Polska sztuka / Teatr

  • Opublikowano:

    2010-03-21
  • Odsłon:

    339

Od Kota w Butach do Behemota,  czyli dziwne przypadki teatralne Anety M.

T.S.: – Pozwolisz, że nie będziemy ściemniać, że się nie znamy, i będziemy mówić do siebie per ty?

Aneta Muczyń: – OK. Słuchaj, a ile czasu my już się znamy?

T.S.: - Pięć... nie, już chyba siedem lat, ale ten czas leci...

A.M.: - Obiecaj, że nie będziemy za dużo rozmawiać o mnie, bo bardzo tego nie lubię.

T.S.: - Wybacz, ale będziemy rozmawiać przede wszystkim o Tobie.

A.M.: – Jezu, jak ja to przetrwam... Dasz mi to przeczytać przed drukiem?

T.S.: - Jeżeli nie będziesz robić skreśleń, to może dam (śmiech). No dobrze, zaczynamy, bo się ściemnia, a szkło czeka. Kiedy te Twoje pasje teatralne się zaczęły?

A.M.: – Byłam rokującym artystycznie dzieckiem. Potrzeba ekspresji ujawniła się już w przedszkolu, kiedy z powodzeniem wykonywałam taneczne kaczuszki, wyróżniając się spośród innych dzieci. Miałam chodzić do szkoły baletowej, ale niestety najbliższa była w Gdańsku, a ja mieszkałam w małym mieście na Mazurach i moi rodzice nie zdecydowali się na rozłąkę. Poza tym bardzo szybko nauczyłam się czytać. Przeszłam do historii rodzinnych jako pięcioletnia Anetka płynnie i z zacięciem aktorskim czytająca przed wujkami i ciociami „Trybunę Ludu”. Były też konkursy recytatorskie, Miejski Dom Kultury, takie tam… W podstawówce zagrałam tytułową rolę w „Kocie w Butach”. To była poważna i fajna rola, ale ja wtedy byłam zła, że nie dostałam roli księżniczki…(śmiech).

T.S.: – I co, to koniec ról i spektakli szkolnych z Twoim udziałem?

A.M.: –W szkole średniej wiele się zmieniło. Byłam wtedy zbuntowana, zakochana, nie myślałam o teatrze. Przyjechałam do Warszawy studiować polonistykę, zdawać do szkoły teatralnej nie miałam śmiałości. Potem zaczęłam pracować w branży handlowej i aktorskie zapędy pozostały gdzieś z boku. Jednak potrzeba samorealizacji cały czas we mnie buzowała i w końcu się upomniała o swoje. Miałam skończone 23 lata. Trafiłam do Studia Teatralnego prowadzonego przez Annę Dziedzic w Mazowieckim Centrum Kultury. Wkrótce zdecydowałam się zdawać do szkoły teatralnej.

T.S.:  - Czyli do szkoły zdawałaś już jako 24-letnia emerytka. A ile razy próbowałaś?                                          

A.M.: - Trzy. Pamiętam, że kiedy zdawałam do szkoły łódzkiej, opiekunem roku miał być Jan Machulski, więc dowodził komisji. Odrzucili mnie. Kiedy trzy lata później byłam słuchaczką prywatnej szkoły teatralnej Haliny i Jana Machulskich, po dyplomie zagranym w „Ślubach panieńskich” dostałam od pana Jana dedykację w programie:  „Anecie, za oskarową rolę Klary”. Pomyślałam sobie wtedy: Szkoda, że pan profesor wtedy mnie nie zauważył. Ale nigdy nie miałam śmiałości mu tego powiedzieć.

T.S.: - No, ale w końcu dopięłaś swego i nie dosyć, że skończyłaś szkołę Machulskich, to przede wszystkim zdałaś eksternistyczny egzamin w ZASP, i jesteś zawodową aktorką. 

A.M.: - Mimo nieudanych egzaminów wiedziałam już, że od teatru się nie odkleję. Zaczęłam jeździć z teatrem pani Dziedzic na różne festiwale. Graliśmy także za granicą, we Włoszech i Francji. Jeszcze gdy studiowałam u państwa Machulskich, trafiłam do Teatru 13, gdzie grając kilka poważnych ról, nabrałam obycia z widzem. A egzamin w ZASP? No cóż, był mi potrzebny, żeby formalnie potwierdzić moje umiejętności.

T.S.: – A dzisiaj bardziej się czujesz aktorką czy reżyserem?

A.M.: –  Reżyser to duże słowo. Pracuję w ośrodku kultury, jestem raczej instruktorem teatralnym, choć to dziś mocno archaiczne określenie. Ale jeżeli tak konstruujesz pytanie, to dziś bardziej się czuję reżyserem. Nie latam po castingach, więc znalazłam swoją niszę. To moja praca i jednocześnie pasja, która pochłania bardzo dużo czasu i w której niewątpliwie się spełniam. Nie umiem pracować od – do, o spektaklach i mojej pracy instruktorskiej myślę cały czas.

T.S.: – No już się nie podlizuj – wiesz, że najbardziej lubię takich pracowników, którzy zatracają się w pracy.

A.M.: – Akurat ja nie umiem się podlizywać, dobrze o tym wiesz. A jeśli chodzi o zatracanie się,  to też wiesz, że kiedy się robi spektakle, inaczej się nie da.

T.S.: – Będziesz zdawać na reżyserię?

A.M.: – Skłamałabym, gdybym powiedziała, że o tym nie myślałam… Nie wiem, czy jestem gotowa.

T.S.:   – Znając Twoje poślizgi czasowe w decyzjach, to może się zdarzyć, że do bram reżyserii zaczniesz pukać grubo po trzydziestce, a w szkołach panuje teraz jakaś dziwna moda na reżyserki ,,siksy”...

A.M.: – Kończę Wydział Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej, piszę pracę o Helenie Modrzejewskiej, i to jest teraz priorytet. A później może taką decyzję podejmę. Na razie staram się doskonalić w pracy instruktorsko-reżyserskiej z młodymi ludźmi. Dużo się uczę od moich młodych aktorów.

T.S.: – Co według Ciebie jest najbardziej rajcującego w byciu na scenie, a co po drugiej stronie rampy?

A.M.: – Z pozycji aktora największą frajdą jest możliwość scenicznej kreacji. Pisarz tworzy postać, ale to aktor ją materializuje, powołuje do życia, wcześniej żyje ona tylko w literaturze czy wyobraźni czytelnika. Reżyser z kolei ma już możliwość kreowania całego dzieła scenicznego. To fascynujące – móc tworzyć taki sceniczny świat. Bardzo lubię, kiedy „stawiamy” scenę po raz pierwszy. Gdy scena, aktor i literatura sprzęgają się ze sobą i pozornie z niczego powstaje coś, to znaczy rodzi się teatr. Poza tym, patrząc nie tylko od artystycznej, ale i pedagogicznej strony, praca reżysersko-instruktorska daje możliwość kształtowania osobowości. Obserwuję, jak przez teatr ludzie się rozwijają, przełamują pewne bariery, pokonują poprzeczki. Świadomość, że mam na to jakiś wpływ, daje bardzo dużo satysfakcji.

T.S.:  – A która strona rampy bardziej Cię stresuje?

A.M.: – Oczywiście ta druga. Reżyser odpowiada za wszystko. Aktor ma tremę, ale najczęściej jest ona konstruktywna i mija po pierwszej wypowiedzianej kwestii. Natomiast jako twórca przedstawienia jestem zdenerwowana do końca, a na premierze cała się trzęsę.

T.S.: – Masz swoje autorytety aktorskie czy reżyserskie lub spektakle, które pozostawiły niezapomniane wrażenie?

A.M.: – O tym mogłabym mówić długo, ale ogranicza nas przestrzeń gazety. Autorytetem aktorskim jest dla mnie Tadeusz Łomnicki, który potrafił zagrać wszystko. Niestety nie dane mi było go zobaczyć na scenie. Z polskich aktorek cenię Danutę Stenkę i Krystynę Jandę. Jeśli chodzi o reżyserów – ze starszego pokolenia lubię oglądać spektakle Jerzego Jarockiego, bo są precyzyjne w każdym calu. Z nowszej fali podoba mi się to, co robi Krzysztof Warlikowski, autorytetem jest też dla mnie Krystian Lupa, bo tworzy teatr totalny. Nie wszystkie jego spektakle zachwycają, ale „Wymazywanie” zrobiło na mnie duże wrażenie.

T.S.: - W kontekście ostatniego konfliktu między Krystianem Lupą a Joanną Szczepkowską – powiedz, czy według Ciebie istnieją granice wolności aktora w interpretacji roli w przedstawieniu, które zostało już wyreżyserowane? I z jakimi  konsekwencjami aktor powinien się liczyć, jeżeli dokonuje samodzielnych zmian podczas premiery?

A.M.: - Oczywiście, że istnieją takie granice. Pani Szczepkowska (bardzo utalentowana aktorka) świadomie zdecydowała się na pokazanie, jak mówi cała Polska, „gołej dupy w trakcie spektaklu, czyniąc z niego osobisty manifest wobec teatru i metod Lupy. Być może przejdzie to do historii jak gest Kozakiewicza, tyle że będzie zdecydowanie mniej chlubny. Aktorka, moim zdaniem, była w pełni świadoma konsekwencji i dokonała czegoś w rodzaju zawodowej samodestrukcji w imię własnych przekonań (teatralnych).

Poza tym jest to sprawa lojalności wobec reżysera. Wolność interpretacyjna aktora może się objawiać jedynie na etapie prób, w ramach pewnych poszukiwań, jeżeli oczywiście reżyser na takie poszukiwania pozwala. Z tego, co wiem, Lupa akurat się na to zgadza, a nawet do tego zachęca. Jednak w końcowej fazie pracy ustala się już bardzo konkretny kierunek działań aktorskich i nie powinno już się przydarzyć nic, co by ten kierunek mogło zmącić. Jeżeli aktor w trakcie bardzo emocjonalnego monologu pada na ziemię wycieńczony, mimo że w poprzednich spektaklach tego nie robił, mieści się w ramach, tylko intensyfikuje emocje, ale jeśli np. w kulminacyjnym momencie intymnej sceny, powiedzmy, fika nagle koziołki – to taki zwrot jest absolutnie niedopuszczalny i konsekwencje powinny być surowe, łącznie z  zaprzestaniem współpracy.

T.S.: – Czy w teatrze amatorskim powinny obowiązywać takie same zasady jak w zawodowym?

A.M.: – Poruszasz temat, nad którym bardzo często się zastanawiam…

Po pierwsze, pojęcie amator dziś zmieniło swoje znaczenie. Dawniej amatorem był ten, kto w przeciwieństwie do zawodowca uprawiał teatr niezarobkowo, nie mając do tego uprawnień (czyli tzw. papierów), było to po prostu jego hobby, pasja. Dziś ten podział wyraźnie się zaciera. Zawodowcy garną się do teatralnego offu, amatorów można spotkać nawet w teatrze instytucjonalnym, w filmie, a w telewizji czy reklamie – wręcz nagminnie. Status zawodowca nie jest więc potrzebny, żeby na aktorstwie zarabiać. Jednak trudno kogoś nazwać zawodowcem tylko dlatego, że zarabia albo dorabia.

Zawsze uważałam, ze zaangażowanie i podejście do pracy to wyznacznik tego, po której stronie się plasujemy w tej klasyfikacji. Czy to będzie tylko zabawa czy coś więcej, to kwestia ambicji. Ja, pracując z amatorami, jestem wobec nich wymagająca i daję im to do zrozumienia.

Jeśli mamy grupę ludzi o podobnym stopniu motywacji i bziku teatralnym, to możemy przenosić góry, do czegoś dojść, jeżeli nie, to zawsze będą nieporozumienia, tarcia. Tak już jest…

Ale nie można żądać od amatora zmiany priorytetów. Praca zawodowa, edukacja, rodzina – pod tym kątem jest ustawiany grafik prób. Teatr amatorski  już na starcie przegrywa z zawodowym – konkurując o czas aktora.

T.S.: – Wiem, że potrafisz się rozgadać, więc muszę Cię trochę pilnować. Wróćmy do zasad…

A.M.: - Elementarne są te same. Teatr to mechanizm zespołowy, wypada jeden element i wszystko zaczyna się walić. Kto tego nie rozumie, nie powinien zajmować się teatrem, obojętnie czy zawodowo, czy amatorsko.

Jeżeli się wchodzi w rejon wspólnych działań nastawionych na końcowy efekt artystyczny (czyli spektakl), to wszyscy musimy wziąć odpowiedzialność za ten efekt. Poza tym stajemy przed odpowiedzialnością wobec widza i całego zespołu. W teatrze amatorskim, który ma swój repertuar i widownię, tak samo przecież jak w zawodowym członkowie zobowiązani są terminami prób, spektakli, na które jest już zaproszona publiczność. Mimo to aktorom amatorom często zdarza się nie przyjść (bez uprzedzenia czy specjalnego powodu) na próbę, a nawet na sam spektakl! Każdy instruktor ma na pewno na ten temat dużo do powiedzenia. Czasem myślę sobie, że teatr amatorski, czyli taki non profit, to test na odpowiedzialność. Bo w zawodowych czy wszelkich zarobkowych projektach aktora trzymają zobowiązania finansowo-kontraktowe – a tu zwyczajnie ludzkie, niepisane. Z tymi zazwyczaj bywa gorzej.

T.S.: – A jakie są Twoje metody pracy?

A.M.: – Nie wiem, czy to, jak pracuję, można nazwać moją metodą. Metodę mieli Stanisławski, Grotowski, ludzie, którzy stworzyli jakieś ważne doktryny teatralne, ja mogę mieć najwyżej intuicję, którą się zazwyczaj w pracy kieruję. Na upartego moja metoda mogłaby się sprowadzić do zdania: Wycisnąć z każdego jak najwięcej! (śmiech) Ci, którzy pracują ze mną, wiedzą, że dużo wymagam, nikomu nie popuszczę…A poważnie: Ważny jest właściwy dobór obsady. Ktoś kiedyś powiedział, chyba Erwin Axer, że reżyserowanie jest poprawianiem błędów obsadowych. Dużo w tym racji – no, bo gdyby obsada była idealnie dopasowana, to co tu reżyserować? Spektakl sam by się zrobił….

W początkowej fazie tworzenia spektaklu pracuję przede wszystkim z aktorem. Staram się nie pokazywać jak grać, bo to skłania do naśladownictwa, ja wolę naprowadzać. Jednak nie zawsze się udaje, pokazuję wciąż zbyt często. (Odzywa się natura aktora!) Moją rolą jest wyznaczyć kierunek i pomóc w precyzyjnym budowaniu postaci. Dużą wagę przywiązuję do pilnowania relacji, budowania napięć, wiarygodności – jestem wyjątkowo wyczulona na kłamstwo na scenie.

T.S.: - A czy są różnice między pracą z licealistami a dorosłymi?

A.M.: - Teatr młodzieżowy ma inną misję, liczą się względy pedagogiczne, nie tylko efekt artystyczny. Każdy, bez względu na potencjał, musi wykonać jakąś pracę, zmierzyć się z czymś, rozwinąć się – inaczej nie miałoby to sensu. W zależności od stopnia zaawansowania grupy staram się wykonać trochę ćwiczeń warsztatowych. Przede wszystkim wpajam im, że scena wymaga bardziej aktywnego mówienia. Daję im zadania aktorskie, które pomagają w transformacji, przygotowują do pracy na emocjach, uwrażliwiają na partnera. W teatrze CoMeta natomiast, nie mając za dużo czasu, wchodzimy od razu w struktury scen. Wszelkie problemy pokonujemy już po drodze, w ramach pracy nad rolą. Do zżycia się z postacią nie muszę aktorów namawiać, sami to robią instynktownie. Namawiam ich natomiast do poszerzania skali środków, każdemu stawiam wysoko poprzeczkę.

T.S.: - A w jaki sposób myślisz i pracujesz nad samą inscenizacją?

A.M.: - Nie mam rozbudowanych wizji i gotowego spektaklu w głowie. Przyznaję, że z literek tekstu nie potrafię wyczytać kształtu spektaklu, lecz jedynie mój własny sens sztuki. Lubię przystępować do pracy, mając tylko ogólne założenia. Wolę wiedzieć, co chcę opowiedzieć, a jak – to scena weryfikuje w trakcie pracy.

Myślę, że reżyseria jest też sztuką wyborów, selekcji pomysłów i umiejętnego złożenia tego w całość. Można się prześcigać w superpomysłach, mnożyć rozwiązania, zagrać „Hamleta” w supermarkecie, „Makbeta” na cmentarzu... Co z tego, skoro to trzeba jeszcze potem obronić. Najlepsze nawet, wymyślone w pocie czoła, rozwiązanie, często na scenie nie działa.

T.S.: – A gdybyś nie miała żadnych ograniczeń, jak chciałabyś pracować?

A.M.: – W zajęciach z młodzieżą życzyłabym sobie więcej pracy warsztatowej nastawionej na proces, a nie tylko na efekt. A przygotowując konkretne spektakle, potrzebowałabym więcej czasu, żeby doprowadzić do perfekcji to, nad czym pracuję. Cierpię na perfekcjonizm, który muszę trochę temperować, zwłaszcza pracując w teatrze niezawodowym. Pewna bliska mi osoba mawiała, że gdybym tylko mogła, to nawet na spektaklu przerwałabym akcję, żeby coś poprawić, na coś zwrócić aktorom uwagę. Coś w tym jest…Jeden niedograny szczegół, nieporządek w rytmie albo jakaś fałszywa nutka w interpretacji aktora potrafi mi nie dać spokoju. Choć często mam chaos w głowie, nie lubię chaosu na scenie.

               

Rozmawiał Tomasz Służewski  Artbok  2010.03.05

 

Kalendarium dokonań artystycznych Anety Muczyń:

  • 2006–2010 Wydział Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej
  • 2006 ukończyła Szkołę Aktorską Haliny i Jana Machulskich

Spektakle dyplomowe:

  • Odejście Głodomora Tadeusza Różewicza reżyseria Jacek Kałucki, Teatr Nowy

Rola Moniki, Kobiety i Staruszki

  • „Śluby panieńskie” Aleksandra Fredry w reżyserii Jana Machulskiego, Teatr na Woli

Rola Klary

  • 2009 – otrzymała dyplom zawodowego aktora wydany przez Związek Artystów Scen Polskich
  • 2009 – ukończyła kurs pedagogiki teatralnej zorganizowany przez Instytut Teatralny w Warszawie z udziałem specjalistów z kraju i Europy
  • 2008–2010 Współpraca z Centrum Języka Polskiego i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców „Polonicum” (warsztaty teatralne i reżyseria spektakli uczestników Kursu Romańskiego)

 W Teatrze 13 zagrała w dziewięciu przedstawieniach:

  • Pani Martin w „Łysej śpiewaczce” E. Ionesco, 2004
  • Królowa Małgorzata w „Iwonie, księżniczce Burgunda”,  2004
  • „Kubuś i jego pan” – Oberżystka, 2005
  • Małgorzata w „Mistrzu i Małgorzacie”  M. Bułhakowa, 2005
  • Irena Arkadina w „Mewie” A. Czechowa, 2007 i 2009
  • Inez Serrano w „Przy drzwiach zamkniętych” 2008
  • Mierczutkina vel Mieczykowa w „Czecholandii” według jednoaktówek A. Czechowa 2008
  • Kot Behemot w „Mistrzu i Małgorzacie”  M. Bułhakowa, 2009

W BOK prowadzi Teatr CoMeta oraz dwie grupy gimnazjalno-licealne: Teatr Działań Twórczych i Teatr KLIMT

 

Wyreżyserowane premiery: siedem

 

  • „Tiramisu” Joanny Owsianko, Teatr CoMeta, 2007
  • „Agata szuka pracy” Dany Łukasińskiej, Teatr CoMeta, 2007
  • „Nie ma się z czego śmiać” według humoresek Stefanii Grodzieńskiej, Teatr KLIMT, 2008
  • „Meeting” Anny Bojarskiej, Teatr CoMeta, 2008
  • „Dziki Zachód – Cywilizowany Wschód” według sztuki Władysława Sikory, Teatr Działań Twórczych, 2008
  • „Landru, morderca kobiet” według Roberta Perinellego, Teatr CoMeta, 2008
  • „Od jutra się zmienię”, montaż z Tadeusza Różewicza, Teatr KLIMT, 2010