Myśli / 2010

  • Opublikowano:

    2010-03-01
  • Odsłon:

    344

Jak bezdomne psy czy jak ludzie?

Eureka!  Okrzyk ten wyrwał mi się dzisiaj w czasie kąpieli w wannie. Nie bez kozery wyrywają się przeróżne okrzyki wywołane napięciem a to myśli, a to ciała czy układu kostnego. Zaboli coś i zaraz "oj…!” albo "aj…”. . . Emocje pozytywne czy negatywne znajdują miejsce w eksklamacji. To jest jak zachłyśnięcie się kością czy nawet śliną. Ktoś popuka w plecy i następuje ulga, wyrażona głębokim oddechem i konkluzją typu – już myślałam, że umieram! Co nieraz niejednemu się przytrafiło. A powodów do niezadowolenia zawsze jest więcej niż tych od zadowolenia.

Taka jest już jest natura ludzka. W zależności od sytuacji życiowej zawołanie ma różną barwę i brzmienie. Czego dotyczy to – „znalazłam” , w odróżnieniu od prawa Archimedesa, niech pozostanie moim sekretem. Wracam dziś  poobiednią porą do domu, jestem już piętro niżej od swego mieszkania, a cztery piętra mam do pokonania , gdy z   jednego z mieszkań wybiega sąsiadka w moim wieku. Chodziłyśmy do równoległych klas w tej samej szkole, ale jakoś nigdy nie utrzymywałyśmy kontaktów koleżeńskich. Na galerii zimno, a ona w letnim stroju.

Wita mnie i zaczyna opowiadać, że była w operze na spektaklu i była tam jedna tak piękna aktorka, jakiej nie ma na świecie, zaraz jednak dodaje, jak to lustro z bajki o królewnie Śnieżce,  że ja jestem jeszcze piękniejsza i zawsze mnie podziwiała. Poczułam się nieswojo.

Pani ostatnio jest pozytywnie nastawiona do ludzi, bo jest pod działaniem rozweselających leków psychotropowych. Bywały stany odwrotne, często wpadała w agresję i wtedy sąsiedzi nie mogli z nią wytrzymać.

Tym razem odwrotnie, jest niesłychanie potulna i miła. To i dalej napiera na mnie swymi komplementami, że od zawsze mnie lubiła… etc.

I nagle chwyta moją dłoń i całuje, jakbym była królową albo biskupem.  Królową to nie, ale biskupem mogłabym być ( tylko po co?, to nie stanowisko dla kobiet…), bo już są kobiety biskupami, a jedna to nawet biskupem po rozwodzie. „Dobry” przykład dla wiernych. Nie ma co… Kiedy sąsiadka na mej dłoni swój wilgotny całus pieczętowała, wyrwał mi się tym razem bezgłośny okrzyk, podobny do tego

z wanny, co prawda, nie „eureka”, tylko coś przypominające ciche zachłyśnięcie się . Czym prędzej oswobodziłam się z jej uścisku i powiedziałam coś w rodzaju

– ależ …pani … Agnieszko.  Usłyszałam w odpowiedzi – „… bo ja panią bardzo lubię i kocham.”

Powiedziałam , że się przeziębi, bo jest za lekko ubrana, a Ona  to, że chciała się ze mną spotkać. Słyszała kroki, to wyszła. Nie wiedziała, kto idzie. Wyszła, bo szukała towarzystwa. Dotkliwie odczuwa samotność. Co chwilę pyta – „modli się pani za mnie?”. Odpowiadam niezmiennie – modlę się i wtedy uśmiech pojawia się na Jej zniszczonej twarzy. Nie ma czasu dbać o siebie, bo cały czas myśli o swej chorobie. Skoncentrowana jest głównie na sobie. Ociągała się przed wejściem do mieszkania, proponując mi pożyczenie albumu o aniołach. Kiedyś mi go wcisnęła i codziennie przychodziła, by ucałować swoje aniołki. Gdy chciałam oddać album, to nie chciała go zabrać, bo w ten sposób , w Jej mniemaniu, zostawiała sobie otwartą furtkę.

Rozumiałam to, choć czułam się zmęczona po takich odwiedzinach.  Dlatego ludzie unikają  spotkań z Nią .  Zdarza się , że ktoś bardzo niegrzecznie odezwie się do Niej, upokorzy i przeklnie. Nawet jej „przyjaciółki” – sąsiadki potrafią naśmiewać się z Niej i czasem odzywać , jakby była  śmieciem,  choć nie najgorsze z nich kobiety.

Czy tak można? Czy na tym polega nasz humanizm?

 

Pani  Agnieszka jest osobą wykształconą , dawniej przez pewien czas pracowała na odpowiedzialnym stanowisku, gdy choroba nasiliła się, przeniosła się do biblioteki.

W końcu przeszła na rentę, bo do pracy nie nadawała się . Zaczęła chorować po urodzeniu dziecka.

Mąż Ją porzucił, zabrał dziecko, została sama.

Nie chciał dłużej mieszkać pod jednym dachem ze schizofreniczką. Była wówczas jeszcze młoda i ładna.  Byli po ślubie kościelnym.

Małżonek ślubuje miłość, wierność i że nie opuści aż do śmierci,  a nie dzieli się miłością, jest niewierny i zostawia na łaskę losu… Jak to jest?

Czy to w porządku? Jak potem można z czystym sumieniem myśleć o sobie dobrze?

Po odejściu męża Jej stan pogorszył się .

Bywało, że biegała nago po ulicy albo na podwórku lub pod oknami  wyśpiewywała arie operowe, naśladując diwy…

Wzbudzała sensację, kpiny i lekceważenie, jakby ludzie nie rozumieli, że w tych momentach nie jest sobą.  Wyprawiała różne rzeczy.

Najgorsze było to, jak miała u siebie trzy duże koty, które załatwiały się sąsiadom pod drzwiami.  Ile z tym było kłopotu, nie da się opowiedzieć.

Ale kotów nie przestałam lubić , pani Agnieszki też, choć raz doprowadziła mnie do złości. Gdy grzecznie zwróciłam uwagę, by nie wypuszczała kotów, obrzuciła mnie wyzwiskami. Byłam niezadowolona, ale szybko mi to przeszło, gdy zagadnęła do mnie, rozmawiałam , jakby nic się nie wydarzyło. Rozumiałam , że to choroba wyczyniała takie spustoszenie.  

Znaleźli się panowie – opiekunowie, którzy zaczęli wykorzystywać Ją materialnie i fizycznie. 

Z tej samej ulicy, żonaty mężczyzna, często był u niej widywany, potem rozpowiadał  różne rzeczy, komu nie trzeba.

Co myśleć o takim? Wykorzystywał dwie kobiety – żonę i chorą, nieświadomą swego postępowania… Wszyscy okoliczni mieszkańcy o tym rozprawiali.

Sąsiedzi jak sąsiedzi – obserwowali, wydziwiali, plotkowali, obmawiali, w końcu przyzwyczaili się .

Nikt jednak na dłuższą metę nie chciał z Nią, utrzymywać kontaktów, bo bywała i jest uciążliwa.  To prawda… i to bardzo dojmująca…  

A Ona,  bardzo potrzebowała  zainteresowania i potrzebuje tego nadal. 

Trudne to wszystko. Sama przyłapuję się na tym, że czasami idąc po schodach , pomyślałam , żeby tylko Agnieszki nie było. . .

Ludzie, z jednej strony niby chcą pomóc, z drugiej strony, uchylają się od tego. Zamykają oczy i przemykają obok, jak gdyby nic nie działo się .

Lepiej udać, że nic nie dzieje się , choć się dzieje. Racja jest po czyjej stronie?

Miała taki okres, że chodziła od drzwi do drzwi i prosiła o jedzenie. Coś tam dostawała, ale znalazły się takie osoby, które zaczęły rozpowiadać, co dały i postanawiały, że więcej nie dadzą , bo to czy tamto. . .

„Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa.”

Dzielić się miłością , dobrym słowem i owocami pracy jest obowiązkiem każdego chrześcijanina. Czynienie dobra nie powinno być naszym krytycznym rozważaniem, działaniem z namysłu, powinno wynikać z dobroci serca i być spontaniczne, nie za coś czy dla czegoś.  Uważamy się za kraj katolicki. Jak to jest z nami na co dzień?

Czy jakość modlitwy zależy od wielogodzinnego klęczenia? Nie. Jej wartość tkwi

w miłości. Pomyślmy sobie tak. To my jesteśmy tą chorą na schizofrenię kobietą . Wyczyniamy różne nieprzewidywalne rzeczy, nie zdając sobie z tego sprawy,

a ludzie plują, wyzywają nas i omijają , nie dostrzegając naszego wołania o zainteresowanie się nami…

Jak byśmy wtedy się czuli? Jak bezdomne psy czy jak ludzie? Mogliśmy przecież trafić w to miejsce co ta niewiasta.

Każdy ma prawo do godności – zdrowy czy chory, mądry czy głupi, piękny czy brzydki, dobry czy zły… Każdy..

To nie tylko przecież od nas zależy, kim jesteśmy.

Nauczmy się patrzeć na ludzi miłością  i oduczmy się wydziwiania, zwłaszcza myślenia , że jesteśmy kimś lepszym.

 

KJR 2010.03.01