Myśli / 2011

  • Opublikowano:

    2011-01-04
  • Odsłon:

    247

Sydonia , Biała Dama szczecińskiego zamku, a ludzkie sumienie.

Wszystko jest sprawą sumienia. Każdy czyn. Każde wykroczenie. Zarówno w sensie pozytywnym jak i negatywnym. W świadomości ludzkiej zakodowany jest syndrom wyrzutów sumienia. I dobrze, bo gdyby go nie było, działyby się same złe rzeczy, które i tak się dzieją za sprawą tych, którzy sumienia nie mają albo zagłuszyli jego głos. Potrafimy obwiniać się o różne rzeczy, nawet jeżeli wina nie leży po naszej stronie. Często jest tak, że jakieś niesprzyjające siły atakują  szarganiem reputacji wybranego nieszczęśnika, który doznał i tak wielu zgryzot i upokorzeń  w tym niezbyt łaskawym dla niego życiu.
Portret młodej Sydonii von Bork Edwarda Brune – Jonesa wywołał me dywagacje na temat sumienia. Kim była Sydonia? Dlaczego nazwano ją „czarownicą klasztorną.”? Ile było w niej winy, a ile po stronie oskarżycieli? Jak sumienia tych ludzi wzajemnie się przeplatały i na siebie wpływały? Nic nie dzieje się bez przyczyny. Jest początek, rozwój akcji i zakończenie. Tak było i w przypadku Sydonii, która obecnie jest trendy postacią w środowiskach pomorskich, bo z tego regionu Sydonia się wywodzi. Jej historia jest jedną ze szczecińskich legend. Tradycją już jest, że w Szczecinie co pewien czas odbywają się Targi Psychotroniki, Zdrowia i Urody, które niektórym osobom kojarzą się z legendarną czarownicą.
Lecz Sydonia to nie tylko legenda, to także prawdziwa postać, która nieszczególnymi zdarzeniami wpisała się w losy pomorskich Gryfitów. Obecnie postrzegamy ją przez pryzmat romantycznych skojarzeń, ale dość długo, nawet po jej śmierci, krążyła o niej opinia złej i okrutnej kobiety.
Jak łatwo rzucić na kogoś oskarżenie… Jak trudno potem od niego się uwolnić zaatakowanej osobie. . . Bohaterka legendy urodziła się w przybliżeniu około 1545 roku w Strzmielach, w rodzinie o słowiańskich korzeniach. Była jedną z dworek na zamku Filipa I, księcia pomorskiego w Wołogoszczy.
Niesłychanie urodziwa i wyróżniająca się intelektem, miała wielu adoratorów, lecz ona zainteresowana była jedynie Ernestem Ludwikiem, synem Filipa I.  Wydawało się, że Ernest odwzajemnia jej uczucia, obiecywał jej nawet ślub, który nigdy się nie odbył, bo kawaler za radą rodziców i radców udał się w konkury na dwór niemiecki i ożenił się z  Zofią Jadwigą , córką księcia brunszwickiego. Wielce urażona i zraniona Sydonia wyprowadziła się z zamku.
Tułała się przez wiele lat. Razem z siostrą Dorotą powróciła do rodzinnego zamku w Strzmielach.  Siostry długo procesowały się z bratem Ulrichem, który po śmierci rodziców przejął majątek.
Gdy Ulrich ożenił się, zamieszkały w klasztorze w Marianowie. Jednak nie usiedziały za długo w jednym miejscu, ciągle przenosząc się do innych miejscowości. Mieszkały w Stargardzie, Krępcewie, Resku, Chociwlu i w Szczecinie.
W 1604 roku Sydonia w wieku 57. lat znowu znalazła się w klasztorze w Marianowie. Początkowo zakonnice zaakceptowały ją , potem okazało się, że ma wśród nich wrogów. Zarzucano jej kłótliwość i zarozumialstwo.
Posądzano ją o czary i kontakty z czarnymi mocami. Nagłe, niewytłumaczalne i liczne zgony w rodzie Gryfitów i w okolicy Wołogoszczy, były powodem poważnych oskarżeń, wysuwanych przeciwko niej. Oskarżano ją, że rzuciła klątwę na ród.
W 1612 roku oskarżono ją po raz pierwszy, następne w 1619. Przesłuchiwano ją w zamku Odeburg.  2. grudnia przedstawiono jej 74 zarzuty o czary. Przeważająca część tych zarzutów była zmyślona i niedorzeczna. Znaleźli się świadkowie, którzy potwierdzali te zarzuty. Sydonia je odpierała i nie przyznawała do nich. Jednak pod wpływem tortur przyznała się, że rzucała klątwy na ród Gryfitów. Potem znowu zaprzeczała potwierdzeniom. Wydawało się, że proces ciągnął się będzie  w nieskończoność…
Słowa oskarżycieli podjudzały do nienawiści. W końcu zapadł wyrok. Pochodziła ze szlacheckiego rodu, więc zadecydowano, że najpierw będzie ścięta, a potem spalona.
W sierpniu lub we wrześniu 1920 roku, w sąsiedztwie dawnej Bramy Młyńskiej, w tej chwili  mieści się tam muzeum przy ulicy Staromłyńskiej, pod murami dawnego Szczecina, 74 - letnią Sydonię ścięto toporem, a jej ciało spalono na stosie, na Psim Wzgórzu…
Czy można było coś poradzić na głupotę ludzką? Zastanawiam się, jakie sumienie miała Sydonia, a jakie jej oskarżyciele i oprawcy? Po śmierci Sydonii nadal trwała zła passa rodu Gryfitów. Książe Franciszek zmarł wkrótce po jej straceniu, zgodnie z tym, co prawdopodobnie przepowiedziała mu Sydonia w trakcie przesłuchań. A wkrótce po nim zmarł książę Ulryk, a następnie książę Filip Juliusz.  Siedemnaście lat po jej ścięciu odszedł na zawsze  Bogusław XIV, ostatni z rodu Gryfitów.
Zastanawiające, ile w tej legendzie legendy a ile prawdy.
Na kolejnym portrecie Edwarda Brune – Jonesa, zafascynowanego historią tej nieprzeciętnej kobiety, widzimy starszą, zgorzkniałą kobietę, na której twarzy widoczne są tragiczne wydarzenia z jej życia, które niezwykle dokładnie opisał niemiecki pastor  -  Meinhold, który tak ją określa :
Jej oczy i usta nie są przyjemne dla oka, pomimo ich wielkiej urody - w ustach, szczególnie, można odkryć wyraz zimnej jadowitości."
 Jaka zatem naprawdę była Sydonia, którą współcześnie nazywa się Białą Damą, snującą się w księżycowe noce po szczecińskim zamku…? Była córką diabła czy zwykłą kobietą  skrzywdzoną przez los? Teraz się wydaje, że Sydonia w szarość zwykłych dni wniosła trochę niezdrowej pikanterii i żalu, że tak okrutno ją potraktowano. W dodatku okazało się, że budzi sumienia…

Krystyna Jadamska - Rozkrut  2011.01.03