Polska sztuka / Wywiady

  • Opublikowano:

    2010-03-21
  • Odsłon:

    316

Zastałem krajobraz jak po bitwie

Anna Słabosz: – Historia Pana związków z Białołęką sięga wczesnych lat osiemdziesiątych.

Jacek Kaznowski: – Dzieciństwo i młodość spędziłem w Śródmieściu. W 1974 roku otrzymałem książeczkę studencką i rozpocząłem starania o własne mieszkanie. Nie były to czasy, w których się je kupowało i miało się wpływ na to, gdzie się zamieszka. Byłem zapisany – nie z własnej woli – do spółdzielni mieszkaniowej RSM Praga. Czekałem prawie 10 lat. Po wielu interwencjach we wszelkich możliwych instytucjach w 1983 roku pojawiła się szansa, że otrzymam klucze do swojego pierwszego M. Polecono mi wybrać się na Tarchomin, żebym się zapoznał z lokalizacją.

A.S.: – To nie była miłość od pierwszego wejrzenia.

J.K.: – Zastałem krajobraz jak po bitwie. Pola, lasy i parę sterczących kikutów dużych betonowych bloków, które w przyszłości miały stać się zalążkiem Tarchomina. Odrzuciło mnie – żadnych dróg, żadnej infrastruktury, betonowe domy ogrodzone parkanem, jakaś kobieta w walonkach wyszła przed płot i rzuciła wrogie: „Co je?”. Zdeprymowany tłumaczyłem, że tutaj być może zamieszkam. Pocieszyła mnie, że tutaj na pewno nie, bo te mieszkania są rozdysponowane. Dwa tygodnie później dostałem przydział, wyrok – Tarchomin. 

A.S.: – Czy to pierwsze mieszkanie zrobiło równie mocne wrażenie?

J.K. – Do tej pory wynajmowaliśmy mieszkanie w Śródmieściu – 16-metrową klitkę. I nagle otrzymujemy mieszkanie 45-metrowe, czyli w zasadzie pałac! Kiedy weszliśmy do tych pokoi – przestronnych, wielkich w porównaniu z tamtym – to było wielkie szczęście. Syn prawie po ścianach skakał z zachwytu. Ale po chwili przyszła refleksja: mieszkamy z dala od cywilizacji, nie dochodzi tu prawie żaden środek komunikacji, nie ma telefonów. Nie mieliśmy samochodu, budki telefoniczne zaczęły się pojawiać dużo później. A nawet, kiedy już były, to najczęściej z urwaną słuchawką...

A.S.: – Jak się żyło na zesłaniu? 

J.K.: – Straciliśmy wszystkich znajomych. Nikt nie chciał nas tu odwiedzać, byliśmy zdani wyłącznie na siebie. Nawiązywały się sąsiedzkie kontakty, rodziły nowe więzi. Poza domem nie było niczego – ani sklepów, ani handlu, ani usług, ani szkół, a w budżecie miasta nie było pieniędzy. By zapewnić dzieciom naukę w zerówkach, zrobiliśmy składkę na budowę aneksu dla szkoły nr 314. Potem przy naszym udziale powstała pierwsza w Warszawie, a druga w kraju szkoła społeczna. Ludzie przynosili swoje stare meble, ktoś wstawiał kraty w okna… Wszyscy się cieszyli, że wspólnie coś się tworzy. Próbowaliśmy wpływać na to, aby powstała chociaż jedna ulica, by nie wychodzić z klatki schodowej prosto w błoto. Dyskutowaliśmy z architektem osiedla, czy to dobre rozwiązanie, kiedy piaskownica umieszczona jest bunkrze dwumetrowej głębokości – jemu się podobało, nam nie.

A.S.: – Nie myślał Pan o tym, aby z czasem zmienić miejsce zamieszkania?

J.K.: – Ja się zwykle wiążę z terenem na tyle, że nie są to proste decyzje. Poza tym mam duszę człowieka, który lubi działać i Białołęka zaczęła mi się podobać. Zaangażowałem się w sprawy osiedlowych samorządów. Kiedy w 1994 roku miała powstać wyodrębniona z Pragi Północ samodzielna gmina Białołęka, skrzyknięto wszystkie takie ugrupowania – samorządowe, rady osiedlowe, rady sołeckie, struktury związków zawodowych, rolników, które zaczęły działać na rzecz wyodrębnienia struktur przyszłej gminy. Doszło do pierwszych w historii tego terenu wyborów. Struktura powołana do życia w tych wyborach wygrała. Zaczęła działać jednolita rada, która miała własnych przedstawicieli w różnych kręgach i różnych środowiskach. Na jakiś czas przejęła odpowiedzialność za dzielnicę.

A.S.: – Został Pan jej przewodniczącym.

J.K. – Zostałem wybrany i do 2002 roku sprawowałem nieprzerwanie tę funkcję. Denerwowało mnie, że żyjemy na tym odludziu, gdzie nie ma nic prócz mieszkań. Zacząłem organizować dom kultury. Nie było infrastruktury ani odpowiednio dużego budżetu, więc jedynym rozsądnym rozwiązaniem okazało się ulokowanie go w nowo powstałym budynku ratusza. Samodzielnie napisałem pierwszy statut białołęckiego domu kultury i w 1997 roku, w bardzo skromnych warunkach, rozpoczął działalność.

A.S.: – Zaczęła się praca u podstaw.

J.K.: – Chciałem zrobić coś więcej. Napisałem prywatny list do Krzysztofa Pendereckiego z propozycją, by zamiast w Carnegie Hall… wystąpił na Białołęce. Ludzie pukali się w czoło. Ten uznany artysta nie występował w Warszawie od wielu lat. Pozytywna odpowiedź była dla wszystkich zaskoczeniem. Szukałem sponsorów. Chodziłem po różnych instytucjach i żebrałem o duże pieniądze. W 1997 roku odbył się koncert, na którym gościli przedstawiciele rządu z ówczesnym premierem Jerzym Buzkiem i przedstawiciele episkopatu, z księdzem prymasem Józefem Glempem. To był wielki sukces, ściągnęły rzesze ludzi, a ja zasmakowałem w organizowaniu tego rodzaju imprez. W ramach samorządowej działalności byłem współorganizatorem koncertu V Symfonii  Beethovena w Filharmonii Narodowej, finałowego koncertu Festiwalu Beethovenowskiego w Teatrze Wielkim, występów Chóru Filharmonii Narodowej oraz wielu koncertów Sinfonii Varsovii – która w pewnym momencie dla mieszkańców stała się „białołęcką kapelą”. Na kanwie mojej inicjatywy związanej z występami Sinfonii na imprezach samorządowych wyrosły festiwalowe koncerty „Sinfonia Varsovia swojemu miastu”. Moje nazwisko zaczęło być znane na rynku, udawało mi się zapraszać artystów o których gdzie indziej można było tylko pomarzyć, a sponsorzy chętnie wykładali pieniądze – obowiązywały tzw. umowy gentlemen’s agreement. Zacząłem trudnić się konferansjerką. Świętej pamięci Franciszek Wybrańczyk po jednym z takich koncertów zapytał, ile ma mi zapłacić. Odpowiedziałem, że nie chcę pieniędzy, poprosiłem, by mi obiecał, że nawet kiedy już nie będę miał wpływu na to, co się dzieje w dzielnicy, będzie tu z orkiestrą przyjeżdżał. Tak się stało. Nasze wieczory uświetniali: Konstanty Andrzej Kulka, Piotr Nowacki, Adam Kruszewski, Izabela Kłosińska. Samorząd podejmował się działań na niespotykaną do tej pory skalę. Wcześniej kultura czy sport były tymi dziedzinami życia, z których się środki zabierało, żeby zrealizować inwestycje materialne, a nigdy się nie dodawało. W 2006 roku, kiedy zostałem burmistrzem, zastałem w budżecie mojej dzielnicy około trzech milionów złotych na całą kulturę. W tej chwili ta kwota sięga ponad dziewięciu milionów złotych i jest to jedna z największych dotacji dla kultury w Warszawie. Poczytuję to sobie za olbrzymi sukces.

A.S.: – Jakiś czas później Białołęka rzeczywiście zyskała własną „kapelę”.

J.K. – Chciałem dać wielu ludziom szansę nieodpłatnego konsumowania kultury przez duże „K”. W 1999 roku nawiązaliśmy współpracę z budapeszteńską dzielnicą Budafok-Tétény. Pojechaliśmy tam z wizytą i okazało się, że dzielnica prowadzi własną orkiestrę symfoniczną. Zacząłem się zastanawiać, jak zorganizować coś takiego u nas, biorąc pod uwagę brak etatów dla muzyków. Wespół z jedną z mieszkanek naszej dzielnicy znaleźliśmy rozwiązanie – powstał impresariat, który wziął na siebie odpowiedzialność za stworzenie zespołu i jego repertuar. W składającej się głównie z mieszkańców Białołęki orkiestrze grają soliści Teatru Wielkiego, Filharmonii Narodowej, opery, operetki, a kierują nią najznamienitsi dyrygenci współczesnej polskiej sceny. Zaproszenia na występy rozchodzą się w parę minut. Białołęcka Orkiestra Romantica – filharmonia bez gmachu – reklamuje w swojej nazwie tę część miasta, dając koncerty w całej Polsce. To poważny asumpt do dumy. Stąd nazwa koncertów – „Wielkie Gwiazdy są wśród nas”, żebyśmy już nie mieli takiego poczucia, że jesteśmy tu na zesłaniu. Nie musimy się niczego wstydzić, jesteśmy mieszkańcami Białołęki i posiadamy to, czego inni nie mają.

A.S.: – Działalność w dziedzinie kultury prowadzona była z coraz większym rozmachem.

J.K. Pojawiła się myśl, by kończyć rok wielką imprezą plenerową przy ratuszu. Na inaugurację sylwestrowych imprez zaprosiliśmy zespół Boney M. Rok zaczynamy koncertem na wzór noworocznego z Wiednia. Występują u nas orkiestry dęte, zespoły rockowe, zespoły muzyki dawnej, mamy imprezy biesiadne. Okazuje, że im więcej robimy, tym większa jest moda na „bywanie”. Mamy stałych odbiorców, a nasza białołęcka publiczność jest coraz bardziej wyrobiona. Już wie, w którym momencie należy klaskać, a w którym nie należy wykonawcom przerywać. Bo na początku to różnie bywało.

AS: – A jak się ma edukacja sportowa w dzielnicy?

J.K. – Doskonale rozumiem jej potrzeby. Ze sportem jestem związany od trzydziestu pięciu lat. Do niedawna sędziowałem ekstraklasę siatkówki kobiecej, i męskiej, przedtem trenowałem pływanie w warszawskiej Polonii i siatkówkę w Spójni Warszawa, dziś strzelam, pływam, chodzę na siłownię i żegluję. To mnie relaksuje. Chcę wciągnąć młodzież i dzieci w sport wyczynowy. Tworzymy system klas sportowych, który da podstawy do powstania klubów ligowych. Na początku trzeba było rozwiązać problem braku bazy. W 1994 roku poddałem pomysł realizacji ośrodka sportu z krytą pływalnią i boiskiem. Od podstaw tworzyłem jego statut. Za projekt pływalni – wówczas jednej z najnowocześniejszych w Warszawie – gmina otrzymała nagrodę w konkursie architektonicznym. Udało się przeforsować wybudowanie basenu w tolerancji umożliwiającej elektroniczny pomiar czasu. Niestety nie wystarczyło pieniędzy na zakup sprzętu. Budżet na to znalazł się dopiero 15 lat później, kiedy byłem już burmistrzem. Dziś nasza pływalnia wyposażona jest w najnowocześniejszy na świecie system pomiaru czasu elektronicznego z najnowocześniejszymi słupkami startowymi. Pozostało stworzenie odpowiedniego zaplecza, w tym miejsc dla publiczności, i będzie można rozgrywać tu zawody. 

A.S.: – Okazuje się, że biblioteki też mogą być nowoczesne.

J.K. Zawsze marzyłem o tym, żeby biblioteka rzeczywiście wyglądała jak biblioteka, a nie jak to, co tu mieliśmy – stare budynki i rozpadające się wyposażenie... Widziałem w innych miastach zaplecza w postaci centrów multimedialnych. Na tyle mnie to zaintrygowało, że postanowiłem przenieść to do nas, tym bardziej że już wcześniej o tym dyskutowano. W tej chwili jako jedyna dzielnica w Warszawie posiadamy takie centrum, w Polsce podobne funkcjonują tylko w Olsztynie i Wrocławiu. Samorządowcy z Europy zachodniej przyjeżdżają do nas, by się uczyć, jak wykorzystywać takie obiekty w procesie edukacji. Stworzyliśmy także supernowoczesną czytelnię z własnymi zajęciami i  instruktorami – „Nautilius” przy ulicy Pancera. Jej zadaniem jest promowanie konwencjonalnej książki w niekonwencjonalny sposób, czyli za pomocą multimediów.

A.S.: – Samorządowiec – zawód jak każdy inny?

J.K.: – Kiedy ktoś przychodzi do samorządu, powinien się nastawić na to, że nie będzie się tu dorabiał, ale będzie robił coś dla ludzi. Arcybiskup Sławoj Głódź porównał kiedyś samorząd do powołania kapłańskiego. To misja. Jesteśmy podporządkowani decyzjom Rady Warszawy, więc można byłoby siedzieć, coś tam robić i cieszyć się, że odpowiedzialność przenosi się na miasto. Ale ja biorę pełną odpowiedzialność za wszystko – niezależnie od tego, czy jest to moja kompetencja, czy nie – i staram się rozwiązywać wszystkie sprawy. Na przykład tego mostu na Kobiałce – mam już alternatywny pomysł na jego budowę i nawiązałem w tym celu kontakty z wojskiem…

A.S.: – Jest Pan człowiekiem od zadań specjalnych?

J.K. – Podejmuję się takich zadań. Lata temu pracowałem w elektrociepłowni na stanowisku kierownika jednego z największych wydziałów remontowych w energetyce warszawskiej. Jednoosobowo podjąłem się zaprojektowania cysterny na kwas solny i w inspektoracie kolejowym uzyskałem dopuszczenie jej do ruchu. Jeden ze specjalistycznych zakładów w Polsce, który trudnił się produkcją tego rodzaju wagonów, nie mógł od ośmiu lat uzyskać homologacji, ja uzyskałem po półtora roku.  W 1998 roku zaproponowano mi zajęcie się problemem tworzenia pierwszej w Polsce spalarni odpadów komunalnych. Chyba dlatego, że nikt się nie chciał tego podjąć. Protesty mieszkańców, protesty ekologów, nagonka prasowa... Moim zadaniem było doprowadzanie do wybudowania, uruchomienia i jeszcze, jak się później okazało, zmodernizowania zakładu bez odpowiedniego zakresu środków finansowych. Wytłumiłem protesty, wybudowałem, uruchomiłem i zmodernizowałem. W 2001 roku zakład osiągnął parametry, które miały obowiązywać w 2006 roku zgodnie z dyrektywą europejską. Od ekspertów z Unii otrzymałem opinię w samych superlatywach.

A.S.:  – Prywatnie też jest się czym pochwalić.

J.K. – Mam trójkę już dorosłych dzieci. Córka jest zamężna, ma dziecko – jestem dziadkiem. Starszy syn skończył filozofię, robi doktorat na Uniwersytecie Stefana Kardynała Wyszyńskiego, jest redaktorem naczelnym dwumiesięcznika Christianitas. Drugi jest po romanistyce, kończy właśnie Uniwersytet Warszawski, zna kilka języków. Wszyscy już mieszkają samodzielnie, córka i starszy syn na Białołęce. Żona jest nauczycielem języka francuskiego w tej szkole społecznej, którą współzakładaliśmy. Nie muszę się już zajmować dziećmi, dlatego mam więcej czasu na życiowe pasje. Ostatnio dołączyło do nich latanie.

A.S.: – Zaczęliśmy od lat osiemdziesiątych, a jaka jest Białołęka jutra?

J.K. – W ciągu paru lat udało mi się przekonać władze Warszawy do zainwestowania olbrzymich środków w dzielnicę. Pani prezydent powiedziała kiedyś, że jestem spokojnym człowiekiem, ale wszyscy przede mną w ratuszu uciekają, dlatego że kiedy tam wejdę, to nie wyjdę bez pieniędzy. Udało się zlikwidować nielegalne formy działalności w gospodarce odpadami, modernizujemy ulicę Modlińską, Trasę Armii Krajowej, budujemy Trasę Mostu Północnego, planujemy poszerzyć ulicę Marywilską, powstanie rondo przy Głębockiej, park przy Berensona, udało się wynegocjować wahadłową kolej z Legionowa do Warszawy Gdańskiej, powstają boiska, lodowiska, nowe szkoły, przedszkola i żłobki. Mamy wiele potrzeb – Białołęka jest dzielnicą samych potrzeb. Nie wszystko musi być realizowane ze środków publicznych. Pozyskujemy inwestorów. Nawiązaliśmy współpracę z developerami, którzy realizują infrastrukturę. Tak powstają ulice przy dużych osiedlach mieszkaniowych, sześciokilometrowa magistrala kanalizacyjna z Płud na Kobiałkę, ulica Magiczna w rejonie osiedla Derby, poszerzone zostanie skrzyżowanie w rejonie Skarbka z Gór, jeden z inwestorów rozważa budowę aquaparku… Jest jeszcze wiele do zrobienia. Mam nadzieję, że coraz więcej ludzi będzie w to zaangażowanych, bo to cenne, kiedy mieszkańcy wychodzą z inicjatywą i proponują rozwiązania, które mają służyć lokalnej społeczności. Tak jak ja sam robiłem to przed laty. A my jesteśmy od tego, żeby im pomagać.

Rozmawiała Anna Słabosz  Artbok  2010.03.05