Myśli / 2008

  • Opublikowano:

    2008-11-02
  • Odsłon:

    265

Opowieść 1111

Opowieść 1111 jest przykładem pozytywnego myślenia.
Dane mi było spędzić dwa tygodnie w Gruzji z Basią. Było to, gdy ten kraj był jeszcze regularną republiką ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich). Ten lepszy świat niewiele się różnił od naszego - podobne szarości, niechęć do pracy, dawanie sobie rady a prywatnie życzliwość i serdeczność bez granic. Ujął nas niezwykły stosunek naszych gospodarzy. Panem domu był Kacha – postawny mężczyzna. Kacha był pracownikiem kolei, dzięki czemu niemal zawsze nosił służbowy mundur. Wówczas wiele służb było zobowiązanych do noszenia mundurów, które krojem i budową były takie same a różniła je jedynie kolorystyka, ale ta informacja będzie przydatna dla opowieści 1112
Gospodarze mieszkali w Tibilisi. Wybraliśmy się na wycieczkę do centrum. Upał i skwar a w budkach jak u Bułhakowa tylko napój morelowy. Gruzini szczycą się, że główna ulica Tibilisi nie została nazwana imieniem Lenina. W stolicach wszystkich republik tak było, za wyjątkiem Tibilisi. Tutaj prestiżowej ulicy nadano imię największego poety gruzińskiego Szota Rustaweli (autor eposu narodowego „Rycerz w tygrysiej skórze”). Imieniem Lenina obdarzono jeden z placów w mieście.
Kacha pokazywał nam różne miejsca i barwnie je opisywał a my podziwialiśmy je przez okna Żiguli (radziecka wersja Fiata 125p). Nawiasem mówiąc auto Kachy nie było byle jakim samochodem. Było wypasione na maksa, jakby powiedział mój przyjaciel Marcin, a on się zna na samochodach. Co tu dużo mówić, wszyscy którzy mieli wysokooktanową krew w żyłach oglądali się a zazdrość mąciła im zmysły.
Takim to wypasionym autem wjechaliśmy na Plac Lenina. Charakterystyczne było w tym miejscu to, że plac był pochylony. Gdyby położyć piłkę u góry, to niechybnie przetoczyłaby się na drugą stronę.
No i kiedy wjechaliśmy na ten plac, Basia krzyknęła – ale sklep, ja chciałabym kupić tu to i to, albo coś podobnego. Na placu jednak obowiązywał znak zakazu postoju, zatrzymywania się i to aż do piątego pokolenia. A siły prawu nadawało dwóch milicjantów, którzy spacerowali spokojnym krokiem po przeciwnych stronach placu, dumnie prężąc swoje nie muskuły, ale cudnie wypielęgnowane brzuszyska. Cóż, o służby mundurowe każda władza dba i pielęgnuje je na maksa – tak jak Kacha swoje Żiguli.
Ale wróćmy. Kiedy Basia krzyknęła, to pokorny Kacha zaraz się zatrzymał. Pragnienie gościa rozkazem.
- Ale tutaj nie wolno się zatrzymywać – mówię do Kachy
- Nic się nie martw. Dam sobie radę. Idźcie do sklepu i nie spieszcie się – odparł kierowca
No to poszliśmy, zostawiając na pewną śmierć naszego przyjaciela.
Sklep rzeczywiście był wyjątkowy. Były tutaj przepiękne pamiątki gruzińskie. Wybieraliśmy, wybieraliśmy, aż dopiero po dobrych dwudziestu minutach wyszliśmy ze sklepu.
Przy samochodzie Kachy stoi milicjant. Właściwie, to nie stoi, ale wolnym krokiem idzie za autem i rozmawia z kierowcą, który macha do nas zadowolony i wskazuje, że spokojnie możemy wsiadać. Po chwili byliśmy wewnątrz i usłyszeliśmy jak nasz przyjaciel dał sobie radę, czyli przeżył.
Otóż, w chwilę po naszym odejściu przy samochodzie pojawił się pierwszy spaślak i zaczął wykrzykiwać, że nie wolno, że należy, że trzeba itd. Na takie dictum Kacha włączył silnik i wycofał samochodem pod górę placu. Następnie wrzucił z biegu na luz i spokojnie, acz majestatycznie zjechał na dół placu. Manewr ten wykonywał tak długo, aż wsiedliśmy do auta a od pewnego momentu towarzyszył mu milicjant i już spokojniej rozmawiał z kierowcą, bo ten przestał łamać przepisy – był w ruchu.
Tak to pomysłowość wykazała, że największym wypasieniem Żiguli był właściciel, który siedział za kierownicą i rozwiązał zadanie w sposób absolutnie niestandardowy.


AB 2008.11.02
Nastrój jak zwykle wspaniały, no prawie jak zwykle. Posłuchaj jak pięknie o Gruzji śpiewa Bułat Okudżawa