracował ja Tiffany w Stanach. Jest ona popularna na całym świecie. Stąd nazwa - lampy Tiffany’ego. Każdy element szklany jest owijany w cienką folię miedzianą i później lutowany z innymi cyną. Na koniec takie łączenie są patynowane czyli postarzane.
- Już myślałem że zdradzicie jakieś wielkie tajemnice, a tu proza: „import ze Stanów, trochę ołowiu albo miedzi. Skoro technologia jest taka prosta to każdy może się tego nauczyć i sam sobie zrobić. - Jeśli ma do tego cierpliwość, zmysł artystyczny, materiały...
- Nie mówimy niczego odkrywczego. Przecież w każdej książce kucharskiej znajdziesz przepis na wyszukane dania ale ile osób je robi? Czy to, że znasz składniki daje ci gwarancję udanego wypieku? My sami też nie ukończyliśmy żadnych specjalnych kursów, a nauczyliśmy się właśnie w pracowni.
- Ile czasu robi się lampę wiszącą czy witraż ?
- Sporo - od tygodnia do dwóch. Zależy od liczby elementów. Są lampy, które mogą mieć setki, a nawet tysiące, kawałków! Pracochłonność tego typu wyrobów jest olbrzymia i to w zasadniczy sposób wpływa na cenę. Wszystko robi się ręcznie i nie ma dwóch identycznych przedmiotów.
- Mieliście nietypowe zamówienia?
- Tak, choćby na gadżety na stoliki w restauracji. Klient zażądał świeczników w formie wieżowca. Wewnątrz miała być wstawiona lampka - pomalowana na czerwono butelka po Coca Coli. Zamówiła to restauracja arabska 20 września ubiegłego roku. Odmówiliśmy realizacji tego pomysłu.

Pieczone szkło - raz!
- Pogadajmy teraz o waszej wiodącej działalności. Mówiliście, że teraz robicie zdecydowanie mniej witraży a wzięliście się za tworzenie „gorącego szkła”. Przyznam, że pierwszy raz w życiu mam coś takiego w ręku. Te naczynia są jakby z matowego szkła z kolorowymi wpustkami, wlewkami. Co to jest?
- Taka technologia nazywa się z angielska fusing - spiekanie. Dowcip polega na tym żeby stopić ze sobą kilka warstw różnych szkieł w jedną całość.
Bierzemy jedną płytkę i nakładamy następną, jak kanapkę. Pierwsza warstwa to jest baza, na której układamy inne szkła. Potem do pieca i wszystko to się stapia. Sztuką jest, by spiek wyszedł z pieca cały i nie pękł ani od razu, ani później. Nazwa „gorące szkło” wzięła się więc z tego, że każdy przedmiot musi być rozgrzany do czerwoności aby nabrać właściwych cech użytkowych. Jest to jednocześnie handlowa nazwa naszej marki.
W tej technologii robimy też płyty dekoracyjne do zdobienia szaf, podwieszanych sufitów itd. Tu mają pole do popisu architekci wnętrz, z którymi współpracujemy. Pracochłonność, a więc i cena, jest zdecydowanie niższa niż w zabawie z witrażami.
Biorę do ręki różne popielniczki, talerze, patery. Bardzo oryginalna technologia daje możliwość stapiania szkła w wielopoziomowe struktury. Rozmaite kolory przenikają się nawzajem. Co istotne, szkła są zupełnie bezpieczne. Dzięki temu, że poszczególne krawędzie są obłe na skutek działania wysokiej temperatury. Piękna jest patera z zatopioną łodygą i liśćmi koloru sinostalowego. Tak wygląda aluminium „pieczone” w szkle. Jestem przy otwieraniu pieca. W nim, w temperaturze 800 stopni, „piecze” się szkło. Naczynia stoją w formach podobnych do sprasowanego papieru. Niektóre przedmioty składają się z nawet z dziesięciu warstw szkła.
- Gdzie to sprzedajecie, czy nadal istnieją w Polsce targi rzemiosła?
- Można jeździć na targi do Poznania, albo na targi regionalne w Gdańsku czy Rzeszowie. W Łodzi organizowane są targi szklarskie. Najlepiej wystawiać we Frankfurcie. Takie imprezy to konieczność wydania jednak masy pieniędzy na wynajęcie stoiska reklamowego i promocję. My robimy to inaczej. Sprzedajemy nasze rzeczy w internecie. Mamy swoją stronę, na której prezentujemy wyroby i własny sklep internetowy. Większość klientów trafiła do nas właśnie tą drogą. - Takie spieki dają chyba duże pole do popisu...
- Nie można narzekać. Przecież naczynia to tylko część całej zabawy. Już teraz klienci zamawiają całe panele ze spiekanego szkła. W kościele na Ursynowie są drzwi z naszym „gorącym szkłem”. Teraz znowu wchodzi moda na żeliwne kominki obudowywane spiekanym szkłem. Jest o czym myśleć...

JACEK KAŁUSZKO 2002.02.01
Za zgodą wywiad z serwisu www.linia.com.pl