Myśli / 2010

  • Opublikowano:

    2010-12-13
  • Odsłon:

    333

Jak zrodziła się niezgoda?

Jak powstają bajki, legendy, baśnie?  Najpierw jest rzeczywistość. Potem jej interpretacja. Jaki człowiek, takie odczucie i widzenie świata. Różnimy się tym między sobą, szczególnie odbiorem rzeczy istotnych.  Przy tym zdarzają się i daltoniści, którzy nie rozróżniają kolorów jak i ci, którzy błądzą w mrokach i żadne światło do nich nie trafia. Jakaś wizja, jakieś majaki, jakaś prawda, która nas dotyka. Do tego dochodzi przekaz tego, co widzimy. Upiększanie i urojenie. A więc częściowo prawda, w dużej mierze wizja i urojenie budują legendę, która może stać się  bajką lub baśnią . I bardzo dobrze, bo czym byłby świat bez tych wyśnionych, barwnych szkiełek, przez który widać świat zmieniony w iluzję?
Postanowiłam się zdrzemnąć. Przymknęłam oczy i już zapadałam w sen, kiedy przed oczyma pojawił się księżyc a zaraz przy nim słońce  To widzenie stało się przyczyną zaistnienia ni to bajki, ni to baśni, ni to legendy…
Nie zacznę od słów – dawno, dawno temu, czy… za siedmioma górami i siedmioma rzekami, jak to w bajkach wypada zaczynać.
Po prostu opowiem, od kiedy na świecie zadomowiła się niezgoda,  której wokół nas jest nadmiar.
Baśniowa opowieść o Słońcu i Księżycu, która opowiada o tym, jak zrodziła się niezgoda…
Na samym początku pojawiło się Słońce.  Jaśniało jasnością tak wielką, że zaraz zrodziły się wszelkie rośliny i stworzenia . Dumne z tego Słońce jeszcze bardziej się starało i wkrótce jego strzeliste promienie dotarły do mrocznych zakątków wszechświata i zrodziło gwiazdy, którymi niebo coraz bardziej było usłane. Lecz gwiazdy były takie małe a ono takie wielkie. Poczuło się więc Słońce samotnie. Samotność to najgorsza rzecz, jaka kogokolwiek może spotkać. To i zazdrościło Słońce gwiazdom, że układają się w gwiezdne konstelacje i mają towarzystwo, i których istnienie podkreślały najjaśniej świecące gwiazdy, zadowolone ze swego między nimi istniejącego przymierza. Z tego też  powodu Słońce jeszcze bardziej odczuło swoje odosobnienie i zaczęło powoli gasnąć. Stało się pochmurne, przestało emanować światłem i nagle wokół zaczęły panować ciemności, które zrodziły niepokój. Zapanował wszędobylski strach. A wiadomo – strach ma wielkie oczy… Nawet odważne, swobodnie czujące się  we wszechświecie, gwiazdy zaczęły się bać.  Słońce, nieprzyzwoicie wprost,  wpadało w coraz większą irytację i  na zmianę z poprzednim stanem,  gorzało tak intensywnym ogniem, iż stało się siłą niszczącą, powodując suszę i pożary.
Słońcu najwyraźniej brakowało towarzystwa kogoś bliskiego. Stwórca widząc, że to nie przelewki, postanowił obdarować je bratem, by już więcej nie szalało z tej samotności i w ten sposób pojawił się Księżyc, który przymilnie zaczął wpatrywać się w gorejące oblicze Słońca i jako pierwszy odezwał się do niego –„ Jestem Twoim bratem” – przedstawił się, błyskając figlarnie srebrnymi nitkami  radości, która, promieniowała z jego tarczy.  Ucieszyło się Słońce i od razu  poczuło się harmonijnie złączone  z Księżycem.
Odtąd razem z Księżycem, ramię w ramię brylowali po swoich orbitach w Kosmosie. .
I zgoda panowała między nimi wielka, bo nieodgrodzeni ciemnym płaszczem nieporozumienia wzajemnie się wspierali w wypełnianiu swych obowiązków wobec natury. Trwało tak do czasu,  dopóki nie pojawiła się tęcza. Jako zjawisko optyczne i meteorologiczne  objawiła się w postaci wielobarwnego łuku. Zresztą  powstała dzięki Słońcu, podczas gdy ono jak w lustrze przeglądało się w kroplach wody, kiedy to jego światło słoneczne przechodziło z powietrza do wody i odwrotnie… Tęcza zjawiła się jak bogini piękna i barwna. Całą swą krasą  i powabem, jak pudrem opalizującym,  odcieniami czerwieni i niebieskości musnęła wierzchołki drzew na Ziemi… Ucieszyło się Słońce ze swej mocy i że uczyniło tęczę tak urodziwą. Zasępił się jednak w tym czasie wizerunek Księżyca, bo w jego wnętrzu rozgościła się  zazdrość, która spowodowała wielkie spustoszenie w jego wyglądzie .
W jednej chwili na gładkiej jego tarczy pojawiły się wybroczyny, które zamieniły się w kratery. Im miał ich więcej, tym gorzej się czuł. A kiedy przejrzał się w ogromnej tafli oceanu, jeszcze bardziej się rozsierdził. W jednej chwili postanowił zerwać wszelkie kontakty ze Słońcem, mimo że był jego bratem. Schował się za draperią mroku z dala od promyków słonecznych i cały pogrążył się w ciemności. Tak powstała noc. Słońce, widząc, co się dzieje, w poświacie swego blasku, jeszcze bardziej zajaśniało  i  tak powstał dzień. Odtąd Słońce włada dniem a Księżyc nocą . Co z tego, gdy między nimi zapanowała niezgoda po wsze czasy i  jednocześnie za ich przyczyną wkradła się między ludzi, którzy to potrafią nawet raptownie zzielenieć ze złości i niezgody, trwając w nieustannej mroczności...
Czy nie jest przypadkiem tak, jak z tą opowieścią o Słońcu i Księżycu, że w umysłach ludzkich  powstają przeróżne teorie i pojęcia  na tematy, na które trudno znaleźć odpowiedzi?
W ten sposób wplątujemy się  w przeróżne gdybania, w których często nie można dopatrzeć się sensu. Tak jest, kiedy mówimy choćby o sensowności  cierpienia czy śmierci,
czy też o życiu po życiu.

Krystyna Jadamska - Rozkrut  2010.12.12