Myśli / 2010

  • Opublikowano:

    2010-06-10
  • Odsłon:

    219

Bylejakość

Taka nijakość, bylejakość, gdzie by nie spojrzeć, jakkolwiek by nie zernąć:
„ A jakoś to będzie.”
„Nic się nie martw.”
„Sie zrobi.”
„Polska najważniejsza.”
Słowa, słowa, słowa i pobożne życzenia. Kilka dni temu podczas meczu z Hiszpanią odnieśliśmy spektakularną przegraną 0 do 6. To jest wynik! No, ale przecież, by wygrać trzeba by się wysilić. Trzeba by  ćwiczyć, ćwiczyć i szlifować formę. To jednak warto czynić tylko kiedy jest się bokserem i walczy o konkretne pieniądze. Czy za nędzne kilkadziesiąt tysięcy miesięcznej pensji warto się poświęcać, ryzykować, narażać na kontuzję? Czy z pobudek patriotycznych (kto pamięta i czuje ten anachronizm) warto „szarpać się i pocić” i dla kogo? Przecież to się nie opłaca!
„Kasa, misiu, kasa.”
Dzisiaj poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Tak wysoko, że jej nawet nie widać. Szczególnie trudno dostrzec przy niskim pułapie chmur. W czasach dwudziestoletniego oczekiwania na mieszkanie drobiazgi dostarczały radości. Poprzeczka leżała na ziemi i łatwo było się o nią potknąć. Wystarczyło nie leżeć, by zdobyć osiągnięcie. Osiągnięciem zdobyczy była rolka papieru (złotówka), wanna żeliwna (tysiąc), pomarańcze (czterdzieści), rajstopy bez szwu (?) Powyżej był świat abstrakcji, bo relacja ceny do czasu oczekiwania była jak najbardziej nie do przyjęcia. Idąc przez siermiężną, przepracowaną polską wieś można było napić się zsiadłego mleka. Rolnicy zjeżdżając z pola, czy chłopcy wracając z sobotniej zabawy śpiewali sprośności a dziewczyny śmiały się głośno. Każdy kawałek ziemi był zagospodarowany. W każdej oborze i chlewie tętniło życie. Dzisiaj przy unijnych dotacjach, mechanizacji mało komu się opłaca! Teraz przymierzamy się do obiecywanych wakacji w Egipcie.” Ach te piramidy! Czyż pani kochana to widziała? Nigdy bym nie powiedziała, że warto było…”
Dostaliśmy, dotrwaliśmy, wynegocjowaliśmy, wyprodukowaliśmy dobrobyt. Dobrobyt konsumpcyjny oferuje dobra wszelkiej maści. Pomarańcze pomarańczowo-czekoladowe, samochody atomowe, komputery kwantowe, sieci globalne, kontakty interpersonalne, nie mieszkania, ale apartamenty, nie sklepy, ale studia, nie domy handlowe, ale galerie handlowe, wakacje w Chorwacji w miejsce krynickich, nawet seks traci swoje dziewictwo w młodym wieku.
Dzieje się tak zapewne od zarania dziejów. Na obrazie „Ostatniej wieczerzy” przez stulecia prezentowanej z coraz bardziej cywilizowanego punktu widzenia systematycznie przybywało na stole jadła. Przybywało, zapewne proporcjonalnie do obowiązujących wówczas norm, tak by treść nie kontrastowała z bieżącą rzeczywistością.
Rozwój to proces systematyczny i podlega ściśle określonym regułom. Wszystko co ma swój początek, nieuchronnie zmierza ku końcowi. Młodość po spełnieniu swojej biologicznej roli pokrywa się zmarszczkami i zmierza w stronę, gdzie wszyscy są pogodzeni  i nikt nie krzyczy.  W równych alejkach, na wieki pozostaniemy w szumie drzew.
Tymczasem w rozpędzonym pociągu życia wraz z innymi gnamy na złamanie karku. Sukces, nadzieja, mamidło, uśmiech, świństwo, o przepraszam, ale poszło, wiadomo smarowanie,  smród, może nie będzie, jutro będzie lepiej, jak dobrze, że dzisiaj już minęło, kocham, rzuciłem ją, jak pięknie ci w tej sukni, jak oni do siebie pasują, oj przytyłam, potrzebuję na ratę, dlaczego on mnie opuścił, mam nową pracę…
Pędzimy, pędzimy, pędzimy i szukamy, szukamy, szukamy a czas płynie, płynie, płynie.   
„W poszukiwaniu straconego czasu” – trudna lektura, ale może warto. Niestety nie czytamy książek, bo nie ma na to czasu. No i czy to się opłaca? Zmierzch jest widocznie hieroglificzny. Ideałem jest wiadomość dnia w formie jednego czytelnego symbolu. Jasny przekaz bez wysiłku. Dziecko, pudełko z otworkami w kształcie figur i w dłonie trójkąt, kwadrat, koło – słuszny kierunek, przecież to rozwija. Sprawdziło się w dzieciństwie, może da się zastosować później.
Za chwilkę idziemy do wyborów. Pełni złości, zawiści i strachu zagłosujemy nie za a przeciw. Rozgrzani medialną aurą wybierzemy jedynego najlepszego, by potem wrócić do wyjaśniania katastrofy lub przyczyn powodzi.
Słowa, słowa, słowa, tymczasem nie one są istotą. Ważne są czyny i nieatrakcyjna praca u podstaw. Media nie pokazują zbyt chętnie społeczników i wolontariuszy. Lepiej sprzedają się łzy mężczyzny przed zalanym po dach domu. Nie jest ważne, że tędy kiedyś płynęła rzeka i mówił o tym dziadek i sąsiad. Nie jest ważne, że kilka razy odmówił ewakuacji. Ważne, że teraz płacze i ma ten sam wyraz twarzy, co nasz napastnik z kadry narodowej – jak to, przecież to nie możliwe, przecież to nie miało się stać, może się uda; zapewniali mnie, to za co ja w końcu płacę te cholerne podatki?
Zdumienie, to częsty objaw, podobnie jak zaskoczenie a kiedy coś nie jest po naszej myśli, to natychmiast rodzi się złość i szukamy winnego. Są wokół nas, to w zasadzie cały system zła a my jesteśmy osaczeni. Łapiemy oddech, zaciskamy pasa i znowu pędzimy do kolejnej katastrofy.
Ot taki los katastrofistów – zapracowani, rozpędzeni tak, że nie mają nawet czasu na załadowanie taczek, płyniemy pokrzykując, kiedy nas zatrzymują, kiedy przeszkadzają, kiedy ingerują w naszą wolność, płyniemy z nadzieją, że coś się samo wydarzy. Nie jest ważne co, bo tego przewidzieć nie potrafimy. Posługując się hasłami, symbolami unikamy merytorycznych treści. Wygłaszamy głośno – My chcemy… Nie ja, tylko my, ot taka bezosobowa forma wzmocnienia żądań. „A co? Sie należy i już.”
Inaczej? Czy można inaczej?
Trzeba po prostu mądrzej, ciszej, skromniej, bez nadziei na pochwały i medialny poklask. Przeciętny Szwajcar zawija stare gazety papierowym sznurkiem i niesie je do odpowiedniego pojemnika punktu. Jazda słowacką drogą, to przejażdżka niemal autostradą. Wiejski holenderski ogródek jest czyściutki, pachnący i kolorowy wszystkimi kolorami świata.
Kiedyś, wierzę w to w swojej naiwności, nadejdzie taki dzień, kiedy wszyscy mieszkańcy osiedla spostrzegą, że Pani Małgosia posadziła bratki i będzie to wydarzenie radosne, pochwalne i satysfakcjonujące dla wszystkich.
Tymczasem, póki tak się nie dzieje, wykonujmy te prace w pokorze i cieszmy się tym sami. Radość z posadzonego drzewa, uśmiech z doświadczania miłości, ekscytacja przy planowaniu wycieczki życia, czy projektowaniu witraża do pokoju, śmiech przy lekturze książki, podniecenie przed spotkaniem z przeznaczeniem. Jednak, by tego doświadczać, musisz się zatrzymać, odwrócić i zrozumieć, że minął czas na inwestowanie w wiedzę, skończył się okres nauki zawodu i planowania rodziny. Teraz jest dział pod tytułem Zdobywanie. Po nim następuje Odcinanie kuponów, by później dotrzeć do Odpoczynku, bo dalej jest już tylko Pamięć o nas.
Zadbaj, by nie przegapić któregoś z przystanków, tak łatwo je przegapić.

AB 2010.06.10