Polska sztuka / Teatr

  • Opublikowano:

    2009-10-14
  • Odsłon:

    939

Krzysztof Warlikowski. Portret

„Drobny, niewysoki, w pomarańczowej bluzie, z włosami postawionymi w modnego niewielkiego irokeza, nie wygląda na swoje 43 lata. Bardziej przypomina gwiazdę rocka niż człowieka teatru” – dziwił się cztery lata temu dziennikarz „Le Monde”.
Krzysztof Warlikowski, jeden z najbardziej rozpoznawalnych w świecie obecnie pracujących reżyserów teatralnych. Rok temu na konferencji prasowej poświęconej Nowemu Teatrowi, którego właśnie został dyrektorem, nie miał już irokeza, a pomarańczową bluzę zastąpił stonowany czarny golf. Z szalonego artysty zmienił się w dyrektora szacownej instytucji? Czy to możliwe?


Wszystko zaczęło się w Szczecinie, gdzie urodził się w 1962 roku. „Jestem człowiekiem bez ziemi” – mówi o sobie. „Niepolski, bezpański, pusty duchowo, bez pokoleń, które pracowałyby na dorobek myślowy tego miejsca”– charakteryzuje swoje miasto.

Nie ukrywa, że brakuje mu korzeni, dlatego sam próbuje je odnaleźć. Wybiera studia w Krakowie, ostoi tradycji. Najpierw historia, potem filozofia i romanistyka. Uczy się łaciny i greki, szuka duchowości, od katolicyzmu przez protestantyzm do buddyzmu i z powrotem. Chodzi do teatru, dużo ogląda. W międzyczasie zaś Paryż, gdzie jedzie na stypendium. Tam spotyka się z Peterem Brookiem, drugim po Grotowskim guru współczesnego teatru i uczy się, że teatr to miejsce święte, a spektakl to spotkanie. Brook proponuje mu współpracę przy realizacji opery „Immpresions de Pelleas”. Bierze udział w warsztatach prowadzonych przez innych wielkich współczesnego teatru: Ingmara Bergmana i Giorgio Strehlera. Często chodzi do teatru, dużo ogląda i chłonie. Wspomina: >i>"W Krakowie oglądałem spektakle Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego, Andrzeja Wajdy i Krystiana Lupy. Za granicą, we Francji, nie spotkałem interesującego teatru, dlatego wieczory spędzałem w operze lub balecie. To nie były rewolucyjne przedstawienia, ale odznaczały się pięknem i wyczuciem stylu. Oglądałem teatr barokowy w Opéra Comique, opery w Opéra-Garnier, a w teatrze Odéon - przedstawienia Ingmara Bergmana, Giorgia Strehlera oraz innych gości Teatru Narodów, a potem Unii Teatrów Europy."

Monologista
Wraca prosto na Wydział Reżyserii krakowskiej PWST. Uczy się u Krystiana Lupy, o którym mówi: "Kogoś takiego jak on powinno się spotkać w życiu jak najwcześniej. On jest ukształtowany na innym zestawie lektur i odmiennym doświadczeniu pokoleniowym. Natomiast łączy nas sposób otwarcia teatru na wiele problemów." Egzamin wstępny Warlikowskiego Lupa wspomina jako „jeden z dziwniejszych”. Komisja zachwycona przygotowanym przez niego egzemplarzem reżyserskim „Ślepców” Maeterlincka ciekawa była tego czarnowłosego chłopaka, o „twarzy uwodzicielskiej, takiej, co robi wrażenie i to nie tylko na kobietach”. Tymczasem Warlikowski milczał. Długo milczał, krótko odpowiadał, jakby niepewny swych zdań. Czy to aby na pewno on przygotował ten egzemplarz? Wątpliwości komisji rozwiały się, gdy zaprezentował sceny z przygotowanego przez siebie dramatu. „Na pewno był to ktoś, kogo trzeba było przyjąć”.

Egzaminacyjna niepewność szybko zniknęła, a Warlikowski stał się na swoim roku liderem. Lupa wspomina: „Kiedy wyłaniał się problem, jakieś poszukujące zmaganie – dochodziło zawsze jakoś do niego i wtedy Krzyś zaczynał monologować. Bo monolog był właściwie jego żywiołem, dlatego na egzaminie wstępnym nie miał szans, nie umiał rozwinąć swojego monologowania jak spadochronu w zbyt ciasnym pomieszczeniu. Rozprawiał się z tematem, poddając go wielokrotnym coraz to innym dotknięciom, był to niespieszny proces… odbiegający znowu i przybliżający się do celu, czasem słuchacz gubił się w meandrach… Nie chodziło o konkluzję, czasami w ogóle zaczynało chodzić o coś innego. Był zafascynowany biegiem swoich myśli…”.

Taki jest do dziś. Młodzi dziennikarze podczas konferencji prasowych, których Warlikowski zdaje się nie lubić, przestępują z nogi na nogę nerwowo zastanawiając się, jak zmontować ten bełkot, aby przedstawić materiał zrozumiały dla przeciętnego słuchacza. Tymczasem wystarczy poddać się jego myśli, iść jej tropem, aby zorientować się, że jest wartościowa i głęboko przemyślana, że to nie są słowa rzucane na wiatr i z wiatrem po chwili uciekające.

Guru
„Był on przez cztery lata swoich studiów reżyserii postacią kontrowersyjną. Jedni oczekiwali po nim czegoś niezwykłego, inni nie dostrzegali nic poza manierą” – mówi Krystian Lupa. Tak pozostało do dziś.

Na przedstawienie dyplomowe Warlikowski wybiera „Auto da Fe” Eliasa Canettiego. Poznaje Małogrzatę Szczęśniak, która właśnie kończy studiować scenografię. Będą tworzyli duet idealny – i w teatrze i w życiu. Praca nad spektaklem trwała długo i w atmosferze wzajemnej fascynacji Krzysztofa i jego aktorów, studentów IV roku. Był rok 1992. Warlikowski opuszcza mury szacownej krakowskiej szkoły teatralnej i rusza w Polskę, aby prowokować.

Aktorzy i krytycy początkowo podchodzą nieufnie do młodego reżysera. Jeden z aktorów przy pracy nad spektaklem „Zatrudnimy starego klauna” skarży się, że „reżyser ściąga ich (to jest aktorów) na manowce, że lawiruje, że każe grać coś obok sprawy, że bardziej pociąga go jakaś duperela niż tak zwane sedno… i że oni wpadają przez to w jakiś podejrzany, niedobry gust” – pisze Lupa. Musiało minąć parę lat, aby okazało się, że Warlikowski jak nikt ma „rękę do aktorów”, że potrafi z nich wydobyć najbardziej ukryte tajemnice, że wszyscy chcą z nim pracować, a on tworzy wokół siebie coś na kształt sekty. Wystarczy w tym miejscu przytoczyć choćby wspomnienie Stanisławy Celińskiej z pierwszego spotkania z Warlikowskim (W Teatrze Studio w Warszawie przy okazji pracy nad „Zachodnim Wybrzeżem”): „Wzrusza mnie. Widzi we mnie czasem dawną Agnieszkę z ‘Nocy i dni’. Chce, żebym w monologu wypiękniała i odmłodniała. Jak to zrobić? Czuję się taka stara i brzydka, ale widocznie coś się zaczęło otwierać we mnie , skoro on to zobaczył, a widzi, skubany, dosłownie wszystko. (…) Wszystko widzi. Jednocześnie. Tak, oczywiście, jest wampirem. Ale, który z aktorów nie marzy o tym, żeby spotkać takiego wampira, który wydrze i obnaży jego duszę nie tylko przed publicznością, ale i przed nim samym?”

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Warlikowski niczym guru włada nad ciałem i duszami swoich aktorów. A ma ich stałą, zaufaną grupę. Poznali się w Teatrze Rozmaitości, gdzie Warlikowski współpracował z innym „młodszym zdolniejszym” (termin ukuty przez współpracującego obecnie z Warlikowskim krytyka Piotra Gruszczyńskiego) współczesnego teatru – Grzegorzem Jarzyną. Razem z nim, jako dyrektorem artystycznym Rozmaitości, stworzyli jeden z najbardziej rozpoznawalnych teatrów w Polsce, do którego kolejki po wejściówki ustawiały się na trzy godziny przed podniesieniem kurtyny. Ich drogi rozeszły się, gdy Jarzyna zaczął eksperymentować z przestrzenią i powołał do życia TR Warszawa. Za Warlikowskim poszli jego aktorzy: Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, Jacek Poniedziałek, Andrzej Chyra. Wkrótce dołączył do nich Maciej Stuhr. To oni tworzą dziś trzon Nowego Teatru.

Prowokator
A co ze sztuką? Jakie to były spektakle, dla których aktorzy Warlikowskiego gotowi byli skoczyć za nim w ogień?

W 1995 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu Warlikowski wyreżyserował „Roberto Zucco” Bernarda-Marie Koltesa, spektakl, po którym przylgnęło do niego miano prowokatora. W 2001 w Teatrze Rozmaitości pokazał „Oczyszczonych” Sarah Kane, przejmujący spektakl o miłości z homoseksualistami, transwestytami i prostytutkami w rolach głównych. Prawicowi politycy domagali się zdjęcia spektaklu z afisza. Jedwabne, trudne pojednanie polsko-żydowskie i autentyczne przeżycia aktorów posłużyły do stworzenie kolejnej sztuki – „Dybuka”. Potem był „Krum” i „Anioły w Ameryce”. Po drodze Szekspir, którego stał się specjalistą. „Poskromienie złośnicy” w warszawskim Dramatycznym, „Sen nocy letniej” w Niceii, „Hamlet” i „Burza” w Rozmaitościach, z którymi był związany przez siedem lat. "Moim mistrzem rzemiosła stał się Szekspir - przyznaje reżyser - Cenię w nim niezgodę na kompromisy i chęć nazywania całego świata, a nie skrawka rzeczywistości.” Drugim filarem, na którym opiera się jego teatr jest antyk. Wystarczy wymienić choćby „Bachantki”, czy ostatni, wzbudzający wiele kontrowersji artystycznych nie tylko w Polsce, ale także za granicą (na prestiżowym festiwalu teatralnym w Awinionie) spektakl „(A)pollonia”, w którym połączył historie mitycznej Alkestis, Herkulesa i Klitajmestry z opowieścią o Apolloni Machczyńskiej, Polce, która poświęciła swoje życie, aby podczas wojny ratować żydowskie dzieci. Bo Holocaust to kolejny temat, który wciąż Warlikowskiego uwiera, z którym mierzy się w swoich kolejnych spektaklach („Dybuk”, „Krum”, „(A)pollonia” i dla którego wciąż nie znajduje wytłumaczenia.

Lider
Kilka lat temu Warlikowski mówił, że nie chce być kierownikiem teatru instytucjonalnego, tymczasem na terenie Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania przy ulicy Madalińskiego w Warszawie ma powstać teatr budowany specjalnie dla niego i jego zespołu, który pod nazwą Nowy Teatr już rozpoczął swoją działalność. Tymczasem Warlikowski podkreśla: „Nadal nie czuję się liderem, raczej współtwórcą. Propozycja, jaką dostałem od miasta i Ministerstwa Kultury, wynikała z potrzeby znalezienia osoby, która będzie to przedsięwzięcie firmowała swoim nazwiskiem. Nie traktuję siebie jako jedynego pomysłodawcy, ja dalej tworzę swój teatr.” A teatr ten rozpoznawany jest i nagradzany na całym świecie od Nowego Jorku przez Awinion do Tel-Awiwu. Ciągle w podróży można by powiedzieć. Tak jak sztuka, którą tworzy jest podróżą w głąb człowieka, do jego wstydliwych części siebie.

Paulina Sygnatowicz, 15.09.2009

Źródła:
Aneta Kyzioł, Kolorowy ptak, „Polityka” nr 49, 2005
„Notatnik teatralny” 2003, nr 28-29
Baza osób polskiego portalu teatralnego, http://www.e-teatr.pl
Szekspir i uzurpator. Z Krzysztofem Warlikowskim rozmawia Piotr Gruszczyński, W.A.B. 2007
Wybrałem Warszawę. Z Krzysztofem Warlikowskim rozmawia Paulina Sygnatowicz, „Polska. The Times” 2008, 25 października