Polska sztuka / Proza / Dwudziestolecie

  • Opublikowano:

    2010-04-21
  • Odsłon:

    1127

Marta Foerder: skazana na tragedię

Gdyby 8 maja 1891 roku nie zapukała do drzwi mieszkania przy Lindowerstrasee w Berlinie żyłaby zapewne dłużej i szczęśliwiej. Zakochana Marta Foerder zdecydowała się jednak na ten desperacki krok i powzięła decyzję, która miała zaprowadzić ją do rajskiego ogrodu, a otworzyła wrota piekieł.

Zanim jednak w skromnej niebieskiej sukience, z butelką starego wina w ręku stanęła przed drzwiami Stanisława Przybyszewskiego była niewinną panienką z dobrego, żydowskiego domu.

Panienka z dobrego domu

Marta Foerder urodziła się 16 stycznia 1872 roku w Wągrówcu. Była piątym dzieckiem Pauliny i Józefa Foerderów. O historii tej rodziny wiemy niewiele. Stanisława Kotlińska w książce „Stach, jego kobiety, jego dzieci” pisze: „Jedni z tych stron powiadają: ‘Józef Foerder był kupcem. Czym handlował, trudno określić. Miał szynk, jak każdy Żyd, a w nim wszystko, co potrzebował chłop na wsi, począwszy od rzeszota a skończywszy na nafcie i wódce’. Drudzy prostują: ‘Nie, to nie był szynk, ale sklep bławatny. Do dziś jeszcze mamy w komodzie rzeczy uszyte z materiału tam kupionego; kolory nie do sprania i nie do zdarcia materiał. Ten Foerder to był uczciwy Żyd. Wszyscy go tu podobno lubili. Jak było trzeba to nie odmawiał i dawał na <>’. Jeszcze ktoś inny dodaje: ‘To była na pewno restauracja, ale zanim ją założył to pracował jako adwokat Hahna, też w Wągrówcu’.”

Niezależnie od tego, czym tak naprawdę zajmował się ojciec Marty, dość powiedzieć, że był człowiekiem wykształconym i na tyle zamożnym, że nie żałował pieniędzy na muzyczną edukację córek. Gry na pianinie uczył je dwudziestoletni Staś Przybyszewski. O tych lekcji wszystko się zaczęło.

Ekscentryczny Staś

Stanisław Feliks Przybyszewski urodził się 7 maja 1868 roku we wsi Łojewo na Kujawach. Był dwunastym synem nauczyciela Józefa Przybyszewskiego i drugim potomkiem jego drugiej żony Doroty z domu Grąbczewskiej. Dziadek późniejszego pisarza, Michał Przybyszewski posiadał trzystumorgowe gospodarstwo na przedmieściach Wągrówca. Znajdujący się na jego terenie folwark nosił nazwę „Ameryka” i był jednym z najchętniej odwiedzanych przez okoliczną ludność miejsc. Dziadek Przybyszewski był bowiem w mieście szanowany i poważany. To właśnie pod opiekę wągrowieckich krewnych ojciec Józef postanowił oddać krnąbrnego syna, gdy ten niezbyt dobrze uczył się w gimnazjum w Toruniu  i popadł tam w złe towarzystwo.

W Wągrówcu szesnastoletni chłopak zadomowił się szybko. Już wtedy uchodził w miasteczku za ekscentryka. „Bo widział więcej, niż widzieli inni, bo więcej czytał i więcej słyszał – pisze Sebastian Chosiński -  Jak sam wspominał w jednym z listów, przywiózł ze sobą do Wągrowca ducha spiskowego: ‘(...) gorący udział brałem w pracy nad nauką języka polskiego, dziejów Polski i jej literatury, a przecież to na moim nędznym poddaszu odbywały się tajne uroczyste schadzki i obchody 3-go maja i 29-go listopada [tj. z okazji rocznic uchwalenia Konstytucji 3 Maja i wybuchu Powstania Listopadowego - przyp. aut.], a lada chwila groziło nam sromotne przepędzenie z wszystkich gimnazjów pruskich i proces o zdradę stanu’ . I choć w słowach tych musi być sporo przesady, faktem jest, że wraz z pojawieniem się w wągrowieckim gimnazjum Przybyszewskiego powstał w tej szkole intelektualny zamęt.”

Zdolny pianista

Nie ma co ukrywać, Stanisławowi nie bardzo odpowiadała kuratela krewnych, postanowił więc przenieść się do wynajmowanego mieszkania. Stać go na to było ponieważ otrzymywał stypendium finansowane przez poznańskiego Towarzystwo im. Karola Marcinkowskiego i dorabiał ucząc gry na pianinie (solidne lekcje tego instrumentu odebrał w dzieciństwie od matki). „Ojciec, wciąż mieszkający w Łojewie, po cichu podejrzewał, że Stach sporą część pieniędzy wydaje na pijaństwo. Niekoniecznie musiał się mylić...” – uważa Chosiński. Prawdą jest jednak także i to, że na fortepianie grał znakomicie i chętnie koncertował nie tylko w gronie znajomych.

Podczas występu w gimnazjalnej auli, który zgromadził liczną publiczność, a wśród słuchaczy znaleźli się przedstawiciele miejskich władz, grał utwory Chopina, Liszta i własne. „Zachwycony wirtuozerią młodego pianisty był nawet sprawujący wówczas władzę w powiecie landrat von Unruch, który w prezencie obdarował Stacha zimowym paltem. Jakże ogromne musiało być jego zdziwienie, gdy "krnąbrny Polaczek" odesłał mu ów prezent” – pisze Chosiński.  Ten występ otworzył dwudziestoletniemu Przybyszewskiemu drzwi wągrowieckich salonów i zdecydowanie powiększył jego portfel, bowiem lekcje posypały się jak z rękawa. W ten sposób Przybyszewski trafił do domu przy Rynku zamieszkiwanym przez pięć uroczych panien Foerder. Dwie z nich miał uczyć gry na fortepianie.

Miriam rudowłosa

„Pierwsze lekcje, w salonie z fikusami i czerwonym aksamitem kotar, odbywały się przy milczącym udziale starej pani Foerderowej. Później matka ujęta skromnym sposobem bycia młodego nauczyciela zostawiła bez obawy i jedną i drugą córkę  na kolejnych lekcjach” – wspomina Krystyna Kotlińska. Tymczasem czarnowłosa Róża o brązowych oczach i rumianych policzkach zawróciła bez pamięci w głowie młodego i kochliwego nauczyciela. Rudowłosa, blada i młodziutka Marta była cichym świadkiem płomiennego romansu starszej siostry. Milcząco towarzyszyła tym dwojgu podczas spacerów, w odpowiednim momencie zostawiając ich samych i ukrywając sekret przed rodzicami. „Ona sama kryła się też ze swoją tajemnicą: dziwnym dreszczem, który szedł przez palce, przenikał, gdy pan Stanisław układał jej dłoń na klawiaturze i mówił do niej jakoś  inaczej, piękniej niż wszyscy: ‘Dziecko złote, Miriam rudowłosa…’” – pisze Kotlińska.

„Dla pana inna kobieta jest pisana”

Dziwne zachowania starszej córki, coraz częstsze lekcje kończące się spacerami nie mogły ujść uwadze czujnych rodziców. Gdy wreszcie ktoś uprzejmy doniósł Józefowi Foerder, że podczas tych spacerów Marta sama przesiaduje na ławce, a jej towarzysze gubią się gdzieś po ustronnych miejscach wezwał Stanisława na męską rozmowę. Zdaniem Kotlińskiej mogła ona brzmieć mniej więcej tak: „Panie Stachu! My Pana bardzo lubimy i szanujemy, pan ma talent, przed panem cały świat stoi otworem, ale my prosimy o pozostawienie naszej Róży w spokoju. Przed nią inne życie niż przed panem i dla pana inna kobieta jest pisana. Odwołuję się do honoru pana Stanisława i do jego szlachetności”.

Pan Stanisław tymczasem „z wielkim bólem i żalem” miał zamiar opuścić Wągrówiec, marzyły mu się bowiem studia w Berlinie. Przysiągł, że Róży więcej widywać nie zamierza, choć „wyć można i dalibóg, że będę dziś jeszcze wył”.  Żegnając się z ukochaną w salonie poprzysiągł jednak pisać do niej listy na umówiony adres i ustalił terminy spotkań w Berlinie…

Ostatnie spotkanie Róży i Stacha odbyło się w wakacje rok później. Wówczas okazało się, że więcej ich dzieli niż łączy. Róża rzuciła więc: „Żegnaj.. na zawsze!”. Nieco przygnębiony, ale i zadowolony Stanisław wrócił do Berlina. Kilka miesięcy później rzeźbiarz Franciszek Flaum przyniósł mu wiadomość, że stary Foerder nie żyje, a Paulina zamierza wraz z córkami przenieść się do Berlina. Dawne uczucie natychmiast odżyło. Przybyszewski ujrzał nową nadzieję dla swojego związku z Różą. Tymczasem jej umysł i serce zaprzątał już kto inny – piewca dobrej nowiny, Franciszek Flaum. Wkrótce Róża Foerderówna zdecydował się zostać jego żoną.

Słodka niespodzianka

O swoim nauczycieli muzyki nie zapomniała jednak młodsza z sióstr, Marta Foerder, która na zawsze odcisnęła piętno nie tylko na życiu, ale i na twórczości Przybyszewskiego. Pojawiła się jako Helena w dramacie „Dla szczęścia” i Janina w trzeciej części „Homo Sapiens” w „Malstromie”. Przybyszewski chętnie i często nadawał swoim bohaterom rysy znanych sobie osób, a swoje przeżycia transponował na literaturę. Jego tragiczny związek z Martą Foerder stał się do tego doskonałym materiałem. Pierwszy rozdział rozpoczął się w dniu  8 maja 1891 roku.

W dzień imienin Stanisława, do jego drzwi w mieszkaniu przy Lindowesstrasse 16 zapukała Marta. Pod wpływem nieskrępowanej, artystycznej atmosfery Berlina (często była gościem w pracowni Flauma, gdzie zresztą spotykała Przybyszewskiego) uwierzyła, że i ona ma prawo do miłości i wyznania swoich uczuć.  Zwłaszcza, że Przybyszewski co i rusz kokietował ją miłymi słowami, tajemniczymi spojrzeniami i niewinnymi uwagami, takimi jak ta: „Czy też kto będzie pamiętał o dniu mego patrona, świętego Stanisława Męczennika i czy też kto odwiedzi mnie o godzinie szóstej wieczorem ?”. Pamiętała. Stachu powitał ją słowami: „Co za słodka niespodzianka, przyszła moja Muszka. Moja Miriam”. Weszła do środka i została już na zawsze.

Alkoholowa noc

„Marta dużo zawiniła przynosząc mi w moje imieniny butelkę wina; może nie przeczuwała, że się upiję” – wspominał Przybyszewski. Tymczasem stało się inaczej. Alkohol i gorąca atmosfera dusznego wieczoru sprawiły, że w łonie młodej dziewczyny zaczęło kiełkować nowe życie. Nie miała już po co wracać do matki, zresztą nie chciała.

Materialne położenie obojga nie było najlepsze. Stanisławowi cofnięto stypendium, wynagrodzenia za pierwsze literackie teksty nie było widać. W takich warunkach dziewięć miesięcy później przyszedł na świat Bolesław. „Boleś spłodzony fizjologicznie i nie z miłości, bom Marty na chwilę nie kochał, tylko litość – litość – litość. […] Ona za mną szalała, a ja prosty łotr, widząc to, dla eksperymentu ją wziąłem […] Po przyjściu Bolesia na świat błagałem na klęczkach Martę, by teraz wróciła do matki, ale nie chciał […]” – zwierzał się w listach Przybyszewski.

Dwudziestoczteroletni ojciec ukrywał przed rodziną informacje o swoim synu, zwłaszcza, że matka szykowała jego małżeństwo z Bogumiłą Łakomską. Choć zakochał się w niej bez pamięci, przyszłą żonę wymienił na… kilka białych kruków. „Znasz moją pasję do hebrajskiego, więc wypożycz mi jedną z tych ksiąg, a utoruję Ci nie tylko drogę do serca Bogumiły, ale i otworzę na oścież bramę do twej bogdanki” – pisał w liście do przyjaciela. Tymczasem Marta wiernie czekała w domu na powrót „męża” marnotrawnego.

Życie w skrajnej nędzy

W 1892 roku światło dzienne ujrzała pierwsza książka Przybyszewskiego „Chopin Und Nietsche”. Rękopisem zachwycił się doktor filozofii, krytyk i pisarz, Franciszek Serves, który jako jeden z nielicznych darzył Martę prawdziwą sympatią i współczuciem. Dwa lata po jej śmierci utrwali ją na kartach swojej powieści „Fermenty”.  Tak wspomina swoje pierwsze z nią spotkanie: „Umówiliśmy się […], że pójdę z nim do jego rodziny, która mieszkała na dalekim krańcu północnego Berlina w dzielnicy zupełnie proletariackiej. Przedtem jednak uprosił u mnie 20 marek, bo był zupełnie obszarpany, a żona (Marta nigdy nie została prawną żoną Przybyszewskiego – przyp. aut.) i dziecko nie mieli co jeść. Żył w ogóle w skrajnej nędzy i nie miał się nawet za co porządnie ubrać. […] Stachu – bo tak go nazywaliśmy – był szczęśliwy, że mógł od razu porobić zakupy. […] << Mutek, Muttek – wołał już ze schodów – mam kiełbasę i masło, i szynkę, możemy najeść się porządnie, a jeszcze zostanie coś z pieniędzy na piwo>>  u góry pojawiła się młoda kobieta w czerwonej robotniczej blizce, trzymając dziecko na ręku. Była to Marta Foerder.”

Marta nie miała łatwego życia. Ukochany rzadko bywał w domu stając się ozdobą berlińskiej bohemy, ale ona była mu ślepo oddana. „Ze Stachem nie ważny stawał się i brak pieniędzy, i konieczność ciągłego prania jedynej koszulki Bolesia, i ta sama ‘w świątki i piątki’ sukienka. Przybyszewskiemu zapewne nie byłą z nią wtedy źle – można to nazwać nawet szczerym wówczas przywiązaniem. Miłość i oddanie Marty schlebiały próżności, a jej cierpliwość i zgoda były po prostu wygodne” – uważa Kotlińska.

Początek tragedii

Gdy w czerwcu 1892 roku Przybyszewski dostał posadę redaktora naczelnego „Gazety Robotniczej” mógł wraz z synem i konkubiną wyprowadzić się do większego mieszkania. Zamieszkali wraz z jego bratem Antonim i jego żoną Marianną. Często namawiali oni Przybyszewskiego, aby z Martą się ożenił, on jednak zachłysnął się już wolnym życiem wśród berlińskiej bohemy. 

W domu bywał rzadko, gdy się pojawiał był zazwyczaj pijany. Ludwik Krzywicki tak pisze we „Wspomnieniach”: „Wypadło mi kiedyś być wieczorem w jego mieszkaniu, by poznać całą jego rodzinę, a więc żonę i dziecko. Miałem przed sobą pocieszny, a tragiczny widok, kiedy dzieciakowi będącemu wiecznie na rękach matki, pokazywał Przybyszewski z dumną rodzicielską kieliszek koniaku, a berbeć trząsł się do trunku i wrzeszczał. Ale wracam do żony. Pasowała całkowicie do nieładu i brudu panującego w mieszkaniu. […]. Miała postawę wcale nie wykwintną, twarz ordynarną, nie ozdobioną nawet świeżym rumieńcem, ale Przybyszewski pokutował za swoją uległość. […].W tej rodzinie kryła się możliwość wielkiej tragedii”.

Tragedia rozpoczęła się w momencie, gdy na drodze Przybyszewskiego stanęła piękna i demoniczna Norweżka – Dagny Juel. Poznali się w marcu 1893 roku, w sierpniu już byli małżeństwem choć Marta nosiła pod sercem kolejne dziecko Stanisława i przyzwyczajona do częstych nieobecności ukochanego w domu nie przeczuwała, że już wkrótce opuści on wspólne mieszkanie przy Wohlerstrasse.  14 listopada 1893 roku na świat przyszła córka Przybyszewskiego i Marty Foerder, którą nazwali Mieczysławą.

 Przez następne dwa lata Przybyszewski żyje z dwoma kobietami  - Martą i Dagny. Z żoną podróżuje po świecie, aby w między czasie wracać do czekającej z wiernością i nadzieją Marty. Czy w końcu i ona zdała sobie sprawę z nieszczęśliwego położenia? Przybyszewski w usta Janiny z „Malstorma” włożył takie o to słowa: „Jaka ja byłabym szczęśliwa, gdybym Cię nigdy nie była poznała […] Lękam się ciebie. Nie wiem […], co robisz, co myślisz. […] Czasami mi się wydaje, że mówisz do mnie zupełnie mechanicznie, i że sam nie wiesz, co mówisz. Tyś bardzo, bardzo nieszczęśliwy […] Może być mnie pokochał, gdybym była silniejsza, gdybym była odporniejsza na Twój szatański urok.”

Tymczasem 6 lutego 1895 roku rodzi się Janina, trzecie dziecko Marty, 28 września tego samego roku Zeonon – pierwsze dziecko Przybyszewskiego z Dagny.

Na zawsze sama

Z początkiem czerwca 1896 roku Przybyszewski postanawia przeprowadzić z Martą ostatnią rozmowę i uwolnić siebie od niej raz na zawsze. Rozmawiają długo. Marta wyznaje, że znowu jest w ciąży. „Mamy prawo przypuszczać, że dowiedziawszy się o nowo poczętej istocie, Przybyszewski rzucił w panice słowa, że nic go to wszystko nie obchodzi, że kobieta, a szczególnie ta w wolnym związku, winna wiedzieć, co czyni. I Marta zapewne wtedy wreszcie zrozumiała, że już na zawsze zostaje sama, z uczuciem oszukanej kobiety, kochającej nadal tego na swój sposób nieszczęśliwego człowieka”

9 czerwca 1896 roku Marta była w domu sama. Antonii i Maria Przybyszewscy, u których mieszkała, wyszli w odwiedziny. Gdy wrócili po kilku godzinach zaniepokoił ich głośny płacz pełzających po podłodze dzieci.  – Gdzie mama? – zapytali najstarszego Bolesia. – Tam – chłopiec wskazał ręką na drzwi łazienki. W wannie leżała nieżywa Marta, na podłodze -  mała, pusta  buteleczka. „W tej rodzinie kryła się możliwość wielkiej tragedii” – zabrzmiały jak echo słowa Krzywickiego.   

Przybyszewski został oskarżony o śmierć Marty, choć nie było go wówczas w Berlinie. Na kilka dni trafił nawet do więzienia. Stracił przychylność brata, a niechętna mu berlińska Polonia jeszcze gwałtowniej zaczęła się wypowiadać na temat rodaka. Pocieszenie znalazł a ramionach Dagny, która za kilka lat miała opuścić go na zawsze w podobny sposób.

 

Paulina Sygnatowicz, 28 lutego 2010

 

źródła:  

Chosiński Sebastian, Wągrowieckie tropy Stanisława Przybyszewskego, „Magazyn Esensja” nr 06, sierpień 2003.

Kotlińska Krystyna, Stachu, jego kobiety, jego dzieci, Kraków 1978.