Polska sztuka / Proza / Młoda Polska

  • Opublikowano:

    2009-09-11
  • Odsłon:

    3217

Polskie Muzy: Zofia Boy Żeleńska – żona, matka i kochanka

„Ach chyba to za jaką karę
Miłość jest taką nieszczęśliwą.
Za czyjąż winę, czyjąż karę
Rwać chcą przędziwo Parki stare…?
Ach, tak bym chciała kochać bardzo!”


Tymi słowami młodziutka Zosia zwierza się swojej siostrze podczas wesela Lucjana Rydla, które na kartach swojego dramatu uwiecznił Stanisław Wyspiański. Jak nikt potrafił on sportretować młodziutką Zofię Pareńską. Słowami w „Weselu” i pędzlem na swoich obrazach. Ale nie tylko Wyspiański zachwycał się przepiękną acz nieszczęśliwą dziewczyną, która „tak chciała kochać bardzo” i być kochaną. Przyjaźnił się z nią Witkacy, adorował Rudolf Starzewski, ale ożenił się z nią Tadeusz Boy-Żeleński.

ŻONA (Tadeusz Boy – Żeleński)
Zofia Pareńska urodziła się 7 kwietnia 1886 roku w Krakowie. Wraz z rodzicami, ojcem Stanisławem, uznanym lekarzem i matką Elizą, która z upodobaniem prowadziła artystyczny salon i dwoma siostrami – Maryną i Lizą mieszkała na Wielopolu (tam, gdzie dziś znajduje się pięciogwiazdkowy hotel Holiday Inn Hotel Kraków). W salonie państwa Pareńskich bywał Tadeusz Żeleński, który jako student medycyny odbywał praktyki szpitalne w Krakowie pod okiem profesora Pareńskiego.

Chłopak pochodził z równie dobrego domu, co Zosia. Jego ojciec jako pierwszy z rodziny wybrał „zawód” artysty, ale oprócz studiów muzycznych ukończył również filozofię. Razem z żoną w willi „Sebastianówce” prowadził własny salon artystyczny, który na niedzielnych herbatkach gromadził znamienitych gości. Bywał tu Władysław Mickiewcz – syn poety i Ignacy Paderewski – wielki kompozytor i równie wybitny później polityk.

Dobra pasja Żeleńskich nie trwała jednak długo. Źle ulokowane obligacje spowodowały, że rodzina straciła większość majątku. Dla dorosłego już wówczas Tadeusza sprawy materialne stanęły na pierwszym planie. Na rok przerwał studia, wpadł w nałóg hazardu, związał się z cyganerią i nieszczęśliwie zakochał w famme fatale tamtych czasów - Dagny Juel Przybyszewskiej. Ruszył jej śladem po Europie, był w Wiedniu i Paryżu, gdzie kontynuował medyczne studia dzięki pomocy profesora Pareńskiego. Po powrocie dotarła do niego wiadomość o tragicznej śmierci ukochanej (popełniła samobójstwo). W dokumentach policyjnych zachowała się taka oto notatka: „Doktor Tadeusz Żeleński, 26 lat (…), lekarz zamieszkały w szpitalu św. Łazarza, (…) doprowadzony dnia 8 listopada 1901 o godzinie 1 rano, powodu iż tenże, idąc chodnikiem od ulicy Siennej ku głównej poczcie, nie wymawiając żadnych wyrazów krzyczał w okropny sposób, tak iż się ludzie mogli przerazić nawet w odleglejszych ulicach. Doprowadzony, zupełnie trzeźwy, przyznaje, iż krzyczał, bo jest cierpiący na nerwy”.

Żeleński, który wrócił zakochany w Paryżu, coraz częściej zaczynał myśleć o ustatkowaniu się. Dobrze czuł się w domu Pareńskich, tak różnym od burzliwego domu Przybyszewskich i przepełnionego atmosferą sztuki domu rodzinnego. Jego rodzina, zwłaszcza matka, niechętna była małżeństwu prawie trzydziestoletniego syna z siedemnastoletnią Zosią. Młodzi byli już jednak po słowie. Oficjalne zaręczyny odbyły się w czwartek, 1 maja 1903 roku na herbacie u państwa Pareńskich. Ślub odbył się 7 czerwca 1904 roku. O fakcie tym zawiadamiał „Czas”, gazeta redagowana przez adorującego Zosię Rudolfa Starzewskiego: „Dzisiaj w kościele OO. Jezuitów na Wesołej o godzinie 8 rano X. Kanonik Drohojowski pobłogosławił związek małżeński między Drem Tadeuszem Żeleńskim, synem Władysława, znanego muzyka i kompozytora i śp. Wandy z Grabowskich, z panną Zofią Pareńską, córką Dra Stanisława Pareńskiego, prof. Uniwersytetu, i Elizy z Muhleisenów; młoda para zaraz po ślubie wyjechała do Zakopanego”.

Ach, co to była za podróż poślubna! Państwo młodzi wybrali się do Niemiec, Szwajcarii i Paryża. „Cóż to za rozkosz – służyć ukochanej dziewczynie za przewodnika, wtajemniczać ją w urok ukrytych przed profanami zaułków. Na szczęście, Zosia nie kręciła nosem, przeciwnie, otwierała szeroko oczy, umiała, krakowska gąska, zachwycać się, tak jak on kiedyś, kolorowym tłumem na Boul’nichu” - pisze w biografii Boya Józef Hen. Niestety, nie całe małżeństwo państwa Żeleńskich było równie szczęśliwe i udane. Jednego nie można mu jednak odmówić – trwałości. Bo choć Boy wdawał się w coraz to nowe romanse, a Zofię uczucie łączyło ze Starzewskim, a później Witkacym, żadne z nich nie robiło sobie wymówek. Podczas wojny Zofia ukrywała wielką miłość swojego męża Irenę Krzywicką z synem, do końca życia strzegła integralności jego tekstów. Choć dziś nazwalibyśmy ich związek partnerskim, Boy długo miał problem z definicją. W jednym z felietonów pisał: "Małżeństwo przebyło różne etapy; długi czas opierało się na przemocy, potem na kłamstwie, i oto próba oparcia go na wolności i na prawdzie".

MATKA (Stanisław Wyspiański) Szykując młodych w podróż poślubną Eliza Pareńska stanowczo przykazała zięciowi, aby opiekował się jej córką. Zosia bowiem była w ciąży. Pierwsze dni małżeństwa młodzi spędzili w Zakopanem i Tęczynku. To tam 10 lipca 1904 roku odwiedził ich Stanisław Wyspiański, który był zaprzyjaźniony z rodziną Pareńskich. Chwycił za ołówek by naszkicować jeden z najpiękniejszych portretów swojej muzy – Zofii Żeleńskiej. Dziewczyna siedzi pochylona na murku w prostej spódnicy i zwykłej bluzce. Długie, rozpuszczone, kruczoczarne włosy opadają jej na ramiona, ręce splotła między kolanami i melancholijnie spogląda w dal. Tak o tym szkicu pisała Irena Krzywicka: „Cała pochylona do przodu z dziecinną prawie twarzyczką, wrażliwą, delikatną i boleśnie zadumaną, miała już w samej pozie niezwykłą sugestywność, naturalność, wdzięk, dziewczęcość, a jednocześnie coś z przytłoczenia przez los, co było tak charakterystyczne dla Fusi (jak ją nazywano)”.

Podczas, gdy młodzi pojechali dalej, Wyspiański wrócił do Krakowa, aby na prośbę pani Pareńskiej urządzić dla nich mieszkanie przy ulicy Karmelickiej 6. Sam zaprojektował całkowite umeblowanie, włącznie z kolorem ścian. Boy tak wspomniał tą artystyczną pracę: „surowość była najwybitniejszą cechą tych mebli dużych, ciężkich, z ogromną przewagą kloców drzewa, o chudo wypchanym siedzeniu, zbudowanych z samych linii prostych, bez jednej falistości, bez jednego wgięcia”. Ani Boy ani Zosia nie byli zachwyceni tym projektem, zresztą wydaje się, że nikomu poza samym artystą nie przypadł on do gustu, dlatego po śmierci Wyspiańskiego meble sprzedali doktorowi Andrzejowi Chramcowi, który umeblował nimi sanatorium w Zakopanem.

Z owego czasu pozostała jednak jedna rzecz, która okazała się prawdziwym dziełem sztuki i przetrwała do dziś – obraz „Macierzyństwo” przedstawiający Zosię karmiącą synka, trzymiesięcznego Stasia, który później wyrósł na dobrego aktora. Obraz powstał w ciągu zaledwie dwóch dni – 23 i 24 maja 1905 roku. Czy to Zosia była tak wdzięczną modelką, czy Staś tak niecierpliwym - nie dowiemy się już chyba nigdy.

KOCHANKA (Rudolf Starzewski, Stanisław Ignacy Witkiewicz)

W pamiętnym weselu Lucjana Rydla uczestniczył też Rudolf Starzewski, stańczyk, redaktor „Czasu”, przyjaciel z lat szkolnych Wyspiańskiego. Jego spotkanie z Zosią tak utrwalił poeta:
ZOSIA:
… że mnie tyle honoru spotyka;
pan redaktor dużego dziennika
przypatruje się i oczy przymyka
na mnie, jako na obrazek.

DZIENNIKARZ:
A obrazek malowany, bez skazek,
Farby świeże, naturalne,
Rysunek ogromnie prawdziwy,
Wszystko aż do ram idealne.

ZOSIA:
Widzę, znawca osobliwy.

DZIENNIKARZ:
I czemuż pani się gniewa?

ZOSIA:
Że Pan jak Lohengrin śpiewa,
Nade mną jak nad łabędziem,
Że my dla siebie nie będziem…

To uczucie musiało narodzić się już dużo wcześniej, w salonie na Wielopolu podczas przekomarzań młodziutkiej panienki z szanowanym redaktorem dużej gazety. Trwało wiele lat, zaowocowało zerwaniem kontaktów z Tadeuszem, do czasu, kiedy on sam kategorycznie zażądał, aby Starzewski ponownie zaczął pojawiać się w salonie Boyów (to zresztą Starzewski odkrył w Żeleńskim talent recenzencki proponując mu wydrukowanie pierwszej recenzji w „Czasie”). Zakończyło tuż po pierwszej wojnie światowej, kiedy Zofia zwróciła swe śliczne oczy w stronę Stanisława Ignacego Witkiewicza „Witkacego”. Starzewski tak głęboko przeżył koniec tej miłości, że popełnił samobójstwo.

Traumatyczne przeżycia – śmierć ojca, depresja matki, wreszcie samobójcza śmierć śmiertelnie chorej siostry – niekorzystnie odbiły się na zdrowiu Zosi, dlatego często jeździła wówczas do Zakopanego. „To najprawdopodobniej wtedy zafascynował ją Witkacy, którego wcześniej znała z salonu rodziców (…). Był to piękny mężczyzna, pozbawiany skrupułów, łamiący wszelkie konwenanse, i co istotne – rówieśnik, z którym można było mówić o malarstwie, literaturze, filozofii, astronomii i kosmosie, ale też razem pić i zażywać pejotl (narkotyk znany dziś pod nazwą meskalina), i wreszcie biegać po górach. Utrwalona przez Witkacego: zadumana Zosia w kapelusiku – znowu zaczęła się śmiać” – wspomina Barbara Winklowa, biografka Boya Żeleńskiego i jego żony. Witkacy bywał też częstym gościem w krakowskim domu Żeleńskich, gościł też u nich w Warszawie na Smolnej 11, gdzie przybywały nowe portrety rodziny Boya jego autorstwa. Jeden z nich umieszczony został na suficie w gabinecie Żeleńskiego, wówczas już uznanego krytyka teatralnego, pisarza i tłumacza. To zresztą dzięki jego wstawiennictwu w Teatrze Miejskim im. Juliusza Słowackiego w 1921 roku odbyła się premiera „Tumora Mózgowicza”, utworu, który Witkacy dedykował Boyowi i jego ślicznej małżonce.

Nie trudno więc zgadnąć, że Zofię i Stanisława łączył romans, o którym tak pisała Krzywicka: „Niebywale piękny [o Witkacym – przyp. aut.] miał ogromne powodzenie u kobiet, łączył go wieloletni romans z panią Boyową, bynajmniej nie wyłączy z jego strony, gdyż Witkacy nie rozumiał takich słów jak wierność. Kapryśny, nieznośny, ogromnie dowcipny, bez poczucia czasu ani norm dobrego wychowania”. Boy Żeleński nie miał nic przeciwko romansowi żony, zwłaszcza, że sam nie był bez winy, ale za Witkacym nie przepadał, ze wzajemnością zresztą, choć obaj panowie bardzo się szanowali. Romans nie trwał długo, choć Zosia starała się być Witkacemu pomocna cały czas, gotowa była dokonywać korekty jego tekstów i martwiła się o zdrowie jego umierającej matki. On zaś pisał do żony lub matki : „Czy portret Zofii niedobry?” (kwiecień 1929), „Nareszcie zrobiłem 2 portrety Zofii Żeleńskiej” (maj 1931), „Skończyłem p. Żeleńską” ( marzec 1932).

Zofia Boy Żeleńska do ostatnich dni opiekowała się spuścizną męża, walcząc o wydanie Biblioteki Boya. Nie zapomniała także o swoich prawdziwych miłościach. Zmarła w wieku 70 lat, 13 maja 1956 roku. Pogrzeb odbył się w Warszawie trzy dni później. Tak wspomina Winklowa: „Był wtedy piękny, pogodny dzień, wśród przyniesionych kwiatów przeważały konwalie, a we wspomnieniach napisano, że ‘umarła Zosia z Wesela’”.

Paulina Sygnatowicz, 2.09.2009

źródła:
Hen Józef, „Boy-Żeleński, błazem-wielki mąż”, Warszawa 2008.
Krzywicka Irena, „Wyznania gorszycielki”, Warszawa 1992.
Winklowa Barbara, „Boyowie Zofia i Tadeusz Żeleńscy”, Kraków 2001.