Wycieczki / Trzeba odwiedzić

  • Odsłon:

    340

Neounici w Kostomłotach


Cicho, jak makiem zasiał. Starsza pani zbiera jabłka w przydomowym sadzie. Chłopczyk w czerwonym swetrze przejeżdża obok nas na rowerze i niemal wlepia buzię w szybę, bo tak ciekawią go przyjezdni. Mało kto przyjeżdża tu poza sezonem. Drzewa delikatnie ruszające się na wietrze raz odsłaniają, raz przysłaniają widok na niewielką cerkiew. To kościół św. Nikity Męczenika w Kostomłotach. Jedyna świątynia neounitów na Polsce.
Cerkiew jest niewielka i leży z dala od głównych traktów komunikacyjnych. Żeby na nią trafić, trzeba zabłądzić lub celowo zjechać w bok – do miejsca, gdzie kończy się świat. Przez Kostomłoty przepływa Bug, a z nim – Białoruś. Dzika, niedostępna i groźna.
-  Pani, podobno tu strzelają, jak kto przekroczy środek Bugu, nawet do zwierząt strzelają – straszą mieszkańcy wsi.
Więcej w tym pewnie mitologii niż prawdy. Ale nie zamierzam przekonywać się na własnej skórze, czy jest tak rzeczywiście – bo za zimno i zbyt niebezpiecznie. Do brzegu trudno się przedrzeć przez krzaki i pokrzywy. Z lotu ptaka Bug w tej okolicy wygląda jak wijący się wąż, niezdecydowany, w którą stronę iść. Robi wygibasy, wygina się raz w prawo, raz w lewo. Mimo to prąd jest tu wartki, a rzeka wygląda, jakby nic się w niej nie zmieniło od stuleci. Pewnie można tu siedzieć tydzień, gdzieś w starorzeczu rzeki, i nie spotkać żywej duszy.
Tylko nieliczni, starsi mieszkańcy Kostomłotów pamiętają, że kiedyś świat nie kończył się na Bugu.
-  Przed wojną to i na zabawy my chodzili na tamtą stronę. Mostek był niedaleko. Ale, kto by tu do mostku szedł, skoro wpław przepłynąć można? Po tamtej stronie to najpiękniejsze dziewczyny mieszkały – wspomina starszy pan dostojnie kroczący po marnej wiejskiej drodze.

Ekumenizm po kostomłocku
Po kostomłockiej cerkwi oprowadza nas kościelny. Sam jest katolikiem, ale na mszę przychodzi tu, bo do kościoła katolickiego ma daleko.
-  Przecież Bóg jest ten sam, a unici naszego papieża też uznają – mówi.
I ma rację. O ile liturgicznie neounitom bliżej do prawosławnych, o tyle w kwestii zwierzchnictwa w kościele podporządkowali się papieżowi.
Ale zacznijmy od początku. Problemy zaczęły się już w 1054 roku, kiedy to miała miejsce wielka schizma, oznaczająca ostateczne rozdzielenie kościoła katolickiego i prawosławnego. To był tylko początek wielkich sporów doktrynalnych i tych związanych z sukcesją apostolską (czyli z tym, który kościół jest prawowiernym spadkobiercą apostołów). Na ziemiach polskich wtedy chrześcijaństwo dopiero zaczynało kiełkować. Prawdziwe problemy zaczęły się później. Na terenie I Rzeczypospolitej katolicyzm spotykał się z prawosławiem, a więc – władza papieska z władzą wschodnich patriarchów. Powodowało to ciągłe konflikty nie tylko religijne, ale też polityczne. Żeby temu przeciwdziałać, władze polskie w porozumieniu z papiestwem wpadły na pomysł stworzenia pewnego rodzaju konglomeratu – odrębnego kościoła, który czerpałby z tradycji chrześcijaństwa wschodniego, ale formalnie podlegał papieżowi. Nowe wyznanie nazwano unickim. Porozumienie podpisano w Brześciu Litewskim w 1596 roku. Część duchownych prawosławnych, działających na terenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów, zgodziła się wtedy przejść pod panowanie papieża, zachowując jednak prawosławny ryt liturgiczny.
Takie były początki. To jednak nie koniec sporu. Kiedy wschodnia część Rzeczypospolitej znalazła się pod zaborem rosyjskim, Rosja zintensyfikowała próby przywrócenia jedności prawosławia na ziemiach polskich. Innymi słowy: domagano się likwidacji unitów. I tak się też stało. Starania władz rosyjskich poparła większość duchownych unickich. W 1839 roku na synodzie w Płocku duchowni grekokatoliccy (uniccy) zgłosili chęć połączenia się z Patriarchatem Moskiewskim. Najdłużej wierna papiestwu pozostała Chełmszczyzna. Ostatecznie unię zlikwidowano jednak w 1875 roku.

Zawierucha i neounici
Zwolennicy integracji z Rzymem nie poprzestali na tym. W dwudziestoleciu międzywojennym na nowo rozpoczęto akcję tworzenia unii z papiestwem. W latach dwudziestych XX wieku biskup siedlecki Henryk Przeździecki zaczął walczyć o to, by wyznanie unickie powstało na nowo. Przy poparciu papiestwa udało mu się zrealizować cel. Biskup sprowadził do Polski zakon jezuitów obrządku wschodniego. Niedługo potem wszyscy biskupi urzędujący na kresach dostali zezwolenie papieskie na tworzenie neounijnych ośrodków na terenie swoich diecezji. Zasada była prosta: Nec plus, nec minus, nec alitur (Nic nie dodawać, nic nie ujmować, niczego nie zmieniać). Chodziło oczywiście o kwestię liturgii, która miała pozostać taka sama, mimo przejścia na inne wyznanie. De facto oznaczało to, że w życiu przeciętnego prawosławnego wszystko pozostawało tak, jak dotąd. Jedynie to, że miał od chwili konwersji słuchać papieża, co w codziennym życiu nikogo przecież nie zaprzątało. Nawet kler grekokatolicki początkowo składał się głównie z księży prawosławnych, którzy przeszli na katolicyzm. Dopiero z czasem nowi unici wykształcili swoje struktury władzy.
Ta druga, międzywojenna próba połączenia prawosławia i katolicyzmu nazwana została neounią. Była wynikiem prozelityzmu prowadzonego przez Kościół katolicki. 
Dziś neounici posiadają tylko jedną parafię – właśnie w Kostomłotach. Należy do niej niewiele ponad stu wiernych. Cerkiew powstała w 1631 roku jako świątynia unicka. W tym samym roku namalowano ikonę patrona cerkwi – świętego męczennika Nikity, żyjącego w pierwszych wiekach chrześcijaństwa.
Na przestrzeni wieków kostomłocka świątynia staje się kościołem prawosławnym, ale w 1927 roku ponownie odzyskają ją unici. Jak w soczewce widać tu cały, trwający wiele wieków spór katolicko-prawosławny. W latach dwudziestych XX wieku toczą się tu walki między unitami a prawosławnymi właśnie o cerkiew. Kostomłoty są wtedy jednym z najważniejszych ognisk zapalnych walki pomiędzy prawosławiem a katolicyzmem. Oba wyznania nie mogą się dogadać co do własności kościelnej.

Patrzące ikony
Gdyby wszyscy ze stu wiernych chodzili w Kostomłotach na nabożeństwa, nie pomieściliby się w małej, staruteńkiej cerkwi. Kiedy zwiedzam okolicę, zaczynają bić dzwony. Bug pewnie niesie je aż na drugi brzeg, na Białoruś, ale nikt ich tam pewnie nie słyszy. W stronę kościoła tupta stara babcia we wzorzystej chuście na głowie, dwie dziewczynki w warkoczykach i pan z długą brodą. Ikonostas jest świeżo wyzłocony. Dowiaduję się, że odnowiono go w ostatnich latach dzięki ofiarom parafian i pielgrzymów. Mała przestrzeń cerkwi jest bardzo przytulna. Świątynia jest orientowana – jak wszystkie kościoły, w których modlą się wyznawcy tradycji wschodnich, zbudowana na planie prostokąta. Półkoliste okna z kolorowymi szybkami wpuszczają do wewnątrz światło. Gdzie nie spojrzę, tam swoimi świętymi oczami patrzą na mnie ikony. Po obu stronach ikonostasu (ściany z obrazów, oddzielając część ołtarzową od części, w której gromadzą się modlący) stoją obrazy Maryi i Chrystusa. Bardziej niż do wschodnich ikon, wizerunki podobne są do katolickich przedstawień świętych postaci. Carskie wrota, znajdujące się w centrum ikonostasu, pochodzą z XVIII wieku.
Tu, w Kostomłotach, katolicyzm miesza się z prawosławiem, religia z polityką. A co z tożsamością mieszkańców? Modlą się po prawosławnemu, słuchają przemówień papieskich. I żyją tak, jak żyli zawsze. 
W Cerkwi w Kostomłotach cisza, za chwilę zacznie się nabożeństwo.