Wycieczki / Miało miejsce

  • Opublikowano:

    2008-10-30
  • Odsłon:

    266

Muzyka nie na miejscu...

Na koncert, który odbył się w ramach cyklu „kultura.uw” (www.kultura.uw.ed.pl) zapraszała Rektor Uniwersytetu Warszawskiego. Najogólniej rzecz opisując chodziło o konfrontację jazzu z muzyką socrealizmu. Na program składały się piosenki „jedynie słuszne”, śpiewane z zapałem w jedynie słusznych czasach. Na szczęście minionych. Bojowe pieśni o socjalizmie, elektryfikacji, o traktorach czy o planie przeplatane były znanymi przebojami tamtych czasów, przerobionymi doskonale na jazzowe dźwięki. Pieśni masowe polskiego socrealizmu zaśpiewał doskonale chór kameralny „Collegium Musicum UW” pod dyrekcją Andrzeja Borzyma, przeboje lat 50, zaaranżowane jazzowo, perfekcyjnie zagrali panowie Krzysztof Herdzin, Zbigniew Wegehaupt i Cezary Konrad. Ilustracją dla muzyki były oryginalne fragmenty trójkowej audycji „Tym żył świat”, uzyskane dzięki współpracy UW z Polskim Radiem. Na uwagę z pewnością zasługuje program koncertu, który do złudzenia przypominał ówczesny organ czasopiśmienniczy: „Trybunę Ludu”. Czarno-białe zdjęcia, suchy tekst (fragment pracy naukowej, poświęconej socrealizmowi w polskiej muzyce), a to wszystko przeplatane czerwonymi wstawkami tytułów. Oryginalne.
Można by zapytać, po co to wszystko? Przecież tych „Pieśni traktorzystów” czy „Pieśni o planie” nie da się słuchać. W czasie koncertu, pomiędzy warczące rumaki stalowe wkradały się jazzowe nuty, pokątnie, jakoś z boku, tak jak i wtedy… Były fragmenty, gdy jazz grał otwarcie – ale wtedy usłyszeć można było pieśni, które – pomimo jazzowych przeróbek – akceptowała jeszcze tamta władza.
Polski jazz rodził się w bólach i koncert doskonale to pokazał. Archiwalne nagrania radiowe, które zostały wybrane, by pokazać śmieszność nawołań do realizacji 400% normy, okazały się wcale nie śmieszne. Ale mam wrażenie, że organizatorom właśnie o to chodziło. Żeby nie do końca było śmiesznie. Ci którzy spodziewali się kabaretu – srogo się zawiedli. Ci, którzy spodziewali się sromotnego potępienia i wyśmiania tamtych czasów zawiedli się równie mocno. Bo – jestem przekonana – chodziło o straszno i śmieszno jednocześnie. Należało nie oczekiwać niczego, należało po prostu słuchać. Mnie się bardzo podobało, chwilami miałam gęsią skórkę...

Agata Ignatowicz 2008.10.30