Polska sztuka / Poezja / Dwudziestolecie

  • Opublikowano:

    2009-06-18
  • Odsłon:

    1815

Polskie Muzy: Maria Kasprowiczowa

Chciała być muzą artystów. Przyznawała się do tego bez cienia wstydu. „Odkąd zaczęła się moja indywidualność, było moim dążeniem, aby stać się towarzyszką życia człowieka tworzącego” – pisała w „Dziennikach”. A że była osobą, dla której życiową pasją było samo życie, nie mogło się nie udać. Rozkochiwała w sobie kolejno wielu artystów. Najwybitniejszym wśród nich był Jan Kasprowicz.

Kochanka artystów
Zanim poznali się w pociągu relacji Rzym-Neapol, Maria Bunin, Rosjanka urodzona w 1892 lub 1887 roku (jak sama twierdziła i jak widnieje na akcie jej ślubu), jako córka generała Wiktora Bunina podróżowała po Europie.
Pech chciał, że w dzieciństwie ciężko zachorowała na szkarlatynę. Powikłania przyniosły nieuleczalną chorobę stawów. Matka (z urodzenia Szwedka) usiłowała wybić jej z głowy marzenia o romantycznej miłości. Wprost mówiła, że ciężko jej będzie znaleźć męża, który zamknie oczy na jej fizyczne niedomaganie i wysłała córkę na leczenie za granicę. U boku ciotki, malarki Eugenii Anderson-Łuczyńskiej, Marusia podróżowała więc po Europie korzystając z uciech życia. I marzyła o romansach z przystojnymi artystami. A że była kobietą o niesłychanym wdzięku (co do urody powstawały spory, byli tacy, którzy twierdzili, że jest nieprzeciętnie piękna i tacy, jak Zofia Nałkowska, którzy pisali, że jest właśnie całkiem przeciętna) rozkochiwała w sobie kolejnych mężczyzn. I ich porzucała, a oni twórczo się wypalali. Młody niemiecki malarz Willy Egerth po nieudanym romansie stał się zwykłym mieszczaninem. Plotka łączyła ją także ze znużonym życiem klasykiem włoskiego modernizmu Gabrielem d’Anunzio, który ponoć pod jej wpływem odzyskiwał siły.
Zanim poznała Kasprowicza była ta zaręczona. Wybrankiem, który miał być na całe życie okazał się początkujący poeta Eugenio Coselchi. Po rozstaniu w 1910 roku pisał do swojej ukochanej: „Błogosławię Cię za to, że uczyniłaś ze mnie człowieka. I pomożesz mi stać się Artystą… z Twoich rąk chcę otrzymywać sławę. Jedynie ty możesz mi ją dać (…)”. Coselechi nie został wybitnym poetą (czyżby przez rozstanie ze swoją muzą?), za to później wstąpił do faszystowskiej partii we Włoszech, a to już było sprzeniewierzeniem się wartościom wyznawanym przez Marusię. Zresztą w tamtym czasie on zwróciła już uwagę na dużo od niej starszego, dojrzałego poetę z Polski.

Muza Kasprowicza
Wiosną 1907 roku do przedziału, w którym podróżowała Maria Bunin ze swoją ciotką wsiadł postawny mężczyzna w sile wieku. Obywatel zaboru niemieckiego, nie znoszący rosyjskiego zaborcy szybko znalazł wspólny język z uroczymi towarzyszkami podróży (rozmawiali po niemiecku). Nie wiadomo, czy bardziej zauroczyła go Eugenia czy też jej piętnastoletnia (!) podopieczna. Grunt, że skłoniły poetę do zmiany planów i pojechania z nimi do Sorrento.
Zafascynowana osobowością Kasprowicza, Marusia szybko stała się najzagorzalszą fanką jego poezji. Nie było jej łatwo. Jego wiersze musiała sobie tłumaczyć podwójnie, z pomocą autora na niemiecki i z niemieckiego już samej na rosyjski. Przygoda szybko się jednak skończyła. Poeta wrócił do Lwowa, a panna Bunin dalej podróżowała po Włoszech. Nie zapomniał jednak o swojej młodej towarzyszce podróży. Zwierzał się przyjaciołom: „że nikt go tak dotąd nie rozumiał, jak właśnie ta kobieta (…) W sposób delikatny i wysoce inteligentny umiała się wczuć w jego hymny; umiała mówić tak sugestywnie, że z taką bezpośredniością i wyczuciem poezji spotkał się po raz pierwszy”. Marusia musiała mieć w sobie duszę artysty. Sama próbowała i pisać i malować, ale owe zajęcia szybko porzuciła, uważając, że skoro nie może być genialnym artystą, to lepiej w ogóle do sztuki się nie zabierać, bowiem nie ma nic bardziej godnego politowania niż przeciętność w tej dziedzinie. Zastanawiała się czy istnieje dziedzina życia, w której kobieta taka jak ona może się wyrazić najpełniej i doszła do wniosku, że jest nią samo życie. Może więc tworzyć pośrednio, wpływając na życie i dzieło innego twórcy. I właśnie takiego twórcę znalazła.
Po dwóch latach Maria wracała do Petersburga. W drodze zatrzymała się we Lwowie. Przypadkiem za kawiarnianą szybą ujrzała Kasprowicza. On zaś przyznał, że właśnie o niej myślał. I rozpoczęli długą i namiętną korespondencje. Maria była pewna swoich uczuć, Jan miał wątpliwości. Przede wszystkim niedawno odeszła od niego żona Jadwiga. Związała się z jego przyjacielem Stanisławem Przybyszewskim, którego pocieszała po śmierci jego ukochanej Dagne (ale to już zupełnie inna historia). Wywołało to skandal szeroko komentowany w trzech zaborach, poeta nie mógł sobie pozwolić na kolejny. Zwłaszcza, że Maria była młodsza od niego o trzydzieści lat, a on sam miał starsze od niej córki. Do tego dochodziły jeszcze plotki o bogatej przeszłości panny Bunin i niepokoje, że jest nim zainteresowana raczej jako autorem „Hymnów” niż mężczyzną z krwi i kości. Do tego była Rosjanką, a on pisarzem, którego stawiano obok wieszczów narodu polskiego: Mickiewicza i Słowackiego. Pełen tych niepokojów pisze do niej listy, a w nich wysyła wiersze, które znajdą się później w tomie „Chwile”, który ukaże się w roku ich małżeństwa.
W trakcie tej trwającej cztery lata korespondencji widzieli się zaledwie kilka razy. W końcu w kwietniu 1911 roku poeta przyjechał do Petersburga prosto do domu państwa Buninów. Był gotowy ożenić się z ich córką. Pobrali się 30 września 1911 roku w Dreźnie. Wzięli ślub cywilny, pół roku później przysięgli sobie w kościele protestanckim (miał to być kompromis pomiędzy polskim katolicyzmem i rosyjskim prawosławiem). Miesiąc miodowy spędzali w Poronie, w tak ukochanych przez poetę Tatrach.

Pani na Harendzie
Po wojnie doszli do wniosku, że chcą kupić w górach własny dom. Wiadomość szybko rozniosła się po Zakopanym. Do Kasprowiczów zgłosiła się angielska malarka Winfifred Cooper, która chciała sprzedać niedawno kupiony dom na Harendzie. Dom położony jest na wzgórzu, prowadzi do niego ścieżka wiodąca przez mostek na Dunaju. Do dziś to miejsce przyciąga swoim urokiem. Nic dziwnego, że zachwycili się nim i Kasprowicze. Poeta postanowił zrobić wszystko, aby mogli tam zamieszkać. „Wszystko” oznaczało zebranie niemałej kwoty, którą sobie zażyczyła pani Cooper. Kasprowicza żartował później, że dom ufundował mu pewien Anglik nazwiskiem Szekspir. Dostał bowiem sporą zaliczkę na przetłumaczenie wszystkich dzieł wielkiego dramaturga. Kasprowiczowie wprowadzili się na Harendę pod koniec 1923 roku. Wówczas nie wiedzieli jeszcze, że Janowi pozostały zaledwie dwa lata życia.

Żyć własnym życiem
Po dziesięciu latach wspólnego życia, w ich małżeństwie zaczęło się psuć. Musiały w końcu wybuchnąć konflikty na tle młodości i twórczości. Maria zaczęła pisać „Dzienniki” i wyplatać batiki. Poecie twórcze aspiracje żony najwyraźniej przeszkadzały, bowiem stały się w domu na Harandzie tematem tabu. W tym czasie w willi zjawiła się dziwna para: bułgarska poetka i tłumaczka wierszy Kasprowicza i jej mąż, literaturoznawca Bojan Panew. Panew okazał się bratnią duszą pani Kasprowiczowej. Mówił do niej: „Mam wrażenie, że pani nie żyje własnym życiem, ale jakimś sztucznym, narzuconym sobie. Pani zabija w sobie najcudowniejsze – duszę i możliwość jej rozwoju”. Musiał się między niemi nawiązać romans, który przekonał ją do jednego, że chce być z mężem. Wróciła do niego silniejsza i pewniejsza siebie akurat w momencie, kiedy jej najbardziej potrzebował.
Kasprowicz zaczął ciężko chorować, do tego stopnia, że choroba przykuła go do łóżka. Maria pielęgnowała go aż do ostatniej chwili, do niedzieli 1 sierpnia 1926, kiedy to on odszedł od niej na zawsze w ich łóżku na Harnedzie. Tego dnia Marusia zerwała i zasuszyła jego ukochane nasturcje, które do dziś leżą na Harendzie, jako najbardziej osobista chyba pamiątka ich związku.
Na trzy miesiące przed śmiercią Harendę odwiedził Stanisław Ignacy Witkiewicz, właściciel podupadającej Firmy Portretowej. Zafascynowany związkiem poety i jego muzy narysował dwa ich pastelowe portrety. Twarz poety jest wychudzona i zamknięta w sobie. Nad nią unosi się żółta aureola. Ponoć artysta swoją intuicją widział zbliżającą się śmierć swoich modeli… Maria na portrecie emanuje zaś życiową energią. Taka kobieta po śmierci męża nie mogła się załamać. Postanowiła na Harendzie nic nie zmieniać, spała w tym samym łóżku, w którym umarł jej mąż, nie wyrzuciła ani jednego przedmiotu z nim związanego i rozpoczęła starania o budowę mauzoleum, w którym miała spocząć obok niego blisko czterdzieści lat później. Postarała się także, aby w 1950 roku na Harendzie otwarto Muzeum Kasprowicza, którego była dożywotnią kustoszką.

Bezwstydny romans
Taka kobieta nie mogła długo być sama. Na Harendzie pojawił się Karol Stryjeński, który projektował mauzoleum Kasprowicza i z pewnością nie omieszkał zajrzeć do sypialni jego żony. Wyjechał jednak do Warszawy, aby przyjąć posadę na Akademii Sztuk Pięknych. Tymczasem na jego miejsce zjawił się dwudziestokilkuletni Michał Chromański, repatriant z Ukrainy, początkujący pisarz, który do Zakopanego przyjechał wraz z matką, aby podreperować swoje wątłe zdrowie. „Jego urok erotyczny jest tak silny, że przebywanie z nim nie może być bez konsekwencji” – pisała Zofia Nałkowska. Maria obawiając się plotek, jakie ten romans mógł wywołać wyjechała do Paryża. Gdy wróciła, Chromański zamieszkał na Harendzie wraz ze swoją matką. „Chciałabym być towarzyszką życia wszystkich poetów świata. Niezależnie od ich właściwości psychicznych, od ich charakteru i temperamentu. Potrafiłabym każdemu z nich zbudować rzeczywistość, której by w danej chwili potrzebował” – pisała. Nie mogła więc odrzucić uczucia Chromańskiego.
Romans trwał długo, choć pisarz nie był łatwym partnerem. Lubił żyć ponad stan, Marusia nie raz musiała wyciągać go z finansowych tarapatów. Nie było łatwo. Ludzie gadali. „Nie zważałam na to, co mówią ludzie – a mówili głośno (…) Jest młoda – mówili – jest to zrozumiałe… Lecz nie na Harendzie! Nie w tym domu! Tak ściśle z pamięcią wielkiego poety związanym. Nie wstydziłam się tej miłości” – pisała. Wstydzić się jednak zaczął Chromański, który przeprowadził się do jednego z zakopiańskich hoteli. Wiele lat później napisał powieść „Schodami w górę, schodami w dół”, w której uwiecznił Marię Kasprowiczową w postaci Draginy Łuckiej, wdowie po rzeźbiarzu. Przyjaciele bardzo starali się, aby Maria tej książki nie przeczytała. I nie przeczytała. Powieść ukazała się na rok przed jej śmiercią, w 1967 roku.

Na Harendzie bywało jeszcze wielu pisarzy i poetów, wśród nich i Gombrowicz. Maria Kasprowiczowa wszystkich witała z uśmiechem, dla wszystkich miała kilka dobrych słów. Ale dla żadnego z nich nie była taką muzą, jak dla tych dwóch - Kasprowicza i Chromańskiego. „To co da się szybko uchwycić w człowieku, przykuć do papieru – jest najmniej ciekawe” – uważała. Im dwóm udało się ją unieśmiertelnić w swoich pasjonujących dziełach.

Paulina Sygnatowicz, 4.06.2009
źródła:
Romaniuk Radosław, One, Warszawa 2005.
Kasprowiczowa Maria, Dzienniki, Warszawa 1968.
Kasprowiczowa Maria, Spadające księżyceWarszawa 2001