Pracownia / Witraż

  • Odsłon:

    264

Historia nad głowamiRozmowa Agnieszki Sabor z Andrzejem Wajdą

Cieszę się, że wreszcie powstaje w Krakowie muzeum Tadeusza Kantora. I cieszę się, że udało się zrekonstruować witraże Wyspiańskiego. Kraków musi pamiętać o swoich genialnych artystach. Nie może też uważać, że skoro stoją Sukiennice i Wawel, mamy już wszystko - mówi Andrzej Wajda, pomysłodawca pawilonu Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie, w rozmowie z Tygodnikiem Powszechnym.
«AGNIESZKA SABOR: - Nie bał się Pan wrócić do niezrealizowanego pomysłu Stanisława Wyspiańskiego - do jego projektów witraży dla katedry wawelskiej? Ich rekonstrukcja wydaje się pomysłem dość kontrowersyjnym...
ANDRZEJ WAJDA: - Kiedy przed 67 laty jako czternastolatek przyjechałem po raz pierwszy do Krakowa, zobaczyłem u franciszkanów witrażowe arcydzieła Wyspiańskiego, z "Bogiem Ojcem" na czele. Jak wielkie wrażenie na mnie wywarło, świadczy fakt, że o nich właśnie napisałem jedyny w moim życiu wiersz zakochanego chłopca (niezachowany - być może na szczęście). Projekty Wyspiańskiego, które właśnie zrekonstruowaliśmy, przedstawiające św. Stanisława, Kazimierza Wielkiego i Henryka Pobożnego, łączą się z tamtymi w ideową, by nie rzec "teologiczną", całość, opowiadającą o śmierci i odrodzeniu w artystycznej kreacji.
Równolegle rodzi się inny ciąg znaczeń. Otóż Wyspiański, przygotowując projekt witraża z postacią Kazimierza Wielkiego, nawiązał do rysunku swego nauczyciela, Jana Matejki; Matejko wykonał go podczas otwarcia grobu króla. I jeszcze niezwykle cenna informacja pochodząca od pani Zofii Gołubiew, której Tadeusz Kantor zwierzył się kiedyś, że jego teatr śmierci narodził się z tego właśnie witraża. Cieszę się, że wreszcie powstaje w Krakowie muzeum Tadeusza Kantora. I cieszę się, że udało się zrekonstruować witraże Wyspiańskiego. Kraków musi pamiętać o swoich genialnych artystach. Nie może też uważać, że skoro stoją Sukiennice i Wawel, mamy już wszystko.
W jakim stopniu jednak witraże te pozostają dziełem Wyspiańskiego, skoro wykonano je sto lat po jego śmierci?
To rekonstrukcja, co powtarzam z całą świadomością, a nie jakaś fantazja na temat projektów Wyspiańskiego. Choć oczywiście wielkim problemem było przeniesienie ich w szkło. Nie mieliśmy ostatecznych, wykonawczych projektów; artysta zaznaczył co prawda kolory, ale tylko na papierze, który w ciągu stu lat zdążył zżółknąć. Najbardziej dopracowany jest projekt witraża Kazimierza Wielkiego - i on też stał się dla nas punktem odniesienia.
Dzisiaj istnieją technologie, o których Wyspiańskiemu się nie śniło. Za pomocą kserografu powiększyliśmy fotografię kartonu w skali jeden do jednego (bardzo pomogło nam krakowskie Muzeum Narodowe). W ten sposób zobaczyliśmy wszystkie linie, które narysował Wyspiański i które mogły być liniami podziału szkła w przyszłych witrażach. Oczywiście zachowaliśmy je.
Od początku wiedziałem, że rekonstrukcję powinien wykonać Zakład Witrażowy Żeleńskich. Z trzech powodów. Po pierwsze, ta firma musi nadal działać - przeraża mnie łatwość, z jaką giną u nas wielkie tradycje, także rzemieślnicze. Na to, co zostało, trzeba więc dmuchać i chuchać. Po drugie, jej dyrektor Piotr Ostrowski już wcześniej nosił się z zamiarem zrealizowania witraża z Kazimierzem Wielkim - na potrzeby istniejącego przy Zakładach muzeum. Wreszcie zachował się tutaj ogromny zbiór szkieł z czasów Wyspiańskiego. W rekonstrukcjach w większości wykorzystaliśmy szkła z epoki.
Kiedy pojawił się pomysł realizacji tych kartonów?
Zapalił mnie do niego wybitny historyk sztuki i wystawiennik, niezastąpiony dyrektor Muzeum Narodowego Marek Rostworowski, który sam nosił się z zamiarem zrealizowania tych witraży, a nawet poczynił w tym kierunku pewne kroki. Kiedy w 1996 r. dostałem od miasta propozycję, by rozpocząć festiwal Kraków 2000, pomyślałem, że to wielka szansa, by zdążyć dokładnie na stulecie powstania kartonów. Niestety, okazało się, że władze miasta potrzebują więcej czasu, by podjąć strategiczne decyzje. Ale udało nam się w stulecie śmierci Wyspiańskiego.
Początkowo wydawało mi się, że pawilon dla witraży mógłby stanąć na placu Szczepańskim - w kontekście Pałacu Sztuki i kamienicy Szołayskich (w której dziś mieści się muzeum Wyspiańskiego). Okazało się to niemożliwe. Wkrótce pojawiła się jednak nowa lokalizacja - plac Wszystkich Świętych. Pomysł podjął jeszcze prezydent Lassota. Jego następca, Andrzej Gołaś, powołał specjalną fundację i wyposażył ją w działkę. Była nawet nadzieja na mecenasa: firma Tishman Speyer, która miała budować przy dworcu Nowe Miasto, zgłosiła chęć sfinansowania pawilonu. Niestety, Tishman rozstał się z Krakowem, ale działka została. Wystawiono na niej kilka reklam, dochód pozwolił rozpocząć konieczne prace wykopaliskowe. Przy tej okazji odkryto przepiękne piwnice, które dziś stały się dodatkową atrakcją pawilonu. Ostatecznie minister Waldemar Dąbrowski znalazł środki na rozpoczęcie przedsięwzięcia, a miasto - już za prezydentury Jacka Majchrowskiego - postanowiło dołożyć resztę. Tak, krok po kroku, dobrą wolą wielu ludzi podejmujących w Krakowie decyzje, powstał "city hall", taką bowiem funkcję chciałbym nadać pawilonowi.
Pawilon łączy dwie funkcje: wystawienniczą i informacyjną. Czy nie są one sprzeczne?
We wszystkich dużych miastach, do których zjeżdżają turyści, istnieje tak zwany "city hall". W Krakowie brakowało podobnego punktu. A co do funkcji wystawienniczej: nie chodzi tylko o witraże. Chcemy eksponować wszystko to, co bierze się z Wyspiańskiego. Na początek - moje z nim zmagania w filmie i teatrze. Muzeum Narodowe w Warszawie gotowe jest pokazać projekty tych witraży dla katedry, które nigdy nie wyszły poza fazę szkiców rysunkowych. Dlaczego w końcu Warszawa nie miałaby wystawić czegoś w Krakowie?
Jak ocenia Pan sam budynek, który stanął na placu Wszystkich Świętych?
Trudność tej przestrzeni polegała na tym, że jest ona bardzo wąska. Paradoksalnie okazało się jednak, że wąski budynek doskonale nadaje się do pokazywania witraży. Co jeszcze dziwniejsze, jeśli stanie się pośrodku prezbiterium katedry i popatrzy tam, gdzie witraże miały się znaleźć, odległość jest dokładnie taka jak w pawilonie - 4,5 metra po jednej i drugiej stronie.
Wiadomo było, że fasada budynku nie powinna być szklana, bo to sugerowałoby funkcję komercyjną. Krzysztof Ingarden, z którym współpracowaliśmy już, budując Mangghę, zauważył, że pawilon ma stanąć między dwoma kościołami ceglanymi. I w sposób równie nowoczesny, co harmonizujący z przeszłością, wykorzystał ten materiał na fasadzie pawilonu.
Na pewno pojawi się jeden zarzut: ci, którzy przyjdą zobaczyć witraże, będą musieli zadrzeć wysoko głowę. Ale wczoraj, oglądając je, pomyślałem, że to gest konieczny: jeśli chcesz popatrzeć na naszych bohaterów, zadrzyj głowę do góry. Ostatnio wielu pochyla się nad historią Polski, czytając ubeckie teczki. Czas im powiedzieć, że nasza historia unosi się wysoko nad naszymi głowami i tam trzeba jej szukać. Naszych bohaterów i naszych świętych.»

"Historia nad głowami"
Agnieszka Sabor
Tygodnik Powszechny nr 24/online 13.04
19-06-2007