Polska sztuka / Teatr

  • Opublikowano:

    2011-01-07
  • Odsłon:

    295

Jest już we śnie na wyspach szczęśliwych… wspomnienie Krzysztofa Kolbergera

        Kochał piękno. Zawsze elegancki i dystyngowany. Największe piękno nosił w sobie. Sprawiał wrażenie człowieka całkowicie zanurzonego w transcendencji, która jako słowo klucz stała się jednoznacznością poznawczą, dla Niego znaczącą odniesienie się do religii, której przez lata był wierny. Bliski Mu był Testament Papieża, który tak interpretował, że każde słowo przemawiało odrębną treścią. Dwadzieścia lat skutecznej walki z chorobą nowotworową nie pozostawiło piętna na twarzy, która  uśmiechnięta, wyrażała spokój, opanowanie i pogodzenie się z losem. Był aktorem, który nigdy nie wynosił się ponad innych.
Zawsze uprzejmy i życzliwy innym, budził ogromny szacunek zarówno w środowisku aktorskim jak i u publiczności. Przy tym niezwykła skromność, bijąca z całej postaci, wzbudzała do Niego powszechną sympatię. Krzysztof Kolberger. W Jego przypadku imię i nazwisko tak wiele mówi i znaczy. Urodził się w 1950 roku w Gdańsku. W 1972 roku debiutował w Teatrze Śląskim, później występował na deskach Teatru Narodowego w Warszawie pod kierownictwem Adama Hanuszkiewicza, gdzie grał w – „Dziadach” i „Weselu” oraz w „Braciach Karamazow”.  Pracował także w teatrach – Współczesnym, Powszechnym i Dramatycznym. Jego role to także Zygmunt  w „Mazepie”, w sztuce reżyserowanej przez Gustawa Holoubka, Jan w „Fantazym”, Romeo w „Romeo i Julii”, Maciek w „Popiele i diamencie”.
        Jako aktor filmowy zapisał się pamięcią w „Dziewczętach z Nowolipek”, „Ostatnim promie”, Trzy po trzy”, w „Kontrakcie”, w „najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy”, w „Jeśli się odnajdziemy” i w „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny”.,  w „Panu Tadeuszu” a także w filmie o księdzu  Jerzym Popiełuszko.
        Krzysztof Kolberger był doskonałym interpretatorem poezji –  Goethego, Norwida, Mickiewicza, Słowackiego, Karola Wojtyły, Miłosza, Eliota, Iwaszkiewicza.
        Zajmował się także reżyserią.
         Miał swój epizod w Szczecinie, kiedy reżyserował – „Żołnierza królowej Madagaskaru” oraz  „Królewnę Śnieżkę”  w Szczecińskiej Operze. Z kolei w Operze Wrocławskiej wystawił – „Krakowiaków i górali” – Bogusławskiego. Zaskakiwał widza pomysłami, rozwiązaniami scenicznymi i interpretacją . W pamięci szczecinian zapisał się rolą w „Kocham o Keeffe”, gdzie dwie wybitne osobowości wzajemnie się pobudzają do kreatywności. . W opowieści o związku wrażliwych, inteligentnych ludzi  z nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, przy współudziale  Małgorzaty Zajączkowskiej stworzył niezapomnianą kreację . Zachwycił wszystkich witalnością, temperamentem i aktorskim kunsztem. Był człowiekiem, który doświadczył cierpienia, być może po to, by  móc odnaleźć sens życia, do którego przywiązywał duże znaczenie. Ciepło, które w Nim emanowało przenosił do swych aktorskich ról.
         Do choroby podchodził z ogromnym dystansem. W czasie jednego z wywiadów z Piotrem Najsztubem przyznał się, że o swym nowotworze mówi – „mój kolega”. W Jego stosunku do życia i śmierci sprawdza się to, że tyle człowieka w człowieku, ile w nim mądrości.
Krzysztof Kolberger jest już we śnie na wyspach szczęśliwych…

„Prośba o wyspy szczęśliwe” – Konstanty Ildefons Gałczyński
A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.

 
Requiescat in pace!
 

Krystyna Jadamska - Rozkrut  2011.01.07