Polska sztuka / Twórcy ludowi / Muzyka

  • Odsłon:

    291

Obrzędowość rodzinna na Śląsku Cieszyńskim - cz.1. Narodziny

Już kilka lat minęło od czasu, kiedy to wraz z koleżanką ze studiów, jeździłyśmy na rowerach po rubieżach południowej części Śląska Cieszyńskiego i przeprowadzałyśmy wywiady dotyczące ludowej obrzędowości w tym rejonie. Bardzo ciepło wspominam ten czas: czas ludzkich opowieści, gawęd – pachnących kawą i drożdżowym ciastem, czas spotkań z dobrymi, głównie starszymi, ludźmi, którzy otwierali przed nami swoje umysły i serca... Nasze badania dotyczyły obrzędowości rodzinnej, a dokładniej rzecz ujmując – myślenia magicznego, wierzeń i przesądów z tą obrzędowością związanych. Spotykałyśmy się z osobami mieszkającymi po polskiej i po czeskiej stronie Olzy, z wyznawcami katolicyzmu i protestantyzmu, z mieszkańcami części dolinnej i górskiej. W serii trzech artykułów powiązanych ze sobą tematyką obrzędowości i magii ludowej, chciałabym przybliżyć Czytelnikowi właśnie te trzy etapy życia człowieka – narodziny, zaślubiny oraz śmierć.

Część pierwsza: Przyjście na świat
Narodziny dziecka to dla rodziny chwile szczególne, przepełnione silnymi wzruszeniami i emocjami. Z drugiej strony te osobiste doświadczenia, mają także wymiar społeczny – gwarantują przecież ciągłość rodu.
Na Śląsku Cieszyńskim na kobietę ciężarną mówiono, że „je hrubo” (Trójwieś), „nie sama” (Bukowiec), nazywano ją „ta z brzuchym” (Nydek) lub „brzemienno” (Bystrzyca). Jeśli dziecko, które miało się urodzić było nieślubne, wołano na matkę „zowitka” (dlatego, że na znak swojej odmienności społecznej musiała nosić warkocz zawinięty z tyłu głowy). Stosunek do kobiety ciężarnej był raczej pozytywny, wyjątek stanowiła właśnie „zowitka”, której okazywano pogardę, wyśmiewano i przezywano. Pozytywne nastawienie do kobiety w ciąży nie wiązało się jednak w żaden sposób z wyręczaniem jej w pracach domowych, nie darzono jej szczególnym szacunkiem, nie miała specjalnych przywilejów. „Wsiecko robiła. Nie było, zie ciónzia zagrozióna. Musiała robić wsiecko! Nikiere nawet w dziyń kopały, sadziły ziymnioki a w nocy rodziły, jedyn dziyń jak była w połogu, juś nastypnego musiały robić” – opowiadała pani Janina z Jaworzynki.
Same kobiety również nie przejmowały się jakoś szczególnie swoim stanem błogosławionym, nie widziały wpływu ciężkiej pracy na zdrowie dziecka. Nie do tego przywiązywały uwagę. Koncentrowały się natomiast na sferze magicznej, przestrzegając szeregu wierzeń i przesądów. W Nydku mówiono, że kobieta w ciąży „nie śmie przechodzić przez wónski miejsce”, bo poród będzie ciężki, „nie śmie się dziwać (patrzeć) na zwierzynta i na rzeczy brzydkie”, żeby dziecko było ładne. W Bystrzycy kobiecie w ciąży radzono, by nie piła z wielkiego garnka, aby dziecko nie było „taki nienajedzóne”. Praktycznie wszędzie ciężarna musiała uważać na ogień. Nie mogła zapatrzeć się na palenisko w piecu, ponieważ gdyby się przestraszyła i dotknęła ręką ciała, dziecko miałoby w tym samym miejscu plamę, nazywaną również gwarowo „ogniem”.
Płeć dziecka miała kiedyś większe znaczenie dla rodziców – bardziej oczekiwany był syn, jako ten, który miał więcej pomóc w gospodarstwie. Dlatego nim dziecko pojawiło się na świecie, wróżono jego płeć: „Jak je brzuch kulaty, tak to je dziywcin, a jak je śpiciaty, do przodka, to beje chłapiec”. Mówiono także, że kiedy „brzemienno ma ładne liczka, to beje chłapiec, a jak mo plamy, to beje dziewuszka (gdyż dziewczynka „odbierała matce urodę”). Przepowiadano także płeć na podstawie zachowania matki: „Jak jadła kwaśne, to na chłapca, a jak słodkie, to na dziewczyne”.
Kiedy dziecko pojawiło się już na świecie, również przestrzegano pewnych zasad związanych z jego płcią. Gdy urodził się chłopiec, dbano o to, by „dziełuchy za nim nie góniły” i w tym celu brano go na lewą rękę, natomiast kiedy urodziła się dziewczynka, starano się zapewnić jej powodzenie u chłopców – kładziono ją na ręce prawej, a następnie przewlekano bądź przez męską koszulę, bądź spodnie „aby była zacno u synków”.
Poród dawniej odbywał się w domu. Kiedy u kobiety pojawiły się pierwsze bóle, posyłano po akuszerkę, którą nazywano w tym rejonie „hebamą” lub „babiculą”. Przeważnie przy porodzie położnicy towarzyszyła tylko ona, choć czasem pomagały także inne kobiety, na przykład matka rodzącej. Aby ułatwić poród stosowano ciepłe okłady i zioła, wyciągano z włosów położnicy wsuwki i spinki. A po porodzie podawano jej wódkę „na oczyszczenie krwi”.
Nie było obojętne kiedy dziecko przyszło na świat i również z datą narodzin związane są przepowiednie na dalsze życie dziecka. Mówiono, że „gdo w poniedziałek się urodził, tyn mioł życi długi przed sobóm, gdo w pióntek, tyn nie był w życiu szczynśliwy, gdo w sobote, tyn całe życi ciynżko pracował, a gdo w niedziele, tyn mioł życi szczynśliwe, ale był leniwy”. Miesiąc narodzin nie był zbyt istotny, chociaż w Nydku znano powiedzenie, że dziecko urodzone w maju będzie miało „gorącą krew”.
Po urodzeniu dziecka,  kobieta podlegała izolacji społecznej, która zazwyczaj trwała 6 tygodni. Nie mogła ona oddalić się od swego domu „za miedzym”. Okres ten był rygorystycznie przestrzegany, a nie zastosowanie się do nakazu pozostania w domu mogło – wg informatorki z Koniakowa – wywołać straszne skutki: sprowadzić na wieś burze, ulewy, wichury itp. Okres izolacji kończył się tzw. wywodem, podczas którego matka wraz z dzieckiem i „noszaczkóm” (zazwyczaj była to siostra lub sąsiadka) szła do kościoła. Noszaczka, która musiała być w tym czasie czysta, czyli nie mogła mieć miesiączki, niosła dziecko i dopiero w kościele oddawała je matce, gdzie wspólnie uczestniczyli w mszy. Ksiądz modlił się za nich i udzielał matce i dziecku błogosławieństwa Bożego. Matka wraz z potomkiem na ręku obchodziła dokoła ołtarz.
Do kobiety, która urodziła, i do nowonarodzonego dziecka, przychodziły znajome i krewne w odwiedziny, czyli z „nowiydzkom”. Inne nazwy „nowiydzki” to: „zioziyrki” lub „zoglóndaczki”. W Bukowcu panował przesąd, że ta kobieta, która pierwsza przyjdzie z „nowiydzkóm”, do roku urodzi dziecko. Wierzono jednak, że nowonarodzona istota jest szczególnie narażona na działanie sił demonicznych, dlatego znajdowały się często we wsi osoby, które nie powinny były odwiedzać położnicy. „To była taka łosoba, co urzykła albo co miała w oczach cosi złego…” tłumaczyła nam pani Janina.
Aby przyjąć dziecko do społeczności wierzących, niesiono je do kościoła na chrzest, który dawniej, na początku XX wieku, odbywał się bardzo szybko po porodzie – nawet na drugi, trzeci dzień. Przed wyruszeniem do kościoła wypowiadano nad dzieckiem słowa: „Idziemy z poganinem, wrócimy z chrześcijaninem”. W chrzcie uczestniczyli tylko rodzice dziecka lub tylko ojciec (jeśli chrzest nie był połączony z wywodem), potkowie (czyli rodzice chrzestni) oraz najbliższa rodzina. Po chrzcie często udawano się do gospody na poczęstunek, gdzie niejednokrotnie zdarzało się, iż rodzice i goście wypili takie ilości alkoholu, że zapominali jakie imię nadali dziecku albo zostawili dziecko w gospodzie. Kiedy jednak szczęśliwie wrócili wszyscy do domu, znów potkowie mówili: „Wziyni my poganina, przyniyśli my chrze scijanina”.
Z chrztem związanych było jeszcze kilka zwyczajów. Jeden z nich dotyczył tego, by matką chrzestną i noszaczką nie była kobieta w ciąży, gdyż jej dziecko „byłoby dwa razy ochrzczone”, a to nie wróżyło mu dobrze. Kolejny zwyczaj dotyczył nadawania imienia dziecku. W Jaworzynce przestrzegano, by dziewczynkom nie dawać na imię Maria. Tłumaczono ten zakaz jako wyraz szacunku dla imienia matki Chrystusa, którego nikt inny nie był godny nosić. Zastępowano to imię imieniem Marianna. Imiona Adam i Ewa miały szczególnie chronić dzieci przed wczesną śmiercią, dlatego nadawano je dzieciom słabym. Wystrzegano się imion wyszukanych, miejskich, często nazywając dzieci po prostu imieniem dziadków lub znanych świętych.
Ostatni zwyczaj związany z chrztem dotyczył powrotu do domu. Informatorka z Bystrzycy opowiadała: „Jak wrócili z tego chrztu, to trza było dziecko hned rozwiónzać z tyj pierzinki, aby wczas mówiło”. O tym samym wspomina Władysław Sikora w książce poświęconej obrzędowości Śląska Cieszyńskiego „Wielokropki”, dodając jeszcze: „Koszulkę i pieluszki powiesiło się na chwile pod sóm powoł w izbie, aby dziecko dożyło sławy i aby zdobyło wysoki stanowisko. Po tym się wynoszało koszulkę i pieluszki na śłóńce, aby dziecko było szczynśliwe.”
Chrzest i towarzyszące mu zabiegi magiczne kończyły rozdział obrzędowości związanej z narodzinami dziecka i przyjęciem go do społeczności wsi. Od tego czasu, chociaż zupełnie tego nieświadomy, mały człowiek stawał się pełnoprawnym członkiem grupy.
W kolejnych dwóch artykułach postaram się przybliżyć Czytelnikom szczegóły obrzędowości weselnej oraz zwyczaje i wierzenia związane z pogrzebem w południowej części Śląska Cieszyńskiego.

Anna Ludwin, 14 listopad 2011
Zdjęcie pochodzi z Internetu, jest to obraz Wyspiańskiego pt. "Macierzyństwo".